sobota, 30 października 2010

różnorodność


Nie lubię Bukaresztu, to brzydkie miasto, ale kocham je bo ma w sobie to 'coś'. Tak powiedział mi ostatnio mój rumuński znajomy mieszkający tu od lat. Chyba czuję tak samo. Obiektywnie rzecz biorąc Bukareszt jest paskudny, te wszystkie ogromne budynki, z Pałacem Ludów na czele, i szerokie ulice są strasznie przytłaczające. Ale z drugiej strony wiem, że nie zawsze tak było, że to wynik okropnych, trwających kilka dekad eksperymentów, a przecież wcześniej było inaczej. Duch pozostał. Jest tu naprawdę sporo możliwości i im dłużej tu mieszkam tym bardziej mi się podoba (chociaż oczywiście mam swoje kryzysy:))
Zgodnie z urodzinowym postanowieniem staram się lepiej wykorzystywać czas. Jak na razie udaje się nieźle. W tym tygodniu działo się dużo różnych, dobrych rzeczy. Poznałam Polki, które mieszkają w Rumunii dłużej niż ja, są bardzo pomocne i chętnie dzielą się doświadczeniami. W ogóle dla Polaków-emigrantów Rumunia to chyba najlepszy kraj w Europie. Jest nas tu niewielu a Polska odbierana jest jako bogaty kraj zachodni. Nie chodzi o to, że cieszę się, że nam zazdroszczą, ale zawsze to lepiej niż wysłuchiwać nieustannie o polnishe Wirtschaft czy być kojarzonym z robiącymi burdy pijanymi robotnikami w Anglii. Taka prawda. Cieszę się, że przyjechałam tutaj, absolutnie nie żałuję (jak mówi nasz uczelniany koordynator: "A państwo chcieli jechać na zgniły zachód, bez sensu" :D). Dzięki temu, że polonia wygląda tutaj tak a nie inaczej udało nam się pójść na spotkanie do ambasady, na którym był Prezydent Komorowski z żoną. Abstrahując od tego, czy jesteśmy wyborcami PO czy też nie, dla nas politologów było to niezłe przeżycie. Myślę, że w Polsce albo w jakimś kraju na zachodzie nie mielibyśmy takiej szansy. Rumuńska polityka też dla nas jest bardzo ciekawa. Na razie ciężko nam zrozumieć wiele rzeczy, bo jest chyba bardziej pokręcona niż u nas, ale staramy się jakoś orientować a nawet uczestniczyć. Właśnie w ramach tego uczestnictwa poszliśmy na protest antyrządowy. Było bardzo spokojnie, chyba ci Rumunii nie potrafią walczyć o swoje. Rozumiem, że jest kryzys, że te cięcia są uzasadnione, ale obniżka pensji w budżetówce o 25%? W Polsce przeprowadza się bitwy z policją z bardziej błahych powodów. Nie mówię, że to dobrze, ale tutaj ludzie przyjmują wszystko co ten rząd wymyśli, nie umieją podważać autorytetów. Atmosfera na proteście była trochę piknikowa nawet. Pod koniec co prawda kilkanaście osób chciało się wedrzeć do siedziby parlamentu, bez skutku. Niestety tego już nie widzieliśmy. Widzieliśmy natomiast plakaty porównujące Basescu do Geniusza Karpat, transparenty mówiące o 20 latach dyktatury i flagi z wyciętym środkiem. Zupełnie jak w grudniu '89. Może faktycznie potrzeba tu nowej rewolucji? Bo jest naprawdę źle.

Poza polityką staram się prowadzić także życie kulturalne. Byłam na koncercie alternatywnego rumuńskiego rocka, było wspaniale. Prawie jak w Polsce, atmosfera jak na koncertach na które chodziłam jeszcze w Częstochowie :) W piątek w Bukareszcie grał Herbie Hancock (czy też, jak mówi Quentin z uroczym francuskim akcentem "Erbi fuckin' Ęko" :D). Strasznie się cieszę, że udało mi się pójść, gość jest niesamowity. Zatem działo się w tym tygodniu. W przyszłym tygodniu zadzieje się bardziej naukowo, bo mam dwie prezentacje, nareszcie!















piątek, 22 października 2010

oficjalnie zrumunizowana

Wreszcie udało mi się stworzyć dobry plan zajęć i powybierać ciekawe przedmioty, jestem z siebie dumna :] Mało teoretycznych bzdur, dużo interesujących rzeczy o Europie Środkowej i Wschodniej. Znowu przekonuję się, że dla Rumunów Polska to najbardziej zachodni kraj w CEE, nawet nasi politycy wydają im się bardziej cywilizowani (może im opowiem o "dożynaniu watahy" i innych spiskowych teoriach, to zmienią zdanie). Może ten ich entuzjazm wynika z niewiedzy. Na zajęciach wykładowcy często się do Polski odnoszą, ale czasami hmm, błądzą. Musimy ich poprawiać z Marcinem, przez co pewnie wychodzimy na jakichś nacjonalistów, ale nie zgadzam się jak mówią, że Gomułka był charyzmatycznym przywódcą, że Litwa była przez wieki pod polską okupacją i że państwo polskie przestało istnieć w '39. Ogólniki, brr. Czuję, że mamy tu misję edukacyjną :)

Wczoraj byliśmy na kolejnym "erasmus party", bardzo mi się podobało. Oficjalnie dostałam imię rumuńskie! Catalina nie różni się chyba dużo od Katarzyna, ale i tak jest urocze!
Kluby w Bukareszcie są niezłe :) Chociaż motyw "idź na imprezę i zgub kurtkę" staje się chyba tradycją, wczoraj mieliśmy drugą ofiarę. Oczywiście przyczyną jest ogólne zamotanie i imprezowy nastrój, a nie to, że Rumuni kradną, ale i tak to dziwne jest.
Przez różnice kulturowe robię z siebie głupka. Wczoraj poznałam w klubie fajnego Rumuna. Tańczymy, jest fajnie, muzyka dobra itp. I nagle mówi mi, że ma na imię Marian. Marian! Zaczęłam się śmiać, za głośno było, żeby wytłumaczyć mu przyczynę (z resztą jak to wytłumaczyć?), Marian poczuł się urażony chyba, no i podbój ogólnie nieudany. Muszę przestać myśleć polskimi kategoriami tutaj, bo kończy się porażką!



poniedziałek, 18 października 2010

szok kulturowy, odc. 3

Dopadło mnie i tutaj. Myślałam, że po pierwszym szoku jaki przeżyłam w Suceavie nie będzie już źle. To było moje pierwsze zetknięcie z Rumunią, teraz powinno być lepiej. Niestety nie jest. W Timisoarze było łagodnie, chyba nawet nie miałam czasu, żeby się "zszokować". W Bukareszcie niestety dzieje się ze mną coś dziwnego. Właściwie zaczynam się zastanawiać, co ja tu robię? Wszystko tu wydaje się jakieś taki jałowe, a ja jakby nie na miejscu. Jeszcze te urodziny... Dostałam milijony życzeń od obcych ludzi na fejsie, ale to nic nie znaczy, fuj. Tęsknię za moimi prawdziwymi przyjaciółmi, denerwuje mnie, że muszę z nimi rozmawiać tylko przez internet. Najchętniej całymi dniami oglądałabym seriale i nie wychodziła z domu. Zatem w ramach terapii ponarzekam sobie na blogu (chociaż w rzeczywistości to nie jest aż tak źle...).
W Bukareszcie denerwuje mnie to, że:
- żeby wrócić do domu muszę mijać okropną figurkę klauna z McDonald's, która w nocy wygląda upiornie
- pada i jest zimno
- jak pogniecie się bilet do metra to nie działa
- wszyscy tu plotkują
- mam zajęcia wieczorami, przez co nie chce mi się wstawać rano
- nie ma tu z kim pogadać na poważne tematy, tylko wódka i seks
- mój promotor mi nie odpisuje
- oszukali nas z podwójnym dyplomem
- na uczelni jest chaos, odwołują zajęcia, zmieniają plany, koszmarowa to przy tym idealny porządek
- nie umiem korzystać z biblioteki (gdzie jest Natalia, która wszystko ogarnia?)
- nie ma nocnych autobusów i musimy się rozbijać taksówkami
- muszę prowadzić bezsensowne kłótnie na gadu i nawet nie mogę zadzwonić i wyzwać drania
- typ, którego nie lubię dzwoni do mnie i nachodzi, mimo że go uparcie ignoruję
- typ. którego lubię uparcie ignoruje mnie
- moi współlokatorzy zamykają mnie od zewnątrz i muszę prosić sąsiadów, żeby mnie wypuścili albo rozważać wyjście przez balkon
- po nadmiarze wrażeń teraz nic się nie dzieje, nic kompletnie

No... lepiej. Nawet nie jest tego tak dużo, jak się spodziewałam. Nawet przyszły mi do głowy pewne pozytywy :) Zatem w Bukareszcie lubię to, że:
- mogę jeździć metrem i obserwować ludzi do woli
- mój koordynator odpisuje mi od razu i walczy o mój podwójny dyplom
- Rumuni są mili, zwłaszcza przystojny sąsiad, który mnie ratuje
- mam czas na oglądanie serialu i faktów
- mieszkam z cudownymi polskimi politologami
- mieliśmy już tyle przygód, że serial można zrobić, a ten przestój teraz to tylko zapowiedź drugiego sezonu (końcówka pierwszego była zaiste dramatyczna)
- taksówki są tanie
- mogę jeść shoarmę mare o 4 rano i nie przejmować się niczym
- imprezy są dobre, nawet jak zostaję komendantem melanżu
- jest tu ten cudowny wielkomiejski duch
- mam własny pokój (!)
- jak zamkną mnie w domu mogę nie iść na zajęcia bez wyrzutów sumienia
- mam wspaniałą, rumuńską B-buddy, która pomaga mi ze wszystkim
- dostaję mnóstwo maili, od ludzi, którzy za mną tęsknią i pamiętają

Chyba się równoważy zatem. Muszę tylko znaleźć coś do roboty. No ale jako, że ponoć do końca listopada trzeba oddać pierwszy rozdział magisterki, to może wkrótce przestanie mi się nudzić i nie będę już marudzić. Bo mimo wszystko Bukareszt to dobre miasto!!
Odmieni się! Na lepsze!

wtorek, 12 października 2010

dziko i domowo


Niedługo miną dokładnie trzy miesiące odkąd przyjechałam do Rumunii. Wciąż poznaje ten kraj, wciąż wiele rzeczy mnie zaskakuje. Czasem wydaje mi się, że tu jest zupełnie inaczej niż w Polsce, tak jakoś dziko. Oczywiście nie aż tak, jak może się wydawać. Są tu chodniki, jeszcze mnie nie okradziono, mamy nawet internet! Mimo wszystko kiedy wybraliśmy się na wycieczkę 30 km od Bukaresztu zobaczyliśmy opustoszałe wsie, Romów na wozach i pełno śmieci. Jednak ludzie wciąż są pomocni, mimo że za bardzo nie przejmują się czasem i wiecznie się spóźniają. Pełno tu paradoksów. Z jednej strony Rumuni wydają się uwielbiać skomplikowane procedury, formularze i oficjalne papiery, a z drugiej strony potrafią robić rzeczy zupełnie nieprzewidywalne. Kilka przykładów. Mam legitymację studencką, kazali mi ją wyrobić, mimo że do niczego mnie nie upoważnia. Żeby kupić ulgowy bilet na metro, muszę udowodnić że studiuję, ale za pomocą innej legitymacji, którą dostanę najwcześniej w połowie listopada. Zanim to nastąpi korzystam z tymczasowego potwierdzenia, którego nie chcieli mi dopóki nie przyniosłam zdjęcia, mimo że to tylko zwykła kartka A4 z moim nazwiskiem, bez zdjęcia (czy to nie jest bez sensu?). Oczywiście legitymacja (tudzież tymczasowe upoważnienie) na metro nie upoważnia mnie do zakupu ulgowego karnetu na autobus, nie mówiąc już o pociągu (tu jest zupełnie odrębna procedura:D). Ciężko się w tym połapać trochę. No ale przynajmniej są jakieś wyzwania i się nie nudzimy. Kiedy coś nas zaskakuje, myślimy o naszych znajomych z roku, którzy są w bardziej "cywilizowanych" miejscach i jesteśmy pewni, że w Norwegii czy w Anglii nie mają tak wesoło jak my tu :) No i nie mają też możliwości wynajęcia tak taniego mieszkania. Po czterech latach mieszkania w akademiku to miejsce wydaje mi się niesamowite, wreszcie mam własny pokój! Dobra, jest trochę daleko od centrum (3,5 godziny piechotą w jedną stronę), ale metro jest na prawdę wygodne. No i czuję się tu jak w domu, mogę sobie mówić po polsku i gotować pierogi! Trochę się baliśmy, że to będzie takie polskie getto, jednak wolimy o naszej siedzibie myśleć jak o wyspie bogactwa. Czasem bywało co prawda zimno, ale można było się dogrzewać gazem, bo tanio :) Teraz na szczęście włączyli ogrzewanie, więc już nic nam nie potrzeba.
Jedyne co mi doskwiera jak na razie to ... brak zajęć. Na uczelnie chodzę praktycznie tylko wieczorami, przez co się rozleniwiam strasznie. Chciałam pracować (za darmo, jak to ja) w jakimś tutejszym NGO, ale Rumunii mówią, że tu nawet żeby zostać wolontariuszem to trzeba mieć znajomości. Jakoś nie wierzę, nie poddaję się i wysyłam miliony maili, może się uda... Bo jak tak dalej pójdzie to zwariuję od tego oglądania seriali. Zresztą J&M też chyba mają ten problem, wszystkim nam trochę odbija. Zaczęliśmy nawet myśleć o naszym życiu tutaj jak o serialu, nazwaliśmy go "Dragostea si chiocolata", bo naprawdę dużo się dzieje. Mój wątek tak obfituje w zwroty akcji, że chyba wykorzystałam mój limit i do lutego już nic się nie wydarzy, bo to by była przesada. Będę sobie siedzieć i robić pranie naszą franią, ot co.






sobota, 2 października 2010

Bukareszt i odzyskany

Po intensywnym (naprawdę intensywnym) kursie rumuńskiego wracam do życia. W Timisoarze było wspaniale. Dużo przygód. Mimo tego, że w sumie była to jedna wielka impreza udało mi się w miarę porządnie nauczyć podstaw języka, co bardzo mnie cieszy. Poznałam też wspaniałych, szalonych ludzi z całej Europy, a nawet dwóch Brazylijczyków. Udało mi się też pójść na kilka typowych rumuńskich imprez, jestem w tym narodzie zakochana po uszy! Są strasznie mili, pomocni i uroczy, wszyscy! Bardzo dobrze się z nimi czuję, faktycznie trzeba chyba znaleźć męża rumuńskiego.
Po kursie pojechałam z wizytą do Suceavy, odwiedzić moje najukochańsze rumuńskie miasto. Oczywiście nie obyło się bez przygód. Znowu podróż pociągiem zajęła mi około 15 godzin, tylko tym razem niestety miałam wysiąść o 4 rano. Dobrzy ludzie w pociągu powiedzieli mi, że Suceava Nord jest jedynym dworcem w mieście, więc wysiadłam, ale byłam pewna, że to nie jest to miejsce, które pamiętam. Faktycznie, bardzo daleko od Burdujeni, głównego dworca. Na szczęście pociąg stał bardzo długo, więc udało mi się do niego wrócić (chociaż wsiadanie i wysiadanie z 30kg walizką nie należy do najłatwiejszych). Ciekawa jest przyczyna, dla której pociąg tak długo stał na tej stacji. Otóż okazało się, że w Cluj do pociągu wsiadła kobieta, która nie dawno wyszła ze szpitala. W drodze pogorszyło jej się znacznie i ... zmarła. Można się spierać, czy w Polsce też coś takiego miałoby się prawo zdarzyć, czy powinni raczej zatrzymać pociąg i wezwać pogotowie... Jednak najbardziej w tym wszystkim uderza mnie to, że Rumuni uznali, że nie ma sensu zatrzymywać niepotrzebnie pociągu i że zawiozą zwłoki do samego Iasi, skoro to już tylko 3 godziny drogi. M a s a k r a.
Suceava sama w sobie trochę mnie zaskoczyła tym razem, a nawet może lekko rozczarowała i zawiodła. To już nie było to samo, nie mieli już dla mnie czasu, mówili po rumuńsku... Dzieciaki z GROW nie chciały się ze mną spotkać... Nie było mojego uroczego asystenta... Ciężko mi było na początku. Później jednak zrobiło się całkiem dobrze. Zabrali mnie na oficjalne rozpoczęcie roku akademickiego i poprosili, żebym opowiedziała coś o AISEC (już wiem, że się nie odmienia:P). Skusiłam się zatem na małe przemówienie po rumuńsku, zrobiłam chyba dobre wrażenie. Później urządziliśmy sobie rumuńskie pidżama party. Było uroczo. Znowu później było mi ciężko wyjeżdżać.
W Bukareszcie jestem już 5 dni. Podoba mi się. Jest wielki i przytłaczający, ale ma klimat, czuję, że będzie mi tu dobrze. Chociaż odległości zabijają. Mieliśmy też trochę problemów z mieszkaniem. Akademik jest straszny, nie ma kuchni, nie ma lodówki, nie ma internetu, niczego nie ma (oprócz karaluchów i okazjonalnie szczurów). No i na uczelnię daleko (Budynek politologii oczywiście daleko od centrum, taka rumuńska koszarowa?). Uznaliśmy, że jesteśmy za starzy na takie akcje, więc postanowiliśmy się przeprowadzić. Z pomocą przyszedł nam Lucek (rumuński student teologii, będzie księdzem ale na razie korzysta z życia, pije dużo wódki i umawia się na randki). Udało nam się znaleźć świetne miejsce. Każdy z nas ma własny pokój (duży!), jest kuchnia, balkon, łazienka i nawet właściciele specjalnie dla nas kupili pralkę! Co prawda godzinę jedzie się na uczelnię, no i wielka płyta, ale jest czysto i płacę tyle ile za miejsce w trzyosobowym pokoju w XXlatce :) Rumunia rządzi!
Poznaliśmy też wspaniałych politologów. Jeden jest ze Słowacji, ale wszystkim mówi, że z Czechosłowacji. Oczywiście światli studenci z zachodnich krajów nie rozumieją żartu i odpowiadają np. "To fajnie, muszę koniecznie kiedyś do Czechosłowacji pojechać". Mamy z tego wielki ubaw, czasem aż trudno zachować powagę. Np. jedna Niemka (z Frankfurtu nad Odrą, o zgrozo!), kiedy usłyszała, że Daniel mówi do mnie w swoim języku, zapytała, czy rozumiem po czechosłowacku :] Oczywiście rozumiem, wiadomo!