wtorek, 12 października 2010

dziko i domowo


Niedługo miną dokładnie trzy miesiące odkąd przyjechałam do Rumunii. Wciąż poznaje ten kraj, wciąż wiele rzeczy mnie zaskakuje. Czasem wydaje mi się, że tu jest zupełnie inaczej niż w Polsce, tak jakoś dziko. Oczywiście nie aż tak, jak może się wydawać. Są tu chodniki, jeszcze mnie nie okradziono, mamy nawet internet! Mimo wszystko kiedy wybraliśmy się na wycieczkę 30 km od Bukaresztu zobaczyliśmy opustoszałe wsie, Romów na wozach i pełno śmieci. Jednak ludzie wciąż są pomocni, mimo że za bardzo nie przejmują się czasem i wiecznie się spóźniają. Pełno tu paradoksów. Z jednej strony Rumuni wydają się uwielbiać skomplikowane procedury, formularze i oficjalne papiery, a z drugiej strony potrafią robić rzeczy zupełnie nieprzewidywalne. Kilka przykładów. Mam legitymację studencką, kazali mi ją wyrobić, mimo że do niczego mnie nie upoważnia. Żeby kupić ulgowy bilet na metro, muszę udowodnić że studiuję, ale za pomocą innej legitymacji, którą dostanę najwcześniej w połowie listopada. Zanim to nastąpi korzystam z tymczasowego potwierdzenia, którego nie chcieli mi dopóki nie przyniosłam zdjęcia, mimo że to tylko zwykła kartka A4 z moim nazwiskiem, bez zdjęcia (czy to nie jest bez sensu?). Oczywiście legitymacja (tudzież tymczasowe upoważnienie) na metro nie upoważnia mnie do zakupu ulgowego karnetu na autobus, nie mówiąc już o pociągu (tu jest zupełnie odrębna procedura:D). Ciężko się w tym połapać trochę. No ale przynajmniej są jakieś wyzwania i się nie nudzimy. Kiedy coś nas zaskakuje, myślimy o naszych znajomych z roku, którzy są w bardziej "cywilizowanych" miejscach i jesteśmy pewni, że w Norwegii czy w Anglii nie mają tak wesoło jak my tu :) No i nie mają też możliwości wynajęcia tak taniego mieszkania. Po czterech latach mieszkania w akademiku to miejsce wydaje mi się niesamowite, wreszcie mam własny pokój! Dobra, jest trochę daleko od centrum (3,5 godziny piechotą w jedną stronę), ale metro jest na prawdę wygodne. No i czuję się tu jak w domu, mogę sobie mówić po polsku i gotować pierogi! Trochę się baliśmy, że to będzie takie polskie getto, jednak wolimy o naszej siedzibie myśleć jak o wyspie bogactwa. Czasem bywało co prawda zimno, ale można było się dogrzewać gazem, bo tanio :) Teraz na szczęście włączyli ogrzewanie, więc już nic nam nie potrzeba.
Jedyne co mi doskwiera jak na razie to ... brak zajęć. Na uczelnie chodzę praktycznie tylko wieczorami, przez co się rozleniwiam strasznie. Chciałam pracować (za darmo, jak to ja) w jakimś tutejszym NGO, ale Rumunii mówią, że tu nawet żeby zostać wolontariuszem to trzeba mieć znajomości. Jakoś nie wierzę, nie poddaję się i wysyłam miliony maili, może się uda... Bo jak tak dalej pójdzie to zwariuję od tego oglądania seriali. Zresztą J&M też chyba mają ten problem, wszystkim nam trochę odbija. Zaczęliśmy nawet myśleć o naszym życiu tutaj jak o serialu, nazwaliśmy go "Dragostea si chiocolata", bo naprawdę dużo się dzieje. Mój wątek tak obfituje w zwroty akcji, że chyba wykorzystałam mój limit i do lutego już nic się nie wydarzy, bo to by była przesada. Będę sobie siedzieć i robić pranie naszą franią, ot co.






Brak komentarzy:

Prześlij komentarz