poniedziałek, 18 października 2010

szok kulturowy, odc. 3

Dopadło mnie i tutaj. Myślałam, że po pierwszym szoku jaki przeżyłam w Suceavie nie będzie już źle. To było moje pierwsze zetknięcie z Rumunią, teraz powinno być lepiej. Niestety nie jest. W Timisoarze było łagodnie, chyba nawet nie miałam czasu, żeby się "zszokować". W Bukareszcie niestety dzieje się ze mną coś dziwnego. Właściwie zaczynam się zastanawiać, co ja tu robię? Wszystko tu wydaje się jakieś taki jałowe, a ja jakby nie na miejscu. Jeszcze te urodziny... Dostałam milijony życzeń od obcych ludzi na fejsie, ale to nic nie znaczy, fuj. Tęsknię za moimi prawdziwymi przyjaciółmi, denerwuje mnie, że muszę z nimi rozmawiać tylko przez internet. Najchętniej całymi dniami oglądałabym seriale i nie wychodziła z domu. Zatem w ramach terapii ponarzekam sobie na blogu (chociaż w rzeczywistości to nie jest aż tak źle...).
W Bukareszcie denerwuje mnie to, że:
- żeby wrócić do domu muszę mijać okropną figurkę klauna z McDonald's, która w nocy wygląda upiornie
- pada i jest zimno
- jak pogniecie się bilet do metra to nie działa
- wszyscy tu plotkują
- mam zajęcia wieczorami, przez co nie chce mi się wstawać rano
- nie ma tu z kim pogadać na poważne tematy, tylko wódka i seks
- mój promotor mi nie odpisuje
- oszukali nas z podwójnym dyplomem
- na uczelni jest chaos, odwołują zajęcia, zmieniają plany, koszmarowa to przy tym idealny porządek
- nie umiem korzystać z biblioteki (gdzie jest Natalia, która wszystko ogarnia?)
- nie ma nocnych autobusów i musimy się rozbijać taksówkami
- muszę prowadzić bezsensowne kłótnie na gadu i nawet nie mogę zadzwonić i wyzwać drania
- typ, którego nie lubię dzwoni do mnie i nachodzi, mimo że go uparcie ignoruję
- typ. którego lubię uparcie ignoruje mnie
- moi współlokatorzy zamykają mnie od zewnątrz i muszę prosić sąsiadów, żeby mnie wypuścili albo rozważać wyjście przez balkon
- po nadmiarze wrażeń teraz nic się nie dzieje, nic kompletnie

No... lepiej. Nawet nie jest tego tak dużo, jak się spodziewałam. Nawet przyszły mi do głowy pewne pozytywy :) Zatem w Bukareszcie lubię to, że:
- mogę jeździć metrem i obserwować ludzi do woli
- mój koordynator odpisuje mi od razu i walczy o mój podwójny dyplom
- Rumuni są mili, zwłaszcza przystojny sąsiad, który mnie ratuje
- mam czas na oglądanie serialu i faktów
- mieszkam z cudownymi polskimi politologami
- mieliśmy już tyle przygód, że serial można zrobić, a ten przestój teraz to tylko zapowiedź drugiego sezonu (końcówka pierwszego była zaiste dramatyczna)
- taksówki są tanie
- mogę jeść shoarmę mare o 4 rano i nie przejmować się niczym
- imprezy są dobre, nawet jak zostaję komendantem melanżu
- jest tu ten cudowny wielkomiejski duch
- mam własny pokój (!)
- jak zamkną mnie w domu mogę nie iść na zajęcia bez wyrzutów sumienia
- mam wspaniałą, rumuńską B-buddy, która pomaga mi ze wszystkim
- dostaję mnóstwo maili, od ludzi, którzy za mną tęsknią i pamiętają

Chyba się równoważy zatem. Muszę tylko znaleźć coś do roboty. No ale jako, że ponoć do końca listopada trzeba oddać pierwszy rozdział magisterki, to może wkrótce przestanie mi się nudzić i nie będę już marudzić. Bo mimo wszystko Bukareszt to dobre miasto!!
Odmieni się! Na lepsze!

1 komentarz: