sobota, 2 października 2010

Bukareszt i odzyskany

Po intensywnym (naprawdę intensywnym) kursie rumuńskiego wracam do życia. W Timisoarze było wspaniale. Dużo przygód. Mimo tego, że w sumie była to jedna wielka impreza udało mi się w miarę porządnie nauczyć podstaw języka, co bardzo mnie cieszy. Poznałam też wspaniałych, szalonych ludzi z całej Europy, a nawet dwóch Brazylijczyków. Udało mi się też pójść na kilka typowych rumuńskich imprez, jestem w tym narodzie zakochana po uszy! Są strasznie mili, pomocni i uroczy, wszyscy! Bardzo dobrze się z nimi czuję, faktycznie trzeba chyba znaleźć męża rumuńskiego.
Po kursie pojechałam z wizytą do Suceavy, odwiedzić moje najukochańsze rumuńskie miasto. Oczywiście nie obyło się bez przygód. Znowu podróż pociągiem zajęła mi około 15 godzin, tylko tym razem niestety miałam wysiąść o 4 rano. Dobrzy ludzie w pociągu powiedzieli mi, że Suceava Nord jest jedynym dworcem w mieście, więc wysiadłam, ale byłam pewna, że to nie jest to miejsce, które pamiętam. Faktycznie, bardzo daleko od Burdujeni, głównego dworca. Na szczęście pociąg stał bardzo długo, więc udało mi się do niego wrócić (chociaż wsiadanie i wysiadanie z 30kg walizką nie należy do najłatwiejszych). Ciekawa jest przyczyna, dla której pociąg tak długo stał na tej stacji. Otóż okazało się, że w Cluj do pociągu wsiadła kobieta, która nie dawno wyszła ze szpitala. W drodze pogorszyło jej się znacznie i ... zmarła. Można się spierać, czy w Polsce też coś takiego miałoby się prawo zdarzyć, czy powinni raczej zatrzymać pociąg i wezwać pogotowie... Jednak najbardziej w tym wszystkim uderza mnie to, że Rumuni uznali, że nie ma sensu zatrzymywać niepotrzebnie pociągu i że zawiozą zwłoki do samego Iasi, skoro to już tylko 3 godziny drogi. M a s a k r a.
Suceava sama w sobie trochę mnie zaskoczyła tym razem, a nawet może lekko rozczarowała i zawiodła. To już nie było to samo, nie mieli już dla mnie czasu, mówili po rumuńsku... Dzieciaki z GROW nie chciały się ze mną spotkać... Nie było mojego uroczego asystenta... Ciężko mi było na początku. Później jednak zrobiło się całkiem dobrze. Zabrali mnie na oficjalne rozpoczęcie roku akademickiego i poprosili, żebym opowiedziała coś o AISEC (już wiem, że się nie odmienia:P). Skusiłam się zatem na małe przemówienie po rumuńsku, zrobiłam chyba dobre wrażenie. Później urządziliśmy sobie rumuńskie pidżama party. Było uroczo. Znowu później było mi ciężko wyjeżdżać.
W Bukareszcie jestem już 5 dni. Podoba mi się. Jest wielki i przytłaczający, ale ma klimat, czuję, że będzie mi tu dobrze. Chociaż odległości zabijają. Mieliśmy też trochę problemów z mieszkaniem. Akademik jest straszny, nie ma kuchni, nie ma lodówki, nie ma internetu, niczego nie ma (oprócz karaluchów i okazjonalnie szczurów). No i na uczelnię daleko (Budynek politologii oczywiście daleko od centrum, taka rumuńska koszarowa?). Uznaliśmy, że jesteśmy za starzy na takie akcje, więc postanowiliśmy się przeprowadzić. Z pomocą przyszedł nam Lucek (rumuński student teologii, będzie księdzem ale na razie korzysta z życia, pije dużo wódki i umawia się na randki). Udało nam się znaleźć świetne miejsce. Każdy z nas ma własny pokój (duży!), jest kuchnia, balkon, łazienka i nawet właściciele specjalnie dla nas kupili pralkę! Co prawda godzinę jedzie się na uczelnię, no i wielka płyta, ale jest czysto i płacę tyle ile za miejsce w trzyosobowym pokoju w XXlatce :) Rumunia rządzi!
Poznaliśmy też wspaniałych politologów. Jeden jest ze Słowacji, ale wszystkim mówi, że z Czechosłowacji. Oczywiście światli studenci z zachodnich krajów nie rozumieją żartu i odpowiadają np. "To fajnie, muszę koniecznie kiedyś do Czechosłowacji pojechać". Mamy z tego wielki ubaw, czasem aż trudno zachować powagę. Np. jedna Niemka (z Frankfurtu nad Odrą, o zgrozo!), kiedy usłyszała, że Daniel mówi do mnie w swoim języku, zapytała, czy rozumiem po czechosłowacku :] Oczywiście rozumiem, wiadomo!


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz