czwartek, 7 kwietnia 2011

Emigracja jednak ma na mnie wpływ, nie da się tego ukryć. Dużo rzeczy teraz robię sama, nieraz nie jest łatwo ale udaje się i okazuje się, że jednak mogę! Chyba polubiłam to aż za bardzo. Coś, co kiedyś było „marginesem swobody” w związkach i kontaktach z ludźmi teraz stało się jakąś patologiczną potrzebą niezależności. Niedobrze. Dobrze jest umieć radzić sobie samemu ale zauważyłam, że u mnie to prowadzi niemalże do katastrof, a już na pewno do dziwnych i niepotrzebnie stresujących sytuacji.

Przykład 1: Dostaję wiadomość o treści „W sobotę jedziemy nad morze, szykuj się:) ”. Prawidłowa reakcja: cieszę się, szykuję kostium i sprawdzam czy pogoda na Słonecznej Wyspie będzie aby na pewno idealna. Moja reakcja: Nie wiedzieć czemu upatruję tu „zamachu na moją niezależność”, ciśnienie mi skacze (bo jak można mi tak oznajmiać? Bez pytania?) i prawie strzelam focha dekady. Źle. Na szczęście w porę zawróciłam z tej drogi i jest dobrze.

Przykład 2: Służbowy wypad na rumuńską pocztę J Za kierownicą pracownik Poważnej Instytucji. Sama nie cierpię „back-seat driverów” (niedługo miną 4 lata odkąd po usłyszeniu „spoko, masz dużo miejsca” prawie się (i kilki innych osób, pozdro Mamo :D) nie zabiłam). Zatem sposobu jazdy ani żadnych sytuacji drogowych nie komentuję. I nagle skrzyżowanie, czerwone światło jak nic. Jedziemy, jedziemy (myślę sobie, no przecież widzi, halo), jedziemy… i nagle stoimy na środku skrzyżowania i nadjeżdża tramwaj. Super. Dodatkowo wszyscy wyczilowani, padło tylko coś w stylu „O! Czerowne? ;) Gorsze rzeczy się zdarzają w życiu” :D W sumie prawda, bo i nic się nie stało na dobrą sprawę. Niemniej jednak wprowadzę chyba złotą zasadę: „Pozwól ludziom popełniać błędy dopóki to nie stwarza zagrożenia dla życia”…

Ogólnie to chyba te rozmyślania przez stresy uczelniane, bo to już ostatnie podrygi, a problemy ciągle jakieś są, i to wcale nie naukowe a organizacyjne. Ważne Podanie podpisał koordynator, dyrektor ds. studenckich, jeden dziekan i Książe sam nawet (zwany też nie wiedzieć czemu dyrektorem instytutu). Niestety drugi dziekan nie podpisał. Co to znaczy? Nie wiadomo. Ogólnie burdel na kółkach, ale oczywiście można sobie porozprawiać o orderach zamiast o studentach myśleć: http://wroclaw.gazeta.pl/wroclaw/1,35771,9390238,Tajne_zycie_uniwersytetu__czyli_komu_naleza_sie_ordery.html

Przynajmniej promotor napisał do mnie, cyt. „Pierwszy rozdział otrzymałem”, co na moje oko sugeruje, że otrzymać to i owszem ale czytać niekoniecznie. Ale podobają mu się pomysły na drugi rozdział, co mnie cieszy :]

W sumie to nieważne, bo już jutro czeka na mnie Wyspa, ha!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz