piątek, 15 kwietnia 2011

hipsterstwo.ro

Według wersji, którą się samo oszukuję wybrałam się na koncert, bo przecież nie mogę nieustannie pisać magisterki, zwłaszcza w piątkowy wieczór. A tak serio to chyba tylko kolejny etap prokrastynacji. Tak czy inaczej, postanowiłam że pójdę. Wcześniej oczywiście starałam się pomysł rozpropagować wśród moich Erasmusów głosząc że loco star rządzi, tudzież że nawet im załatwię darmowe bilety. Nie pomogło. Dziwię się, bo co czwartek w coraz to bardziej podłych klubach na popijawach do rana są tłumy. A jak koncert albo film to nikomu się nie chce. Kultura przegrywa z piciem, ech. Udało mi się jednak namówić dwóch kolegów, ale jako że to typy południowe to od razu zapowiedzieli, że jeśli przyjdą to późno. Zatem udałam się sama do mojego kochanego klubu Control, tej mekki hipsterstwa bukareszteńskiego. Trochę się bałam, bo wiadomo, samotna dziewczyna przy barze w piątek wieczór, może być różnie. Miłość do muzyki na żywo jednak zwyciężyła i poszłam, nastawiając się, że pewnie będę podrywana przez hipsterów ale przeżyję, zawsze to jakieś ciekawe doznanie i do tego zgodne z zasadą, że lepiej jak się coś dzieje niż jak nic się nie dzieje. Rzeczywistość jednak mnie przerosła. Przypadek 1: umiarkowany hipster. Na oko mniej więcej czterdziestoletni. Rosjanin. Chciał ze mną rozmawiać o Smoleńsku a kiedy zobaczył, że jakoś nie przejawiam entuzjazmu stwierdził, że "z Polakami to zawsze ciężko nawiązuje się relacje". Przypadek 2: prawdziwy hipster. Towarzyszyły mu opary trawy. Usłyszawszy, że jestem z Polski zaczął do mnie mówić jakimś łamanym czeskim, bo niby kiedyś mieszkał w Pradze a przecież "wszystkie słowiańskie języki to to samo". Potem przerzucił się na włoski, bo uznał, że skoro papież był Polakiem to chyba jakieś podstawy włoskiego każdy u nas zna. Wiadomo :)
Zasadniczo moi południowcy w końcu nie przyszli, więc bawiłam się w trochę sama a trochę z pracownikiem Poważnej Instytucji. Myślałam, że gorzej to zniosę, ale nie! Muzyka na żywo jednak mi rekompensuje wszystko. Nawet nie przeszkadzało mi, że tak mało ludzi znowu (coś chyba nie tak z marketingiem mojego kochanego klubu, ech) i że pod sceną szalał koleś, który wyglądał jakby miał atak epilepsji i podchodził do ludzi mówiąc "źle machasz głową, przestań bo mnie to drażni". Do mnie nie podszedł, ale wiadomo, ja nie mam podzielnej uwagi i nie potrafię robić kilku rzeczy naraz, więc jak myślę to nie jem a jak słucham to się nie bujam za bardzo. Wyglądam na sztywniaka chyba ;] Mimo wszystko cieszę się, że poszłam. Chyba we Wrocławiu mnie wiele dobrych imprez ominęło tylko dlatego, że nie chciałam chodzić sama. Ostatecznie bycie podrywaną przez dziwnych ludzi to nie jest taka straszna rzecz. Chociaż jutro idę sama na festiwal filmowy, zobaczymy :]

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz