niedziela, 5 września 2010

belgrad i trudności lingwistyczne

Tęsknię za wawrzynami. To wcale mnie nie zaskakuje. Dziwi mnie natomiast, że tęsknię za AIESEC-sektą. Tego się nie spodziewałam. Tyle razy powtarzałam, że AIESEC-stajl nie dla mnie, a tu proszę. Chyba faktycznie doceniam rzeczy dopiero, jak je stracę. Co by nie mówić, ludzie z ajseku przynajmniej jakieś cele ambitne mają, nawet jeśli denerwują mnie tym nieustannym mówieniem o zmienianiu świata. Może coś w tym jest faktycznie? Dzisiaj spotkałam się z kilkoma w Timisoarze i od razu zupełnie wszystko inaczej wygląda. Rozmawiamy o czymś więcej niż tylko imprezy i alkohol, coś się dzieje ciekawego. Chociaż tych świrów erasmusowych też lubię, nie ukrywam, całkiem przyjemny wypad wczoraj urządziliśmy. Oczywiście nie byłam bym sobą, gdybym nie wkręciła się w rozmowę o polityce. Wszyscy zatem siedzieli na dworze i świetnie się bawili, a ja znalazłam sobie w akademiku dwóch biednych Rumunów i zachęciłam ich do zwierzeń :) Opowiadali mi dużo o tym jak im się tutaj żyje i w sumie to mówili mniej więcej to samo, co moje nastolatki: że ciężko, że frustrująco i że za komuny było lepiej (to mnie nieustannie zaskakuje).

Co do AIESECu to piątkowe spotkanie zaczęło się dziwnie. Od chłopaka poznanego na TTT usłyszałam: „Cześć Kasia! Wyglądasz ...(tu oczekiwałam komplementu)... jak dziewczyna!” No dobra, może obcięłam włosy i założyłam buty na obcasach, ale wcześniej chyba też nie było źle? Zapamiętał mnie jako Kasię-skejta (ghhhr, chyba naprawdę kiedyś te szerokie spodnie powyrzucam). No ale nic to, potem było tylko lepiej. Poszliśmy na imprezę, a w sobotę zabrałam się z nim do Belgradu. Żeby to zrobić musiałam (no dobra, nie musiałam ale chciałam) opuścić jedne zajęcia, na szczęście to tylko wizyta w muzeum historii Banatu, ponoć straszne nudy. Cieszę się zatem, że pojechałam! Oczywiście w ramach cięcia kosztów łapaliśmy stopa. Trochę ciężko było, bo najpierw szukaliśmy wylotówki, a potem Rumunom i tak musieliśmy trochę płacić, chociaż to straszne, że raz za 20 km zapłaciliśmy dwie dychy, podczas gdy Rumunka która też z nami jechała za ten sam dystans zapłaciła tylko 3 leje. Nie ma to jak oszukiwać obcokrajowców, ech. Mimo wszystko jednak wyszło taniej i zabawniej niż pociągiem, no i nie musieliśmy wcześnie wstawać. Poza tym pierwszy raz jechałam tirem, szalenie mi się podobało! W Belgradzie spędziliśmy uroczy sobotni wieczór i pół niedzieli, więc w sumie nie zbyt wiele czasu, ale i tak jestem zachwycona! Miasto jest piękne, zwłaszcza forteca urzekła mnie nocą! Muszę tam koniecznie wrócić jeszcze kiedyś! W ogóle chyba warto byłoby zwiedzić Bałkany, myślę, że spodobałoby mi się!

Weekend był zatem bardzo udany, chociaż końcówka trochę mnie zestresowała. Oczywiście w ostatniej chwili postanowiliśmy pójść na obiad i tak jakoś się zagadaliśmy, że nagle okazało się, że mój pociąg odjeżdża za 15 minut :) W pośpiechu zostawiliśmy naszą jedyną mapę Belgradu na stoliku, a ja przecież nie mam zupełnie orientacji w terenie! Już zatem myślałam, że na marne stałam pół godziny w kolejce i wydałam 40 pln na bilet. Nawet już oczami wyobraźni widziałam siebie znowu szukającą wylotówki, żeby wrócić do Rumunii :D Na szczęście M. dał radę i się nie zgubiliśmy, a nawet mieliśmy ze 3 minuty zapasu! Ja się dziwię, jak można tak się odnajdywać w zupełnie nowym mieście, czemu ja tak nie mam? Za dużo chyba myślę o problemach globalnych i nie skupiam się na tym, co widzę, trochę to straszne.

W pociągu poznałam uroczą australijską parę, która przez pół roku pracuje, a potem przez pół roku podróżuje i chyba byli już wszędzie. Świetne historie opowiadali! Niestety to spotkanie udowodniło mi, że nie ma co się tak podniecać moim angielskim. Co prawda jest lepszy niż typowy erasmus-english, ale i tak powinno być lepiej. Kiedy mówił do mnie Dave to było ok, ale kiedy do rozmowy włączała się narzeczona Dava to tragedia, nie rozumiałam 1/3... Muszę się pouczyć więcej, chociaż na razie skupiam się na rumuńskim i chyba nawet nieźle mi idzie. W piątek na imprezę przyszła do nas pani portierka, żeby powiedzieć nam tradycyjnie, że mamy się skończyć imprezę bo wezwie policję. Oczywiście wszyscy, łącznie z Rumunami, udawali, że nic nie rozumieją (i większość faktycznie nie rozumiała). Mi jednak żal się trochę zrobiło, więc chciałam nas jakoś wytłumaczyć i powiedziałam, że nie mówimy po rumuńsku. Z tego co mówili mi później Rumuni, powiedziałam to zupełnie bez akcentu (w końcu to jedno zdanie powtarzam od dwóch miesięcy). Pani więc pomyślała, że chcę ją oszukać i krzyczała, że mam nie udawać że nie rozumiem i nie kłamać więcej, bo przecież słyszy, że mówię po rumuńsku. Bardzo mnie to ubawiło :) Poza tym dzisiaj udało mi się pierwszą rozmowę z tubylcem przeprowadzić. Pan taksówkarz chciał ode mnie 15 lei, ale powiedziałam że jestem studentką z Polski i że nie mam pieniędzy :D Bardzo go to ubawiło i zapłaciłam tylko dychę :) Same sukcesy :D

środa, 1 września 2010

etap drugi. Timisoara.

Dojechałam, zajęło mi to 15 godzin pociągiem. Tęsknię za PKP, naprawdę! Timisoara jest wspaniała, na pewno ładniejsza niż Suceava, ale serio strasznie tęsknię! Jednak bycie w grupie z samymi obcokrajowcami to nie to samo, co z Rumunami. No ale pewnie jeszcze się przekonam, przynajmniej mam nadzieję. Na razie szału nie ma, ale chyba muszę po prostu przestać porównywać. Wreszcie też swobodnie mogę porozmawiać po polsku, Pola z Polski rządzi :] Wczoraj zwiedzaliśmy trochę miasto, oczywiście zgubiliśmy się, ale będzie lepiej. Potem odwiedziliśmy lokalny bar, poznałyśmy pierwszego uroczego Rumuna, niestety nie nawiązałyśmy bliższej relacji, bo miał na imię Marian. Romans z Marianem nie byłby dobry dla lansu. Mamy tu dużo ciekawych ludzi: Francuzów, Węgierkę, Belgijkę, Szkota, no i oczywiście pełno Hiszpanów i Niemców. Tradycyjnie są to Niemcy udawani, wszyscy mają rumuńskie korzenie. Na kursie przyznali się, że mówią po rumuńsku. Nauczycielka zaproponowała, że zatem powinni pomóc reszcie, niestety Niemiec powiedział krótko "Nie."Uroczo. Już ich lubimy. Ogólnie na razie trochę jestem nastawiona sceptycznie do tego wszystkiego, no ale zobaczymy, zobaczymy.

niedziela, 29 sierpnia 2010

czas na zmianę, no bo czemu nie?


Znowu to się dzieje, znowu po imprezie spać nie mogę i wstaję o niemożliwych godzinach. Może chociaż dzięki temu mój ostatni dzień w pełni wykorzystam, a do roboty całkiem sporo jest. Przede wszystkim muszę dopełnić mój cykl pożegnań, co mnie bardzo smuci. Naprawdę nie spodziewałam się, że tak ciężko będzie mi wyjeżdżać stąd, w końcu to było tylko 6 tygodni. Może to głupie, ale chyba bardziej to przeżywam, niż wyjazd po 4 latach z Wrocławia. Pewnie dlatego, że tam wrócę, poza tym moje relacje z ludźmi z Polski są tak silne, że na pewno ich nie stracę. W Suceavie pewnie jednak już nigdy nie będę mieszkać, szkoda... Wciąż mam wrażenie, że chcę tych moich Rumunów lepiej poznać, bo są naprawdę przecudowni, no ale nie da się. Z resztą może lepiej jest wyjeżdżać w takim momencie, kiedy jesteśmy na fali wielkiego sukcesu, jakim był GROW. Wszyscy są zadowoleni, ja w wesołym nastroju wciąż, więc może dzięki temu mnie pozytywnie zapamiętają. Wczoraj na pożegnalnej imprezie doszłam do wniosku, że faktycznie mój czas się tu skończył i trzeba ruszać dalej. No bo 'czemu nie?' jak mówi moje ukochane motywacyjne łódzkie zdjęcie z murów :]

Ach, ależ to był cudowny weekend! Oprócz opisanego już tutaj rumuńsko-klubowego piątku, była też sobota z oficjalną ceremonią na zakończenia GROW w Suceavie i niedzielne mniej oficjalne zakończenie :) Sobota naprawdę mnie zaskoczyła. Dzieciaki się postarały bardzo, było zabawnie i wzruszająco jednocześnie, świetnie się bawiłam. Chyba nigdy nie usłyszałam tylu miłych rzeczy co w tych ich przemówieniach, które wygłaszali! Najbardziej mnie zaskoczyło, że dziękowali mi za "open-minded attitude", nie wiem czy to komplement czy wrzuta :) Poza tym dostałam dyplom, na którym napisali o mnie "Kasia: you can('t) touch me" :D Uwielbiam ich po prostu!
Niestety w sobotę Cigdem wyjechała. Na szczęście udało nam się pojechać na dworzec, żeby ją pożegnać, zdążyliśmy dosłownie w ostatniej chwili. Musiało to zabawnie wyglądać, banda szaleńców biegających po dworcu i krzyczących "Cigdem, Cigdem, where's Cigdem?". Jeszcze lepszą zabawę mieliśmy w autobusie. Udało mi się ich namówić do gry w bobsleje, więc tak sobie jechaliśmy, sześć osób bujających się na każdym zakręcie. Pani sprzedająca bilety w autobusie była oburzona i nawet wygłosiła odpowiednią przemowę na ten temat. Chyba jednak dobrze, że czasem tu nic nie rozumiem!
Wczoraj wieczorem ostatni raz odwiedziłam mój ulubiony lokalny bar. Mnóstwo świetnych spotkań tu mieliśmy, najbardziej chyba lubiłam wieczory filmowe bez filmów, ach ta rumuńska organizacja :) W każdym razie wczoraj przyszło naprawdę dużo ludzi, wzruszyłam się aż! Jedna z nastolatek zaśpiewała mi po polsku refren z "nie nie nie" t.love, wspaniały prezent mi zrobiła :) Z kolei mój ulubiony uczestnik GROW przyniósł mi butelkę jakiegoś rumuńskiego bimbru domowej roboty, który skonsumowaliśmy od razu z ajsekiem... Było super, ale jednak po raz nie wiem który stwierdzam, że jak impreza ma być legendarna, to tylko w xxlatce! Tęsknię!





sobota, 28 sierpnia 2010

kolekcjoner momentów

Clubbing w Suceavie za mną! Radosny nastrój na mnie dziwnie wpływa, podobało mi się, a nawet żal mi było wychodzić. Dziwne rzeczy się działy. Chyba przyczyniłam się mimowolnie do tego, że konkurs nabrał charakteru międzynarodowego. Zostałam nawet uroczą asystentką, która losuje kolejność, w tym się nie za bardzo nie odnalazłam, organizatorzy też nie. Przeprowadziliśmy taki oto dialog:
- heeej, jak masz na imię?
- Kasia
-.... acha, dobrze :)

Chyba powinnam zmienić nazwę bloga na kaszwrumunii, bo tak tu teraz mam na imię.
Wracając do imprezy, to przyznaję, miałam pewien kryzys. Kiedy wracaliśmy nad ranem wciąż czułam niedosyt i miałam zbyt dużo energii i nie było jak jej spożytkować. Zaczęłam sobie przypominać najlepsze imprezy, po których w ogóle już nie miałam energii i doszłam do wniosku, że tęsknie za klimatem wrocławskim. Nic nie równa się przecież imprezie MM Drzewo Piwne czy choćby tej ostatniej, połączonej ze wschodem słońca na Moście Pokoju! Zatem o 3 rano niepokojąco zaczął wracać do mnie gbur, który mówił mi, że tu nic nie ma sensu, jednak powiedziałam mu stanowcze NIE! I wygrałam. Doszłam do wniosku, że owszem, to nie jest MMDP, ale też jest nieźle. Nie idealnie, ale też dobrze, bo nawet na imprezie w Rumunii i nie w moim klimacie były chwile, w których czułam się cudownie. Takie momenty chcę w głowie zbierać i pamiętać. Nawet chyba pozbyłam się tej presji, że wszystko zawsze musi być powiedziane i wyjaśnione. Tymczasem nie wprost też jest super! I gbur odszedł, mam nadzieję, że na trwałe....
Mój mózg działa osobliwie. Często po imprezie budzę się rano, nie mogę spać i mam najlepsze przemyślenia! Dzisiaj o 7 rano wymyśliłam notkę na bloga i przemówienie na galę kończącą GROW. Teraz tylko tam pójść, powiedzieć, nie rozkleić się...




piątek, 27 sierpnia 2010

odmładzam się!

Wczoraj znowu spędziłam wieczór z nastolatkami. Chyba się powoli przyzwyczajam do takiego towarzystwa, chociaż z jednym z członków AIESECu stwierdziliśmy, że to pewnie nasz sposób na uporanie się z kryzysem końca studiów :) Chyba coś w tym jest. Byliśmy jedynymi dorosłymi na wczorajszym ognisku i raczej nie dawaliśmy najlepszego przykładu cały czas się wygłupiając. Z drugiej strony 23 lata to chyba nie jest jeszcze taki wiek, że trzeba nieustannie być poważnym i myśleć o życiu. Chociaż uczenie nastolatków zbereźnych piosenek to przesada jednak, przyznaję. Swoją drogą moje przaśno-ludowe poczucie humoru dopada mnie i tutaj, znam zbereźną piosenkę po angielsku i szalenie mnie to cieszy :) W każdym razie wieczór wczoraj niezwykle udany, bawiłam się świetnie.
Niestety dzisiaj mieliśmy ostatni dzień GROW. Teraz tylko oficjalna gala i koniec, definitywnie. Smutne to trochę, ale wiem, że udało nam się tu wspólnie zrobić coś dobrego. Cieszą mnie też ich reakcje, napisali mi mnóstwo przyjemnych rzeczy na pożegnanie (m.in. że chcą przyjechać do Polski i zrobić bobsleje w tramwaju:P). Przeuroczo!
Dzisiaj w ramach przełamywania własnych barier i robienia rzeczy których normalnie nie robię w Polsce idę na imprezę trance i w dodatku cieszy mnie ta okoliczność! Kto by się spodziewał? Na usprawiedliwienie dodam, że znajomy dj rumuński będzie tam grał, więc niejako idę tam jako fanka :D. Dziwne rzeczy się dzieją, ale wiem, że przeżyję i że będzie super! Zatem wypijam Tediego i do boju!!


czwartek, 26 sierpnia 2010

radość po rumuńsku


Zupełnie tu wariuję, nie wiem co się dzieje! Co się stało z gburowatym metalem? Chyba zginął bezpowrotnie. Od prawie tygodnia mam ten dziwny wesoło-radosny nastrój. Tak na mnie Rumunia (a może moi Rumuni) wpływa. Zatem chodzę i się cieszę, zupełnie jak nie ja. Całkiem mi z tym dobrze, chociaż czasem się temu dziwię. Ostatnio miałam napad śmiechu w rumuńskim autobusie numer 4. Rumuni się dziwią, że już ich przytulam. Dla mnie to oczywiste, bo przecież jak już kogoś znam to nie mam z tym problemów. Chyba jednak nie mogą uwierzyć, że serio teraz przytulanie jest ok, więc dla pewności nauczyli mnie cudownego zdania: "Jestem w Rumunii 6 tygodni i teraz już ludzie mogą mnie dotykać". Robię tym furorę :)Rumuni swoją drogą też uczą się polskiego, więc na FB teraz sobie mogę czytać takie słodkie statusy jak "było super kochanie!" albo "jestem zmęczony, dobranoc". No i oczywiście "jako tako" rządzi!Podoba im się też polonez, chcą go tańczyć na imprezie z okazji końca GROW, zatem dzisiaj znowu ich uczyłam i znowu czułam się jak w liceum (ach, Norwid mój kochany).
Więc jestem szczęśliwa i radosna w tej Rumunii. Mam nadzieję, że nie jest to tylko faza wzlotu przed gigantycznym upadkiem w Timisoarze... Pewnie po takich świetnych 6 tygodniach wszystko będzie mi się wydawało słabe, no ale zobaczymy. Oczywiście nie jest idealnie, mam te swoje małe frustracje, a frustruje mnie to, co zawsze. Jak ktoś mądrze ponad rok temu mi powiedział: "Kasia Kasia, wszystko przez to, że układasz sobie w głowie scenariusze, a potem kiedy ludzie się nie dostosowują, jesteś zdziwiona." Zaiste to prawda. Wyciągnęłam z tego pewne, ale i tak mi trudno i czasami nie wiem jak to wszystko działa. Coś muszę zmienić jednak, bo bycie nieustannie złośliwym nie jest najlepszą metodą na pokazanie, że się kogoś lubi (chociaż dla mnie to jest takie oczywiste :D).

Na koniec, żeby nie było tak idealnie, kolejne moje spostrzeżenie na temat polskich produktów w Rumunii. Na prawdę nie mogę się nadziwić, że Tymbark tu smakuje trzy razy gorzej. Dzisiaj znalazłam limitowaną edycję Kubusia, wygląd przypominający pleśń mnie nie zachwycił :) Chociaż może to Kubuś o smaku szczawiu, wtedy kolor by się zgadzał.

wtorek, 24 sierpnia 2010

polskie tradycje - trener jakby pijany



W ramach przygotowywania mojego ostatniego dnia polskiego szukałam jakichś ciekawych filmów o Polsce i znalazłam jeden fajny: http://www.youtube.com/watch?v=XHFfUmGLo7w

Przypomniało mi się, jak na pierwszym roku tak robiłam, wrocławskie tramwaje są najlepsze na świecie... W Suceavie tramwajów niestety nie ma, ale wczoraj udało nam się zrobić coś podobnego do zabawy w bobsleje w autobusie numer dwa, cudownie!
Myślę, że dzień polski był bardzo udany, nawet jeśli tym razem nie było pierogów. Tańczyliśmy poloneza (na studniówce wychodziło mi to lepiej, hmm, kiedy to było?), opowiedziałam im też legendę o smoku wawelskim i legendę o Wandzie co nie chciała Niemca, co nie spotkało się z ich zrozumieniem. Różnice kulturowe, trudno :) Wciąż próbuję Rumunów uczyć polskiego, niestety nie wiedzieć czemu najlepiej zapamiętują najgłupsze rzeczy (ciężko je nawet na blogu przytoczyć). W każdym razie dzisiaj próbowałam uczyć ich na poważnie jakichś podstawowych rzeczy, czyli liczby, powitanie itp. Potem próbowaliśmy jakieś proste dialogi układać. Najbardziej podobało mi się:
chłopak: Wyjdziesz za mnie?
dziewczyna: Jako tako!

Poza tym okazuje się, że niektóre aspekty bycia trenerem sprawiają mi wciąż trudność. Strasznie utkwiło mi w pamięci, że kiedy coś piszę, to absolutnie nie mogę do nich stawać tyłem. Staram się więc stać bokiem i w konsekwencji piszę strasznie krzywo. Potem staram się poprawić, więc wychodzi krzywo w drugą stronę. Jak patrzę później na rezultaty, to wygląda jakbym pisała to po pijaku. Oczywiście starali się mnie pocieszyć mówiąc, że to symboliczne, że w karierze każdego lidera są upadki i wzloty, ech :)