niedziela, 29 sierpnia 2010

czas na zmianę, no bo czemu nie?


Znowu to się dzieje, znowu po imprezie spać nie mogę i wstaję o niemożliwych godzinach. Może chociaż dzięki temu mój ostatni dzień w pełni wykorzystam, a do roboty całkiem sporo jest. Przede wszystkim muszę dopełnić mój cykl pożegnań, co mnie bardzo smuci. Naprawdę nie spodziewałam się, że tak ciężko będzie mi wyjeżdżać stąd, w końcu to było tylko 6 tygodni. Może to głupie, ale chyba bardziej to przeżywam, niż wyjazd po 4 latach z Wrocławia. Pewnie dlatego, że tam wrócę, poza tym moje relacje z ludźmi z Polski są tak silne, że na pewno ich nie stracę. W Suceavie pewnie jednak już nigdy nie będę mieszkać, szkoda... Wciąż mam wrażenie, że chcę tych moich Rumunów lepiej poznać, bo są naprawdę przecudowni, no ale nie da się. Z resztą może lepiej jest wyjeżdżać w takim momencie, kiedy jesteśmy na fali wielkiego sukcesu, jakim był GROW. Wszyscy są zadowoleni, ja w wesołym nastroju wciąż, więc może dzięki temu mnie pozytywnie zapamiętają. Wczoraj na pożegnalnej imprezie doszłam do wniosku, że faktycznie mój czas się tu skończył i trzeba ruszać dalej. No bo 'czemu nie?' jak mówi moje ukochane motywacyjne łódzkie zdjęcie z murów :]

Ach, ależ to był cudowny weekend! Oprócz opisanego już tutaj rumuńsko-klubowego piątku, była też sobota z oficjalną ceremonią na zakończenia GROW w Suceavie i niedzielne mniej oficjalne zakończenie :) Sobota naprawdę mnie zaskoczyła. Dzieciaki się postarały bardzo, było zabawnie i wzruszająco jednocześnie, świetnie się bawiłam. Chyba nigdy nie usłyszałam tylu miłych rzeczy co w tych ich przemówieniach, które wygłaszali! Najbardziej mnie zaskoczyło, że dziękowali mi za "open-minded attitude", nie wiem czy to komplement czy wrzuta :) Poza tym dostałam dyplom, na którym napisali o mnie "Kasia: you can('t) touch me" :D Uwielbiam ich po prostu!
Niestety w sobotę Cigdem wyjechała. Na szczęście udało nam się pojechać na dworzec, żeby ją pożegnać, zdążyliśmy dosłownie w ostatniej chwili. Musiało to zabawnie wyglądać, banda szaleńców biegających po dworcu i krzyczących "Cigdem, Cigdem, where's Cigdem?". Jeszcze lepszą zabawę mieliśmy w autobusie. Udało mi się ich namówić do gry w bobsleje, więc tak sobie jechaliśmy, sześć osób bujających się na każdym zakręcie. Pani sprzedająca bilety w autobusie była oburzona i nawet wygłosiła odpowiednią przemowę na ten temat. Chyba jednak dobrze, że czasem tu nic nie rozumiem!
Wczoraj wieczorem ostatni raz odwiedziłam mój ulubiony lokalny bar. Mnóstwo świetnych spotkań tu mieliśmy, najbardziej chyba lubiłam wieczory filmowe bez filmów, ach ta rumuńska organizacja :) W każdym razie wczoraj przyszło naprawdę dużo ludzi, wzruszyłam się aż! Jedna z nastolatek zaśpiewała mi po polsku refren z "nie nie nie" t.love, wspaniały prezent mi zrobiła :) Z kolei mój ulubiony uczestnik GROW przyniósł mi butelkę jakiegoś rumuńskiego bimbru domowej roboty, który skonsumowaliśmy od razu z ajsekiem... Było super, ale jednak po raz nie wiem który stwierdzam, że jak impreza ma być legendarna, to tylko w xxlatce! Tęsknię!





sobota, 28 sierpnia 2010

kolekcjoner momentów

Clubbing w Suceavie za mną! Radosny nastrój na mnie dziwnie wpływa, podobało mi się, a nawet żal mi było wychodzić. Dziwne rzeczy się działy. Chyba przyczyniłam się mimowolnie do tego, że konkurs nabrał charakteru międzynarodowego. Zostałam nawet uroczą asystentką, która losuje kolejność, w tym się nie za bardzo nie odnalazłam, organizatorzy też nie. Przeprowadziliśmy taki oto dialog:
- heeej, jak masz na imię?
- Kasia
-.... acha, dobrze :)

Chyba powinnam zmienić nazwę bloga na kaszwrumunii, bo tak tu teraz mam na imię.
Wracając do imprezy, to przyznaję, miałam pewien kryzys. Kiedy wracaliśmy nad ranem wciąż czułam niedosyt i miałam zbyt dużo energii i nie było jak jej spożytkować. Zaczęłam sobie przypominać najlepsze imprezy, po których w ogóle już nie miałam energii i doszłam do wniosku, że tęsknie za klimatem wrocławskim. Nic nie równa się przecież imprezie MM Drzewo Piwne czy choćby tej ostatniej, połączonej ze wschodem słońca na Moście Pokoju! Zatem o 3 rano niepokojąco zaczął wracać do mnie gbur, który mówił mi, że tu nic nie ma sensu, jednak powiedziałam mu stanowcze NIE! I wygrałam. Doszłam do wniosku, że owszem, to nie jest MMDP, ale też jest nieźle. Nie idealnie, ale też dobrze, bo nawet na imprezie w Rumunii i nie w moim klimacie były chwile, w których czułam się cudownie. Takie momenty chcę w głowie zbierać i pamiętać. Nawet chyba pozbyłam się tej presji, że wszystko zawsze musi być powiedziane i wyjaśnione. Tymczasem nie wprost też jest super! I gbur odszedł, mam nadzieję, że na trwałe....
Mój mózg działa osobliwie. Często po imprezie budzę się rano, nie mogę spać i mam najlepsze przemyślenia! Dzisiaj o 7 rano wymyśliłam notkę na bloga i przemówienie na galę kończącą GROW. Teraz tylko tam pójść, powiedzieć, nie rozkleić się...




piątek, 27 sierpnia 2010

odmładzam się!

Wczoraj znowu spędziłam wieczór z nastolatkami. Chyba się powoli przyzwyczajam do takiego towarzystwa, chociaż z jednym z członków AIESECu stwierdziliśmy, że to pewnie nasz sposób na uporanie się z kryzysem końca studiów :) Chyba coś w tym jest. Byliśmy jedynymi dorosłymi na wczorajszym ognisku i raczej nie dawaliśmy najlepszego przykładu cały czas się wygłupiając. Z drugiej strony 23 lata to chyba nie jest jeszcze taki wiek, że trzeba nieustannie być poważnym i myśleć o życiu. Chociaż uczenie nastolatków zbereźnych piosenek to przesada jednak, przyznaję. Swoją drogą moje przaśno-ludowe poczucie humoru dopada mnie i tutaj, znam zbereźną piosenkę po angielsku i szalenie mnie to cieszy :) W każdym razie wieczór wczoraj niezwykle udany, bawiłam się świetnie.
Niestety dzisiaj mieliśmy ostatni dzień GROW. Teraz tylko oficjalna gala i koniec, definitywnie. Smutne to trochę, ale wiem, że udało nam się tu wspólnie zrobić coś dobrego. Cieszą mnie też ich reakcje, napisali mi mnóstwo przyjemnych rzeczy na pożegnanie (m.in. że chcą przyjechać do Polski i zrobić bobsleje w tramwaju:P). Przeuroczo!
Dzisiaj w ramach przełamywania własnych barier i robienia rzeczy których normalnie nie robię w Polsce idę na imprezę trance i w dodatku cieszy mnie ta okoliczność! Kto by się spodziewał? Na usprawiedliwienie dodam, że znajomy dj rumuński będzie tam grał, więc niejako idę tam jako fanka :D. Dziwne rzeczy się dzieją, ale wiem, że przeżyję i że będzie super! Zatem wypijam Tediego i do boju!!


czwartek, 26 sierpnia 2010

radość po rumuńsku


Zupełnie tu wariuję, nie wiem co się dzieje! Co się stało z gburowatym metalem? Chyba zginął bezpowrotnie. Od prawie tygodnia mam ten dziwny wesoło-radosny nastrój. Tak na mnie Rumunia (a może moi Rumuni) wpływa. Zatem chodzę i się cieszę, zupełnie jak nie ja. Całkiem mi z tym dobrze, chociaż czasem się temu dziwię. Ostatnio miałam napad śmiechu w rumuńskim autobusie numer 4. Rumuni się dziwią, że już ich przytulam. Dla mnie to oczywiste, bo przecież jak już kogoś znam to nie mam z tym problemów. Chyba jednak nie mogą uwierzyć, że serio teraz przytulanie jest ok, więc dla pewności nauczyli mnie cudownego zdania: "Jestem w Rumunii 6 tygodni i teraz już ludzie mogą mnie dotykać". Robię tym furorę :)Rumuni swoją drogą też uczą się polskiego, więc na FB teraz sobie mogę czytać takie słodkie statusy jak "było super kochanie!" albo "jestem zmęczony, dobranoc". No i oczywiście "jako tako" rządzi!Podoba im się też polonez, chcą go tańczyć na imprezie z okazji końca GROW, zatem dzisiaj znowu ich uczyłam i znowu czułam się jak w liceum (ach, Norwid mój kochany).
Więc jestem szczęśliwa i radosna w tej Rumunii. Mam nadzieję, że nie jest to tylko faza wzlotu przed gigantycznym upadkiem w Timisoarze... Pewnie po takich świetnych 6 tygodniach wszystko będzie mi się wydawało słabe, no ale zobaczymy. Oczywiście nie jest idealnie, mam te swoje małe frustracje, a frustruje mnie to, co zawsze. Jak ktoś mądrze ponad rok temu mi powiedział: "Kasia Kasia, wszystko przez to, że układasz sobie w głowie scenariusze, a potem kiedy ludzie się nie dostosowują, jesteś zdziwiona." Zaiste to prawda. Wyciągnęłam z tego pewne, ale i tak mi trudno i czasami nie wiem jak to wszystko działa. Coś muszę zmienić jednak, bo bycie nieustannie złośliwym nie jest najlepszą metodą na pokazanie, że się kogoś lubi (chociaż dla mnie to jest takie oczywiste :D).

Na koniec, żeby nie było tak idealnie, kolejne moje spostrzeżenie na temat polskich produktów w Rumunii. Na prawdę nie mogę się nadziwić, że Tymbark tu smakuje trzy razy gorzej. Dzisiaj znalazłam limitowaną edycję Kubusia, wygląd przypominający pleśń mnie nie zachwycił :) Chociaż może to Kubuś o smaku szczawiu, wtedy kolor by się zgadzał.

wtorek, 24 sierpnia 2010

polskie tradycje - trener jakby pijany



W ramach przygotowywania mojego ostatniego dnia polskiego szukałam jakichś ciekawych filmów o Polsce i znalazłam jeden fajny: http://www.youtube.com/watch?v=XHFfUmGLo7w

Przypomniało mi się, jak na pierwszym roku tak robiłam, wrocławskie tramwaje są najlepsze na świecie... W Suceavie tramwajów niestety nie ma, ale wczoraj udało nam się zrobić coś podobnego do zabawy w bobsleje w autobusie numer dwa, cudownie!
Myślę, że dzień polski był bardzo udany, nawet jeśli tym razem nie było pierogów. Tańczyliśmy poloneza (na studniówce wychodziło mi to lepiej, hmm, kiedy to było?), opowiedziałam im też legendę o smoku wawelskim i legendę o Wandzie co nie chciała Niemca, co nie spotkało się z ich zrozumieniem. Różnice kulturowe, trudno :) Wciąż próbuję Rumunów uczyć polskiego, niestety nie wiedzieć czemu najlepiej zapamiętują najgłupsze rzeczy (ciężko je nawet na blogu przytoczyć). W każdym razie dzisiaj próbowałam uczyć ich na poważnie jakichś podstawowych rzeczy, czyli liczby, powitanie itp. Potem próbowaliśmy jakieś proste dialogi układać. Najbardziej podobało mi się:
chłopak: Wyjdziesz za mnie?
dziewczyna: Jako tako!

Poza tym okazuje się, że niektóre aspekty bycia trenerem sprawiają mi wciąż trudność. Strasznie utkwiło mi w pamięci, że kiedy coś piszę, to absolutnie nie mogę do nich stawać tyłem. Staram się więc stać bokiem i w konsekwencji piszę strasznie krzywo. Potem staram się poprawić, więc wychodzi krzywo w drugą stronę. Jak patrzę później na rezultaty, to wygląda jakbym pisała to po pijaku. Oczywiście starali się mnie pocieszyć mówiąc, że to symboliczne, że w karierze każdego lidera są upadki i wzloty, ech :)

poniedziałek, 23 sierpnia 2010

z tęsknoty wariuję za Polską

Jestem tu dopiero 5 tygodni a już zaczynam tęsknić. Chyba mam drugą fazę szoku kulturowego. Może to dlatego, że wcale nie chcę stąd wyjeżdżać. Właśnie się przyzwyczaiłam, a tu już koniec. Najchętniej bym została jeszcze trochę, ale intensywny kurs rumuńskiego w Timisoarze wzywa...
W każdym razie tęsknota objawia się dziwnie. Najdziwniejsze, że wcale do Polski nie chcę wracać. Jednak mimo wszystko brakuje mi języka. Jasne, po angielsku mogę wyrazić (prawie) wszystko to, co myślę, ale za nic w świecie nie potrafię żartować. To pewnie przez to moje prześmiewczo-ironiczne poczucie humoru, które po angielsku brzmi fatalnie (a po niemiecku dramatycznie). Staram się więc po polsku mówić, wczoraj przeprowadziłam fascynującą rozmowę z rumuńskim psem. Patrzył na mnie tak, jakby rozumiał i reagował kiedy wołałam na niego "Szarik". Byłam bliska zaśpiewania mu piosenki z "Czterech pancernych", ale to chyba byłaby przesada... Zatem tęsknię za polskim, mimo że czasem sprawia mi trudności. Wczoraj uparcie twierdziłam, że kobieta z Turcji to Turka, absolutnie nie Turczynka, tylko Turka właśnie :) Żeby nie było wątpliwości, nie jestem taką okropną osobą, która wyjeżdża na miesiąc za granicę i zapomina języka. Nie zamierzam też po powrocie mówić z angielskim (ani tym bardziej z rumuńskim) akcentem. Jakoś to będzie. Mam nadzieję, że nie zwariuję z tej tęsknoty. Na razie smutki zapijam rumuńską wersją mojego kochanego tymbarkowego Kubusia, czyli Tedim, fuj :)

niedziela, 22 sierpnia 2010

postkomunistyczne frustracje

Wciąż borykam się z brakiem internetu, niedługo chyba zamieszkam w tym centrum handlowym, tak bardzo kocham wifi. No, ale przynajmniej okazało się, że jednak tam gdzie mieszkam jest ciepła woda!
W piątek wreszcie udało mi się zobaczyć zachód słońca, o dziwo tym razem zdążyliśmy. Faktycznie widok jest niezły, uroki Suceavy w całej okazałości. Niestety znowu wyszłam na dziwaka, bo zamiast delektować się tradycyjnym tureckim alkoholem (nie mogę tego pić, wspomnienia jednej imprezy w XXlatce są zbyt świeże), rozprawiałam cały wieczór o polityce. Poznałam chłopaka, który też "się zna" i dowiedziałam się mnóstwa ciekawych rzeczy o tutejszych kampaniach wyborczych, więc byłam zachwycona doprawdy! Oczywiście później zeszliśmy na tematy mniej przyjemne. Opowiedziałam mu historię posła Filipa Adwenta i tego jak to "Studenci Uwr nie zauważyli, że europoseł zmarł". Wciąż mnie to boli, ale media w Rumunii wcale nie działają lepiej niż u nas, więc wspólnie z Bogdanem dzieliliśmy nasze środkowoeuropejskie frustracje. Czasami myślę, że nie wszystko jest ze mną do końca w porządku, zbyt często wychodzi ze mnie ten politolog maniak, na imprezach to chyba nie wygląda za dobrze.

W ramach poznawania Rumunii wybrałam się w sobotę do Iasi. Miasto jest mniej więcej takie jak myślałam: duże, aktywne i całkiem przyjemne. Czułam się trochę jak we Wrocławiu! Jednak mimo, że w Suceavie czuję się bardziej jak w Częstochowie, co mnie lekko przygnębia, to jednak bardo się cieszę, że ostatecznie trafiłam tutaj. Zatem absolutnie nie żałuję, że mnie tu przenieśli. Chyba nie do końca chodzi o samo miasto, bardziej o ludzi, tutejsi Rumuni najlepsi na świecie! Tak, przyznaję, że fakt że przez długi czas byłam tu jedynym obcokrajowcem też sprawiał, że się czułam dobrze (syndrom pępka świata do mnie wraca).
W Iasi wypożyczyliśmy rowery (Wrocławiu, kiedy dasz nam taką możliwość?), co mnie ucieszyło niesamowicie. Zapomniałam już prawie, jak to lubię! Niestety moje przyzwyczajenie do Batawoza mogło skończyć się tragicznie. W moim kochanym rowerze nic nie działa tak jak powinno, jeśli chcę się zatrzymać dociskam hamulec do końca, a i tak nie wiele się dzieje. Tutaj zrobiłam tak samo i prawie wyleciałam przez kierownicę, więc przygoda była. Po tej wycieczce wieszczę rychły upadek cywilizacji zachodniej z powodu braku aktywności fizycznej, na prawdę prowadzenie rowerów pod górkę bo "nie chcę się zmęczyć" jest trochę smutne... Ogólnie jednak z wypadu do Iasi jestem zadowolona. Udało mi się spotkać ludzi, których poznałam na konferencji w lipcu, bardzo mnie to ucieszyło. Jeden z nich, Estończyk - politolog (!), pocieszył mnie trochę, mówiąc że "na imprezach on też tak ma". Potem pogadaliśmy sobie o UE, więc byłam cała szczęśliwa :)
Jedyna rzecz, która mnie zaskoczyła, to fakt, że Rumuni którzy nas po mieście oprowadzali cały czas proponowali, że nas zabiorą do centrum handlowego. Zupełnie tego nie rozumiem, czy to aż taka atrakcja? Różnice kulturowe czy co? A może wyglądam na galeriankę? Hmm, w sumie już druga godzina w Iulius Mall dzisiaj, może coś w tym jest.
W drodze powrotnej sprawdzałyśmy jak wygląda nasza tolerancja w praktyce. Tyle mówię podczas GROW o tych Romach, że to jednak nie jest takie proste, żeby ich nie oceniać i żeby chociaż trochę spróbować ich zrozumieć. Miałam zatem szansę. Przedział dzieliłam z cygańską młodą matką i jej wiecznie płaczącymi dziećmi. Wcale nie było tak źle. Przeżyłam.

Wczoraj się dowiedziałam, że na pierwszy rzut oka robię wrażenia snoba, który podnieca się swoim intelektem (bez przesady, chyba nie ma się aż tak czym podniecać). W dodatku stawiam ludziom zbyt wysoko poprzeczkę i rozmawiam tylko z mądrymi, a resztę krytykuję. Tak, pewnie coś w tym jest, ale... Wiem co lubię, wiem czego nie lubię, czy to źle? Owszem lubię mądrych ludzi, ale chyba bardziej chodzi o to, że cenię ludzi, którzy mają własne zdanie i własne zainteresowania. Wcale nie muszą się koniecznie znać na polityce, może to być cokolwiek innego ( o dziwo, nawet trance działa!). Zastanawiam się, co teraz zrobić. Chyba powinnam w pokorze przyjąć krytykę i faktycznie czasem swoje ironiczno-prześmiewcze uwagi zachować dla siebie... Rumunia uczy życia w wielu aspektach, bardzo mnie to cieszy :)