sobota, 31 lipca 2010

kulturowy szok

Na tygodniowym szkoleniu, które miałam przed praktykami wszyscy, którzy mają już jakieś doświadczenie mówili strasznie dużo o różnicach i o szoku kulturowym. Oczywiście zdawałam sobie sprawę, że tu jest inaczej, ale wydawało mi się, że przesadzają i to bardzo. W końcu Rumunia to nie Arabia Saudyjska czy Japonia. Jasne, jeśli Wesam, który prowadził szkolenie przyjechał z Jordanii do Europy, to musiał przeżyć szok, ale ja? Niestety chyba nie da się tego uniknąć. Po dwóch tygodniach mam już chyba wszystkie objawy:

faza 1 - entuzjazm. Rumunia rządzi, Rumuni są najsympatyczniejsi na świecie. Dają mięso 5 razy dziennie, czad :)
faza 2 - zmęczenie. Najchętniej spało by się cały dzień. Na pewno to nie jest przez różnicę czasu, poza tym wcale nie pracuję tak dużo...
faza 3 - zdziwienie. W tym kraju nic nie działa tak jak powinno. Normalnie jest tylko w Polsce, bo tam ludzie mówią po polsku, a tu poszaleli. (U mnie najgorsza faza, połączona z zatruciem tym "dziwnym" jedzeniem. )
faza 4 - zwątpienie. No i po co mi to było? Trzeba było siedzieć w domu, jechać na Woodstock, cokolwiek.
faza 5 - przeprowadzka. Nie wiem czy to jakaś specjalna sztuczka wymyślona przez AIESEC, żeby ludzie mieli więcej wrażeń, ale na szkoleniu dużo ludzi mówiło o tym, że nagle, z dnia na dzień musieli się przeprowadzić. Oczywiście założyłam, że mnie to nie spotka, a jednak. Zatem opuszczam mą rumuńską rodzinę w poniedziałek.
faza 6 - refleksja. Może to ze mną coś jest nie tak, może się nie potrzebnie tak spinam i źle nastawiam. W gruncie rzeczy przecież cieszę się, że tu jestem, bo dużo mnie to uczy. Czas porzucić stare nawyki i zmienić nastawienie.
faza 7 - entuzjazm 2. Przecież nie jest tak źle. GROW rządzi. Mam milijony rumuńskich znajomych na fejsie. Będę spać dziś w rumuńskim klasztorze. Super jest znowu :)

Mam nadzieję, że ten cykl się nie powtarza, nie chcę się przeprowadzać co dwa tygodnie. Wcale też nie jest tak, że bardzo mi tu źle, przeciwnie :) Cieszę się, że tyle o tym szoku mówili na TtT, przynajmniej mogę się samodiagnozować i mniej mnie to wszystko stresuje, bo wiem, że nie tylko ja tak mam. Dzięki temu mogę bardziej cieszyć się tym co się dzieje. Wczoraj na przykład siedzieliśmy kilka godzin w księgarni (taki chyba rumuński EMPiK) przy herbacie i książkach, było uroczo! Nawet kupiłam sobie coś po angielsku o obaleniu Ceausescu, może dzięki temu lepiej tych moich Rumunów zrozumiem!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz