Wciąż borykam się z brakiem internetu, niedługo chyba zamieszkam w tym centrum handlowym, tak bardzo kocham wifi. No, ale przynajmniej okazało się, że jednak tam gdzie mieszkam jest ciepła woda!
W piątek wreszcie udało mi się zobaczyć zachód słońca, o dziwo tym razem zdążyliśmy. Faktycznie widok jest niezły, uroki Suceavy w całej okazałości. Niestety znowu wyszłam na dziwaka, bo zamiast delektować się tradycyjnym tureckim alkoholem (nie mogę tego pić, wspomnienia jednej imprezy w XXlatce są zbyt świeże), rozprawiałam cały wieczór o polityce. Poznałam chłopaka, który też "się zna" i dowiedziałam się mnóstwa ciekawych rzeczy o tutejszych kampaniach wyborczych, więc byłam zachwycona doprawdy! Oczywiście później zeszliśmy na tematy mniej przyjemne. Opowiedziałam mu historię posła Filipa Adwenta i tego jak to "Studenci Uwr nie zauważyli, że europoseł zmarł". Wciąż mnie to boli, ale media w Rumunii wcale nie działają lepiej niż u nas, więc wspólnie z Bogdanem dzieliliśmy nasze środkowoeuropejskie frustracje. Czasami myślę, że nie wszystko jest ze mną do końca w porządku, zbyt często wychodzi ze mnie ten politolog maniak, na imprezach to chyba nie wygląda za dobrze.
W ramach poznawania Rumunii wybrałam się w sobotę do Iasi. Miasto jest mniej więcej takie jak myślałam: duże, aktywne i całkiem przyjemne. Czułam się trochę jak we Wrocławiu! Jednak mimo, że w Suceavie czuję się bardziej jak w Częstochowie, co mnie lekko przygnębia, to jednak bardo się cieszę, że ostatecznie trafiłam tutaj. Zatem absolutnie nie żałuję, że mnie tu przenieśli. Chyba nie do końca chodzi o samo miasto, bardziej o ludzi, tutejsi Rumuni najlepsi na świecie! Tak, przyznaję, że fakt że przez długi czas byłam tu jedynym obcokrajowcem też sprawiał, że się czułam dobrze (syndrom pępka świata do mnie wraca).
W Iasi wypożyczyliśmy rowery (Wrocławiu, kiedy dasz nam taką możliwość?), co mnie ucieszyło niesamowicie. Zapomniałam już prawie, jak to lubię! Niestety moje przyzwyczajenie do Batawoza mogło skończyć się tragicznie. W moim kochanym rowerze nic nie działa tak jak powinno, jeśli chcę się zatrzymać dociskam hamulec do końca, a i tak nie wiele się dzieje. Tutaj zrobiłam tak samo i prawie wyleciałam przez kierownicę, więc przygoda była. Po tej wycieczce wieszczę rychły upadek cywilizacji zachodniej z powodu braku aktywności fizycznej, na prawdę prowadzenie rowerów pod górkę bo "nie chcę się zmęczyć" jest trochę smutne... Ogólnie jednak z wypadu do Iasi jestem zadowolona. Udało mi się spotkać ludzi, których poznałam na konferencji w lipcu, bardzo mnie to ucieszyło. Jeden z nich, Estończyk - politolog (!), pocieszył mnie trochę, mówiąc że "na imprezach on też tak ma". Potem pogadaliśmy sobie o UE, więc byłam cała szczęśliwa :)
Jedyna rzecz, która mnie zaskoczyła, to fakt, że Rumuni którzy nas po mieście oprowadzali cały czas proponowali, że nas zabiorą do centrum handlowego. Zupełnie tego nie rozumiem, czy to aż taka atrakcja? Różnice kulturowe czy co? A może wyglądam na galeriankę? Hmm, w sumie już druga godzina w Iulius Mall dzisiaj, może coś w tym jest.
W drodze powrotnej sprawdzałyśmy jak wygląda nasza tolerancja w praktyce. Tyle mówię podczas GROW o tych Romach, że to jednak nie jest takie proste, żeby ich nie oceniać i żeby chociaż trochę spróbować ich zrozumieć. Miałam zatem szansę. Przedział dzieliłam z cygańską młodą matką i jej wiecznie płaczącymi dziećmi. Wcale nie było tak źle. Przeżyłam.
Wczoraj się dowiedziałam, że na pierwszy rzut oka robię wrażenia snoba, który podnieca się swoim intelektem (bez przesady, chyba nie ma się aż tak czym podniecać). W dodatku stawiam ludziom zbyt wysoko poprzeczkę i rozmawiam tylko z mądrymi, a resztę krytykuję. Tak, pewnie coś w tym jest, ale... Wiem co lubię, wiem czego nie lubię, czy to źle? Owszem lubię mądrych ludzi, ale chyba bardziej chodzi o to, że cenię ludzi, którzy mają własne zdanie i własne zainteresowania. Wcale nie muszą się koniecznie znać na polityce, może to być cokolwiek innego ( o dziwo, nawet trance działa!). Zastanawiam się, co teraz zrobić. Chyba powinnam w pokorze przyjąć krytykę i faktycznie czasem swoje ironiczno-prześmiewcze uwagi zachować dla siebie... Rumunia uczy życia w wielu aspektach, bardzo mnie to cieszy :)
niedziela, 22 sierpnia 2010
czwartek, 19 sierpnia 2010
dwadzieścia lat później
Przeprowadziłam się po raz kolejny. W sumie mi to nie przeszkadza, mieszkam sobie z Cigdem, mamy wreszcie własny klucz i nie musimy się przejmować. Ulokowali nas w kuratorium, to chyba najlepsze polskie słowo na to. Jest całkiem przyjemnie, chociaż absurdy nas dopadają. Jest tu wifi, ale nikt nie zna hasła. Potrzeba było dwóch dni i milijonów telefonów, żeby ustalić, kto może wiedzieć. Oczywiście jak już dostałyśmy hasło, okazało się, że internet i tak nie działa :] Poza tym nie ma ciepłej wody, Suczawa jest piękna jeśli o to chodzi! Czytam właśnie książkę o upadku komunizmu, ciekawe rzeczy o Rumunii tu znalazłam. Za Ceausescu z racji tego, że sprzedawali energię na Zachód (uroczy pomysł) też nie było ciepłej wody, więc ukuli okolicznościowy żarcik: "Co jest zimniejszego w Rumunii niż zimna woda? Ciepła woda." :D Dużo się nie zmieniło, jak widać, chociaż pewnie powody inne.
Rumuńska organizacja też mnie powala, zupełnie się nie przejmują niczym. Robiliśmy grilla, miał być o pierwszej, zanim udało się cokolwiek zacząć robić, to była 17 i zaczęło padać, uroczo. W Polsce chyba by mnie trzy razy szlag trafił, a tu ludzie zupełnie na luzie do tego podchodzą.
GROW wciąż mnie zachwyca, chociaż teraz mamy tylko 8 osób. Mimo wszystko są bardzo zaangażowani i zmotywowani. No i mają 18 lat, więc mogę pić z nimi piwo, ha! Podczas ewaluacji jeden chłopak napisał coś szalenie miłego. Na pytanie "Czy ta sesja mogłaby być lepsza?" napisał "Nie, Kasia jest profesjonalna niczym Donald Trump" :) Nie do końca chwytam analogię, ale i tak uważam, że to urocze! Szkoda, że mój pobyt w Suceavie się kończy, ech...
niedziela, 15 sierpnia 2010
mołdawscy przemytnicy
Drugie podejście do wyjazdu do Mołdawii okazało się bardziej udana, więc dojechałam i nawet wróciłam do Suczawy! Niestety pierwsza próba opisania moich wrażeń na blogu nie udała się. Byłam już w połowie kiedy w Mołdawii zabrakło prądu, potem już do końca weekendu nie udało się odzyskać internetu. Mam jednak nadzieję, że pamiętam wszystko!
W piątek autobus przyjechał, więc zapowiadało się nieźle. Pan kierowca został oczywiście przez moją znajomą Rumunkę poinformowany, że mówię tylko po angielsku. Bardzo to przeżywał i posadził mnie zaraz za sobą, żebym przypadkiem Balti nie przegapiła (bo oczywiście nie umiał powiedzieć kiedy dojedziemy, może o 15 a może o 18?). Jazda za kierowcą była ekscytująca, drzwi to autobusu z obu stron były otwarte, więc mogłam zamiast zimnego łokcia robić sobie zimne kolano. To rozwiązanie z drzwiami jest bardzo praktyczne, oprócz tego, że daje przepływ powietrza to jeszcze umożliwia wymianę bluzgów z innymi uczestnikami ruchu. Poza tym kiedy żona pana kierowcy chce jakieś towary ludziom na przystanku przekazać, może je im rzucić (i nie ma potrzeby zatrzymywania od razu całego autobusu!). Przez otwarte drzwi można też wyrzucać odpadki, najbardziej podobał mi się gigantyczny latający słoik po ogórkach kiszonych, jeszcze z wodą w środku. Niechybnie można tym zabić. W autobusie udało mi się poznać młodego chłopaka z Mołdawii, który świetnie mówił po angielsku, zyskałam więc lokalnego przewodnika. Bardzo dużo mi wyjaśnił, dzięki temu może trochę lepiej tę Mołdawię mogłam zrozumieć. Zamęczałam go więc pytaniami, a ciekawiło mnie sporo, np:
- dlaczego autobus zatrzymał się w środku lasu, a kierowca wysiadł z narzędziami w ręku? Awaria? Oczywiście nie! Zbliżaliśmy się do granicy, trzeba było pochować towar! Oczywiście czytałam wcześniej, że na tej trasie ludzie często szmuglują różne rzeczy, no ale nie spodziewałam się, że to prawda. W każdym razie zobaczyłam że pod atrapą kosza na śmieci wypełnionego pustymi butelkami po alkoholu można przewieźć na prawdę sporo "nielegalnej" bielizny na sprzedaż :)
- dlaczego nagle skończył się asfalt i jechaliśmy czymś, czego w ogóle nie da się opisać, podczas gdy nieopodal widać było całkiem nową drogę, po której nikt nie jechał? Sergiu powiedział mi, że droga została zbudowana źle i na samym środku zrobiła się gigantyczna dziura, którą trzeba jakoś załatać. Wlało to w moje serce nadzieję, że nie jest tak źle, no bo naprawią i będzie normalnie... Niestety dziura zrobiła się trzy lata temu.
- dlaczego staliśmy dwie godziny na granicy i totalnie nic się nie działo? Tego nawet mój tubylec nie wiedział, po prostu czasami tak bywa.
Podróż z przemytnikami bardzo mi się podobała, nawet granica nie była taka straszna jak mnie straszyli. Samo Balti (czy raczej Bielce, bo to typowo rosyjskie miasto) nie zachwyca. Niby to drugie co do wielkości miasto, ale faktycznie przypomina dużą wieś, nic się nie dzieje, jedynymi rozrywkami są tutaj targ (czynny też w niedzielę) i kwas chlebowy sprzedawany z beczek na ulicach. Faktycznie widać, że to biedny, poradziecki kraj. Piętnaście minut piechotą od centrum kończy się miasto, kończą się drogi, wszystko się kończy... Można za to zobaczyć pola, chaszcze, zawalone domy i zdezelowane samochody. Za to wieczorem "na mieście" lans, jakiego dawno nie widziałam. Naprawdę ładne dziewczyny w naprawdę drogich ciuchach, na pewno nie był to lans bazarowy. I drogie samochody, które jakoś dziwnie i nienaturalnie wyglądają na dziurawych ulicach. Mnóstwo kontrastów. Chyba tak właśnie to sobie wyobrażałam, ale wyobrazić sobie coś a zobaczyć na własne oczy to jednak różnica. Szkoda, że nie mówię po rosyjsku, pewnie miałabym o wiele więcej wrażeń. Ale i tak bardzo mi się podobało, zwłaszcza mołdawskie wino, tanie owoce, no i bryndzyk (ser z lodówki w czekoladzie, Kinder Pingui się chowa). Droga powrotna też dostarczyła mi trochę emocji. W sobotę wieczorem zadzwoniłam do pana kierowcy, zapewnił mnie, że owszem, autobus na pewno w niedzielę rano jedzie. Na miejscu okazało się, że może pojedzie, a może nie pojedzie, zależy ile ludzi się pojawi... Na szczęście się udało! Tym razem jednak nie znalazłam nikogo, kto mówiłby po angielsku, a szkoda, bo i na granicy było ciężej. Co prawda trwało to krótko, ale wszyscy musieliśmy wysiąść i czekać na dworze aż celnicy dokładnie przeszukają autobus. Każdy też musiał swoje bagaże pokazywać, dziwnie było patrzeć na stare kobiety wyciągające ze swoich kraciastych toreb jakieś słoiki, papierosy, ubrania... Oczywiście ja nie musiałam swoich rzeczy pokazywać, jakże wdzięczna jestem losowi za mój paszport UE w kolorze burgundzkiego wina! Faktycznie luksusowo się podróżuje. Wróciłam więc cała i zdrowa do Rumunii, którą teraz chyba jeszcze bardziej doceniam i lubię! No, ale rano do pracy... :)
W piątek autobus przyjechał, więc zapowiadało się nieźle. Pan kierowca został oczywiście przez moją znajomą Rumunkę poinformowany, że mówię tylko po angielsku. Bardzo to przeżywał i posadził mnie zaraz za sobą, żebym przypadkiem Balti nie przegapiła (bo oczywiście nie umiał powiedzieć kiedy dojedziemy, może o 15 a może o 18?). Jazda za kierowcą była ekscytująca, drzwi to autobusu z obu stron były otwarte, więc mogłam zamiast zimnego łokcia robić sobie zimne kolano. To rozwiązanie z drzwiami jest bardzo praktyczne, oprócz tego, że daje przepływ powietrza to jeszcze umożliwia wymianę bluzgów z innymi uczestnikami ruchu. Poza tym kiedy żona pana kierowcy chce jakieś towary ludziom na przystanku przekazać, może je im rzucić (i nie ma potrzeby zatrzymywania od razu całego autobusu!). Przez otwarte drzwi można też wyrzucać odpadki, najbardziej podobał mi się gigantyczny latający słoik po ogórkach kiszonych, jeszcze z wodą w środku. Niechybnie można tym zabić. W autobusie udało mi się poznać młodego chłopaka z Mołdawii, który świetnie mówił po angielsku, zyskałam więc lokalnego przewodnika. Bardzo dużo mi wyjaśnił, dzięki temu może trochę lepiej tę Mołdawię mogłam zrozumieć. Zamęczałam go więc pytaniami, a ciekawiło mnie sporo, np:
- dlaczego autobus zatrzymał się w środku lasu, a kierowca wysiadł z narzędziami w ręku? Awaria? Oczywiście nie! Zbliżaliśmy się do granicy, trzeba było pochować towar! Oczywiście czytałam wcześniej, że na tej trasie ludzie często szmuglują różne rzeczy, no ale nie spodziewałam się, że to prawda. W każdym razie zobaczyłam że pod atrapą kosza na śmieci wypełnionego pustymi butelkami po alkoholu można przewieźć na prawdę sporo "nielegalnej" bielizny na sprzedaż :)
- dlaczego nagle skończył się asfalt i jechaliśmy czymś, czego w ogóle nie da się opisać, podczas gdy nieopodal widać było całkiem nową drogę, po której nikt nie jechał? Sergiu powiedział mi, że droga została zbudowana źle i na samym środku zrobiła się gigantyczna dziura, którą trzeba jakoś załatać. Wlało to w moje serce nadzieję, że nie jest tak źle, no bo naprawią i będzie normalnie... Niestety dziura zrobiła się trzy lata temu.
- dlaczego staliśmy dwie godziny na granicy i totalnie nic się nie działo? Tego nawet mój tubylec nie wiedział, po prostu czasami tak bywa.
Podróż z przemytnikami bardzo mi się podobała, nawet granica nie była taka straszna jak mnie straszyli. Samo Balti (czy raczej Bielce, bo to typowo rosyjskie miasto) nie zachwyca. Niby to drugie co do wielkości miasto, ale faktycznie przypomina dużą wieś, nic się nie dzieje, jedynymi rozrywkami są tutaj targ (czynny też w niedzielę) i kwas chlebowy sprzedawany z beczek na ulicach. Faktycznie widać, że to biedny, poradziecki kraj. Piętnaście minut piechotą od centrum kończy się miasto, kończą się drogi, wszystko się kończy... Można za to zobaczyć pola, chaszcze, zawalone domy i zdezelowane samochody. Za to wieczorem "na mieście" lans, jakiego dawno nie widziałam. Naprawdę ładne dziewczyny w naprawdę drogich ciuchach, na pewno nie był to lans bazarowy. I drogie samochody, które jakoś dziwnie i nienaturalnie wyglądają na dziurawych ulicach. Mnóstwo kontrastów. Chyba tak właśnie to sobie wyobrażałam, ale wyobrazić sobie coś a zobaczyć na własne oczy to jednak różnica. Szkoda, że nie mówię po rosyjsku, pewnie miałabym o wiele więcej wrażeń. Ale i tak bardzo mi się podobało, zwłaszcza mołdawskie wino, tanie owoce, no i bryndzyk (ser z lodówki w czekoladzie, Kinder Pingui się chowa). Droga powrotna też dostarczyła mi trochę emocji. W sobotę wieczorem zadzwoniłam do pana kierowcy, zapewnił mnie, że owszem, autobus na pewno w niedzielę rano jedzie. Na miejscu okazało się, że może pojedzie, a może nie pojedzie, zależy ile ludzi się pojawi... Na szczęście się udało! Tym razem jednak nie znalazłam nikogo, kto mówiłby po angielsku, a szkoda, bo i na granicy było ciężej. Co prawda trwało to krótko, ale wszyscy musieliśmy wysiąść i czekać na dworze aż celnicy dokładnie przeszukają autobus. Każdy też musiał swoje bagaże pokazywać, dziwnie było patrzeć na stare kobiety wyciągające ze swoich kraciastych toreb jakieś słoiki, papierosy, ubrania... Oczywiście ja nie musiałam swoich rzeczy pokazywać, jakże wdzięczna jestem losowi za mój paszport UE w kolorze burgundzkiego wina! Faktycznie luksusowo się podróżuje. Wróciłam więc cała i zdrowa do Rumunii, którą teraz chyba jeszcze bardziej doceniam i lubię! No, ale rano do pracy... :)
czwartek, 12 sierpnia 2010
podróżnik samotnik
Miałam jechać do Konstancy, nad morze. Miałam już bilet, wszystko ustalone. Tradycyjnie jednak doszłam do wniosku, że spontaniczne decyzje są dużo lepsze i w ostatniej chwili postanowiłam pojechać sama do Mołdawii. Nawet wczoraj udało mi się ustalić, że z Suczawy do Balti jest bezpośredni autobus. Wszystko wydawało się proste, no ale to jednak Rumunia. Rano na dworcu coś mnie tknęło i postanowiłam jeszcze raz dowiedzieć się, skąd ten autobus dokładnie odjeżdża. Nawet udało mi się znaleźć młodych ludzi z niezłym angielskim. Dowiedzieli się zatem od pani w okienku, że owszem jest taki autobus, ale nie jeździ codziennie, no i dzisiaj niestety przypada ten dzień, w którym autobusu nie ma. Czy jutro będzie, nie wiadomo. Wkurzyłam się zatem i poszłam do domu, po drodze wylewając swoje żale przez telefon. W międzyczasie znajomy Rumun ustalił, że jednak ten autobus dzisiaj będzie, więc jak się pospieszę to może zdążę. Nie zdążyłam... Jutro kolejna szansa, chociaż oczywiście nikt nie zagwarantuje, że piątek jest dniem, w którym można pojechać do Mołdawii. Jak to jest możliwe w ogóle? Ciężko mi to zrozumieć. Siedzę zatem teraz w domu, w perspektywie mam pewnie samotny weekend połączony z rozpamiętywaniem i pytaniami "czemu do cholery nie pojechałam nad morze?". Ech...
czwartek, 5 sierpnia 2010
rumuński dzień
Dzisiaj w ramach dalszych eksperymentów na samej sobie poszłam do rumuńskiego fryzjera. Pani, która się mną zajmowała, mimo wcześniejszych zapewnień, oczywiście nie mówiła po angielsku. W rezultacie z jednej strony mam włosy takiej długości jak chciałam, a z drugiej o połowę krótsze. Wygląda całkiem ładnie i nawet artystycznie z lekka. Zatem mam już rumuńską fryzurę, rumuński telefon, rumuńskich uczniów! Czuję się tu całkiem swojsko. Nawet już trochę udaje mi się mówić po rumuńsku, chociaż na razie same głupoty. W sumie jakoś tak wyszło, że uczę się samych negatywnych rzeczy. Oprócz mojego ulubionego "nie dotykaj mnie" umiem też "nie mów mi", i "nie lubię". Udaje mi się też zapamiętywać dłuższe zdania, najbardziej chyba przydaje mi się "jesteś ironiczny czy po prostu dziwny?". Mam nadzieję, że uda mi się jednak kiedyś nauczyć bardziej życiowych zwrotów.
Dzisiaj mieliśmy przedostatni dzień GROW 1.0. W ramach chyba już pożegnania zrobiliśmy (a raczej oni zrobili) dzień rumuński. Na prawdę się wzruszyłam, bo przecież wcale nie musieli tego robić. Zwłaszcza, że jestem tu jedynym obcokrajowcem, więc to tak w zasadzie ciekawe jest tylko dla mnie, a dla pozostałych 25 osób (Rumunów) zupełnie nie, bo i tak już to wszystko wiedzą. Było bardzo miło, jadłam tradycyjne rumuńskie jedzenie (które wyglądało zupełnie jak gołąbki, hmm), nauczyłam się tańca ludowego i nawet przebrali mnie w regionalne stroje ludowe! Poza tym przenieśli gitarę i śpiewali piosenki, z których nic nie rozumiałam, ale i tak wydawały mi się słodkie. Niechybnie zostanę rumunofilem. Mam już nawet na nadgarstku tasiemkę w narodowych barwach, cudowny prezent!
Tu gdzie teraz mieszkam też powodzi mi się nieźle. Nie dość, że jako jedna z nielicznych w mieście mam ciepłą wodę, to jeszcze się załapuję na darmowe jedzenie. I to nie byle jakie! Dzisiaj np. dostałam świeżo przez panią Manuelę upieczony chleb i jeszcze ciepłe domowe konfitury porzeczkowe! Za dobrze mi tu!
Oczywiście czasem wciąż czuję, że ciężko się porozumieć. Ja coś mówię albo robię, a oni to rozumieją zupełnie na opak. Wygląda to czasami tak:
http://www.youtube.com/watch?v=m1TnzCiUSI0
Dzisiaj mieliśmy przedostatni dzień GROW 1.0. W ramach chyba już pożegnania zrobiliśmy (a raczej oni zrobili) dzień rumuński. Na prawdę się wzruszyłam, bo przecież wcale nie musieli tego robić. Zwłaszcza, że jestem tu jedynym obcokrajowcem, więc to tak w zasadzie ciekawe jest tylko dla mnie, a dla pozostałych 25 osób (Rumunów) zupełnie nie, bo i tak już to wszystko wiedzą. Było bardzo miło, jadłam tradycyjne rumuńskie jedzenie (które wyglądało zupełnie jak gołąbki, hmm), nauczyłam się tańca ludowego i nawet przebrali mnie w regionalne stroje ludowe! Poza tym przenieśli gitarę i śpiewali piosenki, z których nic nie rozumiałam, ale i tak wydawały mi się słodkie. Niechybnie zostanę rumunofilem. Mam już nawet na nadgarstku tasiemkę w narodowych barwach, cudowny prezent!
Tu gdzie teraz mieszkam też powodzi mi się nieźle. Nie dość, że jako jedna z nielicznych w mieście mam ciepłą wodę, to jeszcze się załapuję na darmowe jedzenie. I to nie byle jakie! Dzisiaj np. dostałam świeżo przez panią Manuelę upieczony chleb i jeszcze ciepłe domowe konfitury porzeczkowe! Za dobrze mi tu!
Oczywiście czasem wciąż czuję, że ciężko się porozumieć. Ja coś mówię albo robię, a oni to rozumieją zupełnie na opak. Wygląda to czasami tak:
http://www.youtube.com/watch?v=m1TnzCiUSI0
wtorek, 3 sierpnia 2010
różnice kulturowe dla średniozaawansowanych
Nie jest łatwo. Rzeczy, które w Polsce wydają się całkiem oczywiste, tu są zupełnie nieoczywiste. Pozornie niewinne gesty okazują się pełne znaczeń, które rozumieją wszyscy poza mną. Jak żyć mam w tym rumuńskim gąszczu niejasności, ja się pytam? Zasadniczo chodzi o coś więcej niż ilość spożywanego mięsa czy rozmieszczenie przystanków. Tu się po prostu myśli inaczej.
Staram się przyzwyczajać i nawet przejmować co nieco z ich kultury i zwyczajów. Przeprowadzam nawet mały eksperyment na sobie: za każdym razem jak z kimś rozmawiam, muszę go dotknąć przynajmniej raz. Oczywiście w ogóle nie wychodzi mi to naturalnie, bardziej w stylu "zły dotyk boli przez całe życie". Pomyślałam zatem, że skoro nie umiem na poważnie, to spróbuję bardziej na wesoło (w końcu jeden z uczniów w ankiecie napisał mi, że powinnam być bardziej wyluzowana). Postanowiłam więc pokazać im tzw. gejny uścisk dłoni. Przy przywitaniu trzeba palcem wskazującym kilka razy przesunąć po dłoni drugiej osoby, nic wielkiego. W Polsce czasem tak robię dla zabawy. Reakcja zawsze jest podobna: "Fuj! Ochyda! Ależ to gejne!" itp. Rumuni reagowali entuzjastycznie, więc w pełni radości (i nieświadomości, jak się później okazało) uskuteczniałam ten "żart" cały wczorajszy wieczór, a nawet dzisiejszy poranek. W końcu ktoś się zlitował nade mną i oświecił mnie, że w Rumunii taki gest znaczy ni mniej ni więcej tylko... "chcę z tobą pójść do łóżka". No na litość! Tego się nie spodziewałam, absolutnie! Teraz już chyba w ogóle przestanę ich dotykać, jak tak to ma wyglądać, hmm. Wujku Google, przetłumacz to dobrze: gejny uścisk dłoni nic nie znaczy ;)
Poza tym Suceava kolejny raz ujawniła przede mną jakąś ciekawostkę. Okazuje się, że bardzo dobrze, że się przeprowadziłam, bo w przeciwnym razie przez miesiąc nie miałabym ciepłej wody. Całe miasto zostało jej pozbawione z powodu remontu (jak to możliwe w ogóle?!). Na szczęście tam gdzie teraz mieszkam jest jakieś alternatywne urządzenie do ogrzewania, chociaż kiedy się je włącza to również kaloryfery robią się ciepłe, no ale coś za coś. Z resztą podobno i tak lato 2010 nie jest takie najgorsze, czasem ciepłej wody nie ma nawet 4 miesiące. No ale co poradzić, remont to remont!
Staram się przyzwyczajać i nawet przejmować co nieco z ich kultury i zwyczajów. Przeprowadzam nawet mały eksperyment na sobie: za każdym razem jak z kimś rozmawiam, muszę go dotknąć przynajmniej raz. Oczywiście w ogóle nie wychodzi mi to naturalnie, bardziej w stylu "zły dotyk boli przez całe życie". Pomyślałam zatem, że skoro nie umiem na poważnie, to spróbuję bardziej na wesoło (w końcu jeden z uczniów w ankiecie napisał mi, że powinnam być bardziej wyluzowana). Postanowiłam więc pokazać im tzw. gejny uścisk dłoni. Przy przywitaniu trzeba palcem wskazującym kilka razy przesunąć po dłoni drugiej osoby, nic wielkiego. W Polsce czasem tak robię dla zabawy. Reakcja zawsze jest podobna: "Fuj! Ochyda! Ależ to gejne!" itp. Rumuni reagowali entuzjastycznie, więc w pełni radości (i nieświadomości, jak się później okazało) uskuteczniałam ten "żart" cały wczorajszy wieczór, a nawet dzisiejszy poranek. W końcu ktoś się zlitował nade mną i oświecił mnie, że w Rumunii taki gest znaczy ni mniej ni więcej tylko... "chcę z tobą pójść do łóżka". No na litość! Tego się nie spodziewałam, absolutnie! Teraz już chyba w ogóle przestanę ich dotykać, jak tak to ma wyglądać, hmm. Wujku Google, przetłumacz to dobrze: gejny uścisk dłoni nic nie znaczy ;)
Poza tym Suceava kolejny raz ujawniła przede mną jakąś ciekawostkę. Okazuje się, że bardzo dobrze, że się przeprowadziłam, bo w przeciwnym razie przez miesiąc nie miałabym ciepłej wody. Całe miasto zostało jej pozbawione z powodu remontu (jak to możliwe w ogóle?!). Na szczęście tam gdzie teraz mieszkam jest jakieś alternatywne urządzenie do ogrzewania, chociaż kiedy się je włącza to również kaloryfery robią się ciepłe, no ale coś za coś. Z resztą podobno i tak lato 2010 nie jest takie najgorsze, czasem ciepłej wody nie ma nawet 4 miesiące. No ale co poradzić, remont to remont!
poniedziałek, 2 sierpnia 2010
Aktywnie
Rumuni moi kochani czytają tego bloga tłumacząc go z pomocą gugla, jestem wzruszona do głębi! Niestety przez to muszę uważać co o nich piszę! Na szczęście jak na razie same pozytywne doświadczenia z nimi związane posiadam, więc chyba nie ma problemu. Czekam aż z pomocą gugla zaczną mi po polsku pisać komentarze :)
Weekend minął szalenie aktywnie. W sobotę do Suceavy przyjechali ludzie z AIESEC Iasi: chłopak z Porto Rico i dziewczyny z Tajwanu i Hongkogu. W połączeniu ze mną i Rumunami powstała całkiem sympatyczna mieszanka. Zwiedziliśmy więc miasto (wreszcie mi się udało).Widzieliśmy oczywiście ogromny pomnik Stefana Wielkiego, który jest tutaj chyba największym bohaterem narodowym. Dziwne, że wciąż o nim pamiętają, mimo iż zmarł na początku XVI wieku. Zdecydowanie Rumunom brakuje pozytywnych postaci w najnowszej historii.
W sobotę odwiedziliśmy też skansen w którym można obejrzeć oryginalne domy, w których dawniej mieszkali Rumunii. W jednym nawet pokazano jak wyglądają obrzędy pogrzebowe, co mnie osobiście nie zachwyciło. Później zwiedzaliśmy kościół, a oprowadzała nas po nim żona księdza. Wciąż nie mogę się do tego przyzwyczaić. Wieczorem pojechaliśmy do pobliskiej wioski, gdzie spędziliśmy noc opowiadając upiorne historie. Jednak po angielsku to nie jest to samo, zwłaszcza jak jest łamany i z chińskim akcentem, to wtedy trudno jakoś się porozumieć. Korzystając z okazji zrobiliśmy mały eksperyment: przez minutę każdy z nas mówił w swoim własnym języku. Całkiem inspirujące to było, ale choćbym nie wiem jak się starała nie rozróżniam mandaryńskiego od tradycyjnego dialektu używanego na Tajwanie! Tak czy inaczej to było bardzo ciekawe doświadczenie międzykulturowe. Chyba trochę przygotowało mnie na to, co stało się dzisiaj podczas sesji GROW. Mieliśmy rozmawiać o kulturze rumuńskiej i o wartościach w naszym życiu. Dyskusja zeszła na sytuację Węgrów w Rumunii. Zadziwia mnie skąd w tych dzieciakach tyle złości i agresji kiedy o tym mówią. Miałam wrażenie, że za chwilę ktoś powie: "zbudujmy im getto"! Bardzo mnie zaskoczył dzisiejszy dzień. Chyba nie zdawałam sobie sprawy, że to jest aż tak poważny problem dla nich, zwłaszcza dla młodych którzy za pewne nie znają żadnych węgierskich Rumunów. Pytali mnie też o polskie doświadczenia z mniejszościami. I co ja niby miałam powiedzieć?? "Tęsknię za Tobą Żydzie"?? Ciężko te polskie doświadczenia przenieść tutaj tak, żeby były dla nich jasne. Mało wiedzą o historii, a jeszcze dzisiaj powiedzieli że ich generacja z moją się nie porozumie... Czuję się staro! Chyba czas to w sobie zaakceptować :)
Weekend minął szalenie aktywnie. W sobotę do Suceavy przyjechali ludzie z AIESEC Iasi: chłopak z Porto Rico i dziewczyny z Tajwanu i Hongkogu. W połączeniu ze mną i Rumunami powstała całkiem sympatyczna mieszanka. Zwiedziliśmy więc miasto (wreszcie mi się udało).Widzieliśmy oczywiście ogromny pomnik Stefana Wielkiego, który jest tutaj chyba największym bohaterem narodowym. Dziwne, że wciąż o nim pamiętają, mimo iż zmarł na początku XVI wieku. Zdecydowanie Rumunom brakuje pozytywnych postaci w najnowszej historii.
W sobotę odwiedziliśmy też skansen w którym można obejrzeć oryginalne domy, w których dawniej mieszkali Rumunii. W jednym nawet pokazano jak wyglądają obrzędy pogrzebowe, co mnie osobiście nie zachwyciło. Później zwiedzaliśmy kościół, a oprowadzała nas po nim żona księdza. Wciąż nie mogę się do tego przyzwyczaić. Wieczorem pojechaliśmy do pobliskiej wioski, gdzie spędziliśmy noc opowiadając upiorne historie. Jednak po angielsku to nie jest to samo, zwłaszcza jak jest łamany i z chińskim akcentem, to wtedy trudno jakoś się porozumieć. Korzystając z okazji zrobiliśmy mały eksperyment: przez minutę każdy z nas mówił w swoim własnym języku. Całkiem inspirujące to było, ale choćbym nie wiem jak się starała nie rozróżniam mandaryńskiego od tradycyjnego dialektu używanego na Tajwanie! Tak czy inaczej to było bardzo ciekawe doświadczenie międzykulturowe. Chyba trochę przygotowało mnie na to, co stało się dzisiaj podczas sesji GROW. Mieliśmy rozmawiać o kulturze rumuńskiej i o wartościach w naszym życiu. Dyskusja zeszła na sytuację Węgrów w Rumunii. Zadziwia mnie skąd w tych dzieciakach tyle złości i agresji kiedy o tym mówią. Miałam wrażenie, że za chwilę ktoś powie: "zbudujmy im getto"! Bardzo mnie zaskoczył dzisiejszy dzień. Chyba nie zdawałam sobie sprawy, że to jest aż tak poważny problem dla nich, zwłaszcza dla młodych którzy za pewne nie znają żadnych węgierskich Rumunów. Pytali mnie też o polskie doświadczenia z mniejszościami. I co ja niby miałam powiedzieć?? "Tęsknię za Tobą Żydzie"?? Ciężko te polskie doświadczenia przenieść tutaj tak, żeby były dla nich jasne. Mało wiedzą o historii, a jeszcze dzisiaj powiedzieli że ich generacja z moją się nie porozumie... Czuję się staro! Chyba czas to w sobie zaakceptować :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)