niedziela, 15 sierpnia 2010

mołdawscy przemytnicy

Drugie podejście do wyjazdu do Mołdawii okazało się bardziej udana, więc dojechałam i nawet wróciłam do Suczawy! Niestety pierwsza próba opisania moich wrażeń na blogu nie udała się. Byłam już w połowie kiedy w Mołdawii zabrakło prądu, potem już do końca weekendu nie udało się odzyskać internetu. Mam jednak nadzieję, że pamiętam wszystko!
W piątek autobus przyjechał, więc zapowiadało się nieźle. Pan kierowca został oczywiście przez moją znajomą Rumunkę poinformowany, że mówię tylko po angielsku. Bardzo to przeżywał i posadził mnie zaraz za sobą, żebym przypadkiem Balti nie przegapiła (bo oczywiście nie umiał powiedzieć kiedy dojedziemy, może o 15 a może o 18?). Jazda za kierowcą była ekscytująca, drzwi to autobusu z obu stron były otwarte, więc mogłam zamiast zimnego łokcia robić sobie zimne kolano. To rozwiązanie z drzwiami jest bardzo praktyczne, oprócz tego, że daje przepływ powietrza to jeszcze umożliwia wymianę bluzgów z innymi uczestnikami ruchu. Poza tym kiedy żona pana kierowcy chce jakieś towary ludziom na przystanku przekazać, może je im rzucić (i nie ma potrzeby zatrzymywania od razu całego autobusu!). Przez otwarte drzwi można też wyrzucać odpadki, najbardziej podobał mi się gigantyczny latający słoik po ogórkach kiszonych, jeszcze z wodą w środku. Niechybnie można tym zabić. W autobusie udało mi się poznać młodego chłopaka z Mołdawii, który świetnie mówił po angielsku, zyskałam więc lokalnego przewodnika. Bardzo dużo mi wyjaśnił, dzięki temu może trochę lepiej tę Mołdawię mogłam zrozumieć. Zamęczałam go więc pytaniami, a ciekawiło mnie sporo, np:
- dlaczego autobus zatrzymał się w środku lasu, a kierowca wysiadł z narzędziami w ręku? Awaria? Oczywiście nie! Zbliżaliśmy się do granicy, trzeba było pochować towar! Oczywiście czytałam wcześniej, że na tej trasie ludzie często szmuglują różne rzeczy, no ale nie spodziewałam się, że to prawda. W każdym razie zobaczyłam że pod atrapą kosza na śmieci wypełnionego pustymi butelkami po alkoholu można przewieźć na prawdę sporo "nielegalnej" bielizny na sprzedaż :)
- dlaczego nagle skończył się asfalt i jechaliśmy czymś, czego w ogóle nie da się opisać, podczas gdy nieopodal widać było całkiem nową drogę, po której nikt nie jechał? Sergiu powiedział mi, że droga została zbudowana źle i na samym środku zrobiła się gigantyczna dziura, którą trzeba jakoś załatać. Wlało to w moje serce nadzieję, że nie jest tak źle, no bo naprawią i będzie normalnie... Niestety dziura zrobiła się trzy lata temu.
- dlaczego staliśmy dwie godziny na granicy i totalnie nic się nie działo? Tego nawet mój tubylec nie wiedział, po prostu czasami tak bywa.
Podróż z przemytnikami bardzo mi się podobała, nawet granica nie była taka straszna jak mnie straszyli. Samo Balti (czy raczej Bielce, bo to typowo rosyjskie miasto) nie zachwyca. Niby to drugie co do wielkości miasto, ale faktycznie przypomina dużą wieś, nic się nie dzieje, jedynymi rozrywkami są tutaj targ (czynny też w niedzielę) i kwas chlebowy sprzedawany z beczek na ulicach. Faktycznie widać, że to biedny, poradziecki kraj. Piętnaście minut piechotą od centrum kończy się miasto, kończą się drogi, wszystko się kończy... Można za to zobaczyć pola, chaszcze, zawalone domy i zdezelowane samochody. Za to wieczorem "na mieście" lans, jakiego dawno nie widziałam. Naprawdę ładne dziewczyny w naprawdę drogich ciuchach, na pewno nie był to lans bazarowy. I drogie samochody, które jakoś dziwnie i nienaturalnie wyglądają na dziurawych ulicach. Mnóstwo kontrastów. Chyba tak właśnie to sobie wyobrażałam, ale wyobrazić sobie coś a zobaczyć na własne oczy to jednak różnica. Szkoda, że nie mówię po rosyjsku, pewnie miałabym o wiele więcej wrażeń. Ale i tak bardzo mi się podobało, zwłaszcza mołdawskie wino, tanie owoce, no i bryndzyk (ser z lodówki w czekoladzie, Kinder Pingui się chowa). Droga powrotna też dostarczyła mi trochę emocji. W sobotę wieczorem zadzwoniłam do pana kierowcy, zapewnił mnie, że owszem, autobus na pewno w niedzielę rano jedzie. Na miejscu okazało się, że może pojedzie, a może nie pojedzie, zależy ile ludzi się pojawi... Na szczęście się udało! Tym razem jednak nie znalazłam nikogo, kto mówiłby po angielsku, a szkoda, bo i na granicy było ciężej. Co prawda trwało to krótko, ale wszyscy musieliśmy wysiąść i czekać na dworze aż celnicy dokładnie przeszukają autobus. Każdy też musiał swoje bagaże pokazywać, dziwnie było patrzeć na stare kobiety wyciągające ze swoich kraciastych toreb jakieś słoiki, papierosy, ubrania... Oczywiście ja nie musiałam swoich rzeczy pokazywać, jakże wdzięczna jestem losowi za mój paszport UE w kolorze burgundzkiego wina! Faktycznie luksusowo się podróżuje. Wróciłam więc cała i zdrowa do Rumunii, którą teraz chyba jeszcze bardziej doceniam i lubię! No, ale rano do pracy... :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz