poniedziałek, 21 marca 2011

dyktatura żółtych karteczek

Czy istnieje coś takiego, jak wiosenne przesilenie? Bo chyba mam. Jakoś tak mi ostatnio zrobiło się depresyjnie. Tym razem to jednak nie przez wrodzoną skłonność do melancholii (ładne słowo na "zamulanie"), ale raczej przez przygody z UWr. Naprawdę mam już dość tego, że "nie wiadomo", że "jutro proszę zadzwonić" i tego, że mój dziekan nie dość, że nic nie ogarnia to jeszcze nawet do pracy nie przychodzi. A ja bym chciała wiedzieć, na jak długo tu zostanę i co mam w ogóle ze sobą zrobić. Chociaż przyznaję, zwalanie na Tadka-Dziekana winy za to, że za bardzo nie mam pomysłu na siebie jest dziecinne i słabe. Dodatkowo do spadku humoru przyczyniła się prokrastynacja i ciągłe odkładanie pisania magisterki. Bo przecież dzień się dzieli na dwie części: 1. za wcześnie, żeby coś zrobić i 2. za późno, żeby coś zrobić. Jednakże, jako że dzisiaj pierwszy dzień wiosny postanowiłam się wziąć za robotę. Dobrze, że moja współlokatorka boryka się z podobnymi problemami, możemy się nawzajem wspierać. Zatem dzisiaj na naszej lodówce zagościły dwa kalendarze motywacyjne. Na jednym odznaczamy dni, w których nie pijemy alkoholu (te, w których chodzimy na imprezy zaznaczamy na czerwono, bo to większe wyzwanie), a na drugim zaznaczamy dni, w które piszemy magisterkę. Dzisiaj był dzień pierwszy. 3 godziny bez przerwy, super super super! Jeśli się już zacznie, to nie jest takie straszne. Chociaż miałam naprawdę sporą pokusę, żeby to odwlec znowu i gdzieś wyjść, no ale nie. Chodzę gdzieś przecież nieustannie od zeszłego wtorku, jak na mnie to bardzo dziwne, więc sobie trochę daje spokój. Teraz ja i magisterka. Tak w ogóle to system motywacji na lodówce bardzo mi się podoba. Postanowiłam sobie dużo rzeczy i w myślach cały czas widzę małe żółte karteczki, które mówią do mnie dobre rzeczy np. "jem śniadania", "chodzę wcześniej spać", a nawet "podlewam kwiatki" :) Może to się uda, chociaż niektóre się ze sobą kłócą, np. "spędzaj czas z ludźmi" i "pisz magisterkę". Zobaczymy, jak czy to się uda. Dzisiaj było dobrze, bo robiłam coś konstruktywnego. No i nie jadłam po 20, chociaż mnie kusi. Jutro chyba faktycznie wieczorem zakleimy lodówkę, żeby motywacja była jeszcze większa. Ciekawe, co powie na to nasza trzecia współlokatorka, coś czuję, że jej się ta przymusowa dieta nie spodoba ;)

sobota, 19 marca 2011

samobiczowanie.fr

Bycie olaną z powodu wiadomości na fejsie (zwłaszcza kiedy chodziło o nie o treść, ale o sam fakt jej wysłania) nie jest miłe. Nie strąciło mnie w otchłań cierpienia, o nie. Wjechało jednak trochę na ambicję. Jeszcze na koniec usłyszałam, że w Bukareszcie jest wielu Francuzów, na pewno sobie kogoś znajdę. Tylko czy ja w ogóle lubię Francuzów? Francja to jedno z tych miejsc w Europie, do których nigdy mnie nie ciągnęło, bo to wiadomo - sekularyzacja, emigranci i w ogóle zgniły zachód. Poza tym nawet jak Francuzi mówią po angielsku to i tak ciężko ich zrozumieć i potem się trzeba np. zastanawiać czy ten chłop mówi "I am hungry" czy "I am angry". I nie wiadomo. Chociaż w sumie tych kliku Francuzów których poznałam to całkiem sympatyczni ludzie. Może oprócz 30letniego zboczeńca i 20letniego dupka. W każdym razie, idąc za radą dzieciaka wyruszyłam na poszukiwania i tak trafiłam na koncert piosenki francuskiej. Niestety, jak tylko tam usiadłam zaczęłam się zastanawiać, skąd we mnie takie tendencje do samobiczowania? Smutni francuscy chłopcy śpiewający smutne francuskie piosenki, uroczo. Chociaż muzyka naprawdę dobra, szkoda tylko, że nic nie zrozumiałam, a kiedy raz poprosiłam koleżankę o przetłumaczenie (nieustannie mnie zadziwia, że wszyscy dosłownie Rumuni znają francuski), to się okazało, że smutny francuski chłopiec śpiewa o tym, że chciałby zjeść żonę Baracka Obamy. Zrozum tu Francuzów :]

piątek, 18 marca 2011

lokalne żarty

Mój rumuński ewoluuje. Jest coraz lepiej i jestem z tego dumna! Co prawda wciąż łatwiej jest mi pisać niż mówić (ach, mój przyjaciel google translator), ale i tak postępy są znaczne. Wczoraj odniosłam niebywały sukces na tym polu. Byłam w kinie i udało mi się zrozumieć żart, który rzucił ktoś z widowni! Mój pierwszy rumuński żart! Chwila godna zapamiętania, zaiste. Szkoda tylko, że żart był wybitnie rasistowski. W filmie "The adjustment bureau" Mat Deamon mówi do jedynego dobrego "agenta": "Pomagasz mi, jesteś inni niż oni wszyscy. Dlaczego?" Na co ktoś z sali powiedział "Bo jestem czarny". Hmm. Dobra, śmiałam się. Wiem wiem, zło. Ale nic nie poradzę. Uznajmy, że to radość z Pierwszego Żartu Rumuńskiego. Teraz tylko czekam, kiedy mnie uda się zażartować po rumuńsku po raz pierwszy, to dopiero będzie wspaniałe! Chociaż jak znam życie, to będzie jakiś suchar. Cóż, taki mój urok, nieśmieszne żarty to moja specjalność.

Praktyka w Poważnej Instytucji układa się ostatnio dobrze, cieszy mnie to bardzo. Tylko tak się zastanawiam, po co mi były te studia. Instytucja jest było nie było "politologiczna", więc wydawałoby się, że wykorzystam coś (cokolwiek!) z tego, czego uczyłam się na studiach. Gdzie tam! Zajmuję się kosmicznymi rzeczami. Ostatnio przekonałam się, że przeszukując Internet w poszukiwaniu mądrych rzeczy związanych z kablami, mikserami i wzmaczniaczami znalazłam internetowy sklep z artykułami drobiarskimi. Czasami nie pojmuję, jak działa google. Mikser do kur? Kura-rura? Zło. W każdym razie zastanawiam się, po co było się tyle uczyć o Grupie Bojowej Lotniskowca, zapamiętywać, ze Hitler zremilitaryzował Nadrenię w sobotę i że wg ostatniego spisu powszechnego w Polsce żyje 43 Karaimów. Nie, nie mówię, że politologia jest bez sensu. Nie żałuję. Nauczyłam się myśleć bardziej samodzielnie i bronić swojego zdania, to jest ważne. Szkoda tylko, że uczelnia nie chce pomagać studentom na 4 czy 5 roku, którzy swego czasu nauczyli się wszystkich tych niezbędnych teorii, a teraz chcą zacząć pracować jak ludzie i uczyć się czegoś konkretnego. Ja wiem, wpisuję się w ten ostatnio popularny trend pt. "skrytykuj IP UWr, a jak cię poniesie to i cały system", no ale coś w tym jest. Już chcę skończyć te studia, bo to jest żal. Chociaż jak tak sobie myślę, to ja i UWr to taka "trudna miłość". Narzekam i krytykuję, ale chyba bym na nic nie zamieniła :] A swoją drogą na trzecim roku zdałam jeden z najtrudniejszych egzaminów na studiach opowiadając o protestach w Wielkiej Brytanii, w których posługiwano się hasłem "Rumuni do Rumunii". Nie wiem czemu, strasznie mnie to bawiło (może dlatego, że przeczytałam o tym w "Fakcie" zaraz obok artykułu o tym, że "Renata Beger na naszych łamach zje krem do twarzy"), no ale egzamin zdałam, a półtora roku później sama pojechałam do Rumunii. Może to proroctwo jakieś rodem z "Faktu" :]

A tak poza tym to do mojej "męskiej galerii osobliwości" niniejszym dodaję typa, który powiedział, że nie będziemy gadać więcej, bo wysłałam mu wiadomość na fejsbuku i "to się robi zbyt poważne". Eeee, LOL?

poniedziałek, 14 marca 2011

hunger train

Po cudownym weekendzie znów jestem w Bukareszcie. Suczawa jak zawsze dała mi dużo dobrej energii, naprawdę świetnie się tam czuję. Ludzie, których znam z Suczawy są zupełnie inni niż Erasmusi z Bukaresztu. W Suczawie jest zwyczajne życie, wszyscy studiują, pracują, mają rodziny i normalne związki. Nie to co jedna wielka szalona międzynarodowa impreza w stolycy. W każdym razie w Suczawie podoba mi się tak bardzo, a ludzie są tak cudowni, że mogę iść nawet na imprezę trance (i pomyśleć, że kiedyś byłam nastoletnim prawie metalem) tylko po to, żeby wspierać ulubionego didżeja. Co więcej, dobrze się bawiłam, mimo iż tradycyjnie usłyszałam, że pewne procesy biologiczne już zaczęły się dziać w moim organizmie i zasadniczo to już czas na męża :) Taka gadka na imprezie, dziwna sprawa. Ogólnie było jednak super. Cieszę się, że nie piję, przynajmniej nie musiałam próbować Palinki, tego dziwnego specyfiku domowej roboty podawanego w plastikowych butelkach.
Niedziela też w sumie była urocza, przedpołudnie spędziliśmy spacerując po suczawskiej cytadeli i jedząc watę cukrową, ot takie proste radości dzieci urodzonych za komuny :] Później spotkałam się z dzieciakami, które szkoliłam w wakacje. Wydoroślały strasznie, za kilka miesięcy studia i inne życie! Dobrze się na to wszystko patrzy, chociaż wciąż mnie dopadała myśl, że jestem już taka stara, okropne uczucie!
Tak czy inaczej po cudownym weekendzie czas wracać. Znowu miałam zatem spotkanie z rumuńskimi kolejami. Nie było łatwo. Dzisiaj jakoś więcej niż zwykle ludzi bez nóg, emigrantów niewiadomego pochodzenia mówiących z ruskim akcentem i głuchych sprzedawców, którzy nadspodziewanie dobrze słyszą, kiedy ktoś mówi "zabieraj towar, bo tu kradną Cyganie". Na szczęście (chociaż w sumie nie wiadomo), trudów podróży nie przeżywałam sama. Od razu na początku okazało się, że jakiś chłopak ma bilet na dokładnie to samo miejsce co ja. Od razu wiedziałam, że jak zaczniemy gadać, to nici z mojego genialnego planu spania całą drogę i pewnie się nie odczepi, a tu akurat mp3 rozładowane, książki żadnej nie mam, hmm. Przypomniałam sobie jednak nauki mojej ukochanej sekty, że przecież "nie ma przypadków" i zaczęłam się zastanawiać cóż to może znaczyć. Pierwsza myśl była oczywiście taka, że może to niebiosa zesłały mi męża wreszcie. Po 5 minutach wiedziałam, że nie, bo za młody, za bardzo blond i za dużo gadał. Tak czy inaczej okazał się sympatyczny, zauważył moją protestancką bransoletkę i myślał, że jesteśmy z tej samej sekty. Nie miał na szczęście alergii na katolików, więc sobie ucięliśmy rozmowę na tematy związane z wiarą, doktryną i nieśmiertelnym Maksem Weberem (tak, okazuje się, że warto było przez 5 lat katować się dziełem "Etyka protestancka a duch kapitalizmu", przydała się do pociągowej gadki szmatki :D). Myślę sobie, że to było dobre i potrzebne mi. Ostatnio mam mało religijnych bodźców, więc nawet i taki zaangażowany protestant się nada, zwłaszcza, że post jest. Miałam jednak moment, w którym myślałam, że jest dziwny i że pewnie właśnie zawarłam niebezpieczną znajomość z jakimś wariatem. Siedzimy sobie spokojnie, a on nagle wypalił "Guess what, one of the famous Romanian football players just passed away", po czym zaczął się śmiać. Ja rozumiem, że dla protestantów śmierć to przejście do lepszego życia, no ale żeby tak zacieszać? Dziwne, bardzo dziwne. Mnie to w ogóle nie rozbawiło i musiałam mieć dość głupią minę. Postanowiłam po prostu z nim nie gadać więcej, bo wiadomo to? Po chwili jednak mijał nas jakiś facet, a ucieszony Rumun zakrzyknął "Look! He passed us away again" :D :D :D Ok, mój angielski też nie jest idealny, ale pomylenie "passing by" z "passing away" może być naprawdę upiorne. Podróż zatem w sumie zabawna była. I w Bukareszcie jest cudownie ciepło, więc nawet nie zdenerwowałam się tak bardzo, kiedy powitał mnie tłokiem, taksówkarzem, który mnie oszukał i zamkniętą ulubioną kebabownią. Dobrze jest być tu z powrotem!

sobota, 12 marca 2011

madrosci ludowe

(z komputera Mary, bez polskich liter)

Podobno milosc i bezsennosc (a niektorzy dodaja jeszcze, ze sraczka i smierc) przychodza niespodziewanie. Przyszla pora wiec i na mnie, nie moge spac. Dziwne, bo w tym tygodniu malo czasu mialam na wszystko, a dodatkowo z czwartku na piatek w ogole nie spalam tylko prosto z klubu niemalze pojechalam na dworzec, potem 9 godzin w pociagu, lazenie z plecakiem pol dnia po Suczawie i u kochanej Mary bylam dopiero ok 22. Myslalam ze zasne jak dziecko, a tu nic. Moze to przez to, ze jak zwykle Super Mama Mary karmi mnie jakas niemozliwa iloscia miesa, a ze to taka tradycyjna rodzina rumunska to nie moge odmowic :) Jakos przezyje pewnie. W kazdym razie czuje sie jakos dziwnie, no ale jakos musze znalezc w sobie sily bo dzisiaj zapodaje moj ulubiony rumunski didzej, nie moge tam nie byc, przyjda wszyscy moi kochani znajomi z Suczawy. To naprawde jest dobre miasto i czuje sie tu zupelnie inaczej niz w Bukareszcie. Jest spokojnie, ludzie nie sa tak szaleni jak te wszystkie niewyzyte Erasmusy. Chociaz tez miewaja dziwne pomysly. Wczoraj np ulubiony didzej czekal na mnie na dworcu z dwiema kartkami, na jednej mial napis "Welcome back", a na drugiej... "Krecenie suta". Tak, jestem pewna ze to ja ich tego nauczylam, ale za nic w swiecie nie moge sobie przypomniec dlaczego. Pewnie bylo to po jednej z tych posiadowek barowych kiedy tak niemozliwie nabijali sie z mojej niesmialosci. Zwykle konczylo sie glupawka :) W kazdym razie Rumuni musieli pochwalic sie znajomoscia tej uroczej frazy przed nowa polska dziewczyna, ktora tutaj maja. Nie ma sie co dziwic, ze spotkali sie z niezrozumieniem. Wyszlo na to, ze ja jestem jakas dziwna znowu. Taki widac moj los. Chociaz troche mnie boli, ze jestem w sumie najstarsza z nich (oprocz 25letniego Stefanka, zawsze poprawia mi humor jego obecnosc) a jakos nie moge sie ustatkowac. Zalilam nawet sie troche, ze oni tu wszyscy w powaznych zwiazkach, a ja tu gadam o imprezach i 20latku. Okazalo sie jednak, ze Rumuni w swojej madrosci maja na takie sytuacje odpowiednie przyslowie, ktore mowi mniej wiecej ze "mloda marchew i stara kura tworza razem dobra zupe" :D Coz, od razu mi lepiej. Niech sie dzieje, niech sie dzieje!

czwartek, 10 marca 2011

golden rules

Tłusty czwartek w tym roku był bez pączka, ale dzień kobiet na szczęście z prawdziwym czerwonym goździkiem! Poważna Instytucja jednak czasem dba, żebyśmy o zwyczajach ojczystych nie zapominali. Chociaż bardziej od goździka cieszyłam się z tego, że z powodu zaiłości personalno-organizacyjnych w Poważnej Instytucji dostałam dzień wolnego, więc sobie spokojnie mogłam sobie pójść na koncert Gogol Bordello, a nawet na after party. Uwielbiam ten emigrancki gypsy punk, wspaniale było. Jako support występował didżej prosto z Ekwadoru, który miał uroczą nawijkę i raczył ludzi mądrościami typu "that's the rule of life - you should have a wife" ;) Natchnęło mnie to do refleksji nad moimi własnymi zasadami życiowymi. W tym tygodniu objawiły mi się dwie. Po pierwsze: nigdy nie gadaj głupot facetom poznanym w klubie, wcale to nie jest takie oczywiste, że się więcej nie spotkacie. Ostatnio podczas wypadu wylądowaliśmy w klubie, którego nie cierpię, zawsze tam pełno nachalnych typów. Jeden bardzo chciał ze mną pogadać, a że głośno było to tradycyjny dialog się wywiązał:
Koleś: - where are you from?
Ja: - Poland
K: - Holland, great!
J: POLAND!
K: Yes, Netherlands, I know.
Zwykle w tym momencie staram się jednak tłumaczyć, że Warszawa, że papież... No ale tym razem nastrój nie taki, więc postanowiłam zrobić to inaczej:
J: Yes, have you ever been to Amsterdam?;>
Porozmawialiśmy sobie zatem o urokach dostępności marihuany i tym podobnych holenderskich tematach. Koleś okazał się bardzo sympatyczny swoją drogą. Tak sympatyczny, że zaczął się umawiać z moją koleżanką z Poważnej Instytucji i każe jej pozdrawiać "dziewczynę z Holandii". Jakoś głupio mi teraz, hmm.
Golden rule nr 2: na imprezie pełnej Hiszpanów i Włochów NIE WOLNO ustanawiać zasady, która mówi, że kto porozumiewa się w języku innym niż angielski stawia Kasi drinka :) A już na pewno nie tecquilę. Skutek był taki, że następnego dnia mój hipsterski wypad fotograficzny na obrzeża Bukaresztu nie udał się tak jak powinien. Z rana oko jakieś takie było nie bardzo. Nie ma zatem szału, na zdjęciach tylko cygańskie meliny i psy (w tym jeden zdechły).

I jeszcze jedna zasada. Nie piję w poście. Serio. Będzie fajnie :]

poniedziałek, 7 marca 2011

niefeministyczny początek marca

Następny rok spędzę bardzo leniwie. Tak przynajmniej wynika ze związanego ze świętem Martiszor rumuńskiego przesądu, który niedawno odkryłam. Mianowicie trzeba zsumować cyfry swojej daty urodzin, a wynik wskaże który dzień jest naszym dniem marcowym. W moim przypadku wyszło 7, zatem podobno to co będę robić siódmego marca będę robić przez rok. Tak, wiem że to zabobon, że powinnam iść do egzorcysty tudzież intelektualnie zawstydzić się, że o takich rzeczach myślę. Załóżmy jednak, że dzisiaj jest mój dzień marcowy, który mówi coś o następnym roku. Zostałabym zatem idealnym leniem, perfekcyjnym prokrastynatorem, który spędza czas na czytaniu po raz setny Portretu Doriana Grey'a, odkrywaniu nowej muzyki, spaniu i rozwijaniu stosunków międzyludzkich przez internet. I tak, przyznaję, że ponadto zrobiłam sobie frytki. Skąd ten niezdrowy i bezproduktywny dzień? Chyba to sposób na smutki różnorakie spowodowane głównie niezwykłą kumulacją olewki zafundowanej mi przez różnych mniej lub bardziej ważnych dla mnie ludzi w ten weekend. A zaczęło się tak dobrze, od przełamywania własnych strachów w czwartek. Poszłam na imprezę bez moich kochanych Polaczków pełniących zwykle funkcje skrzydłowych oraz głosów rozsądku a także dopingujących mnie kiedy miewam ataki nieśmiałości, twierdzę że nie lubię ludzi i generalnie to chcę do domu :) Zatem zakupiłam wino, nastawiłam się pozytywnie i... wywaliłam się przed samym akademikiem. Tak, zupełnie na trzeźwo. Płaszczyk ubłocony, kolana zbite, ale wino całe, ha! O dziwo, impreza nie skończyła się wcale katastrofą, poznałam fajnych ludzi i generalnie dałam radę! W piątek natomiast złamałam moją złotą zasadę i poszłam na miasto z koleżanką z Poważnej Instytucji, która okazała się niesamowicie radosna, zabawna i otwarta! Kolejny plus. Zapowiadało się dobrze i... zdechło. Ulubiona Rumunka szumnie zapowiadała, że "gdzieś pójdziemy/coś zrobimy/oddamy ci wreszcie dywan - pamiątkę po styczniowej imprezie..." No i cisza. A mnie smutno bez dywanu. Hiszpan z Timiszoary zadzwonił, że jest w mieście i oczywiście "Kataaaa, musimy gdzieś iść, coś zrobić, no rozkurwimy Bukareszt po prostu, kol ju tomoroł!". I znowu nic. Myślę sobie, trudno, nic straconego. W końcu dzisiaj z rana umówiłam się na hipsterski wypad mający na celu obfotografowanie najbardziej obskurnych zakamarków Bukaresztu. To akurat powinno mi humor poprawić i sprawić, że zapomnę o tym, że telefon milczy. Wstałam zatem o jakiejś nieprawdopodobnej porze i udałam się w nieznane odkrywając, że metro czasem wyjeżdża na górę :) No i czekam. Znam przecież Włochów, na pewno się spóźni. Po 20 minutach próbuję dzwonić i oczywiście "Before making that call...". Kasy starczyło tylko na jednego smsa, na którego oczywiście nie dostałam odpowiedzi. Zatem zmarznięta i wkurzona, po stokroć olana, wracałam pustym metrem zastanawiając się, czy może przypadkiem rumuńska sieć telefonii komórkowej nie sprawiła tajemniczo, że nie mogę dostawać smsów? Że nikt nie dzwoni? No ale przecież od Orange dostaje. I od Mamy :) Wszystko zatem wskazuje na to, że jestem olewana. Tylko jaka jest przyczyna? Szukać mam jej w sobie, czy w olewaczach? Rozsądek podpowiada, że w olewaczach, ale szaleństwo emigracji wypaczyło moją samoocenę chyba i sobie myślę, że może ja się za bardzo narzucam, czy nie wiem co... Zatem, żeby się nie pogrążyć w smutkach i dociekaniach, no i żeby nie czekać na telefon od tego, co się odgrażał, że w poniedziałek na wielką a romantyczną randkę mnie zabierze, to sobie dogadzałam. Przez myśl mi przeszło nawet, żeby magisterkę popisać, no ale szanujmy się, jest poniedziałek :) Aczkolwiek pomyślałam sobie o niej, i to sporo, zatem plan jest i sumienie spokojne!
Zatem poniedziałek mija, ja nie czekam na telefon, nieee. To by było niefeministyczne. Nie niezależne. Nienowoczesne. W ogóle nie. Cholera, pieprzyć dwudziestolatków! (:P) Idę na zakupy, promocja jest na garnki.

wtorek, 1 marca 2011

Martisor

Miałam tu być do lutego. Dzisiaj rumuński Martisor, radosne święto pierwszego marca. Wciąż tu jestem. Nie wiadomo tylko jak długo (wszechmocny uwuerze, nie każ mi wracać!). Wierzę, że do końca maja, a potem... zobaczymy.

Tak czy inaczej kolejny raz ożywiam bloga. Spowodowane to jest zachętą, hmm, czytelników (fanów? :D) w zawrotnej liczbie 3, jak również postanowieniem, żeby więcej nie uzewnętrzniać się na fejsbuku (a przecież gdzieś uzewnętrzniać się muszę). Poza tym aktualnie mieszkam sama i nie mam z kim pogadać. Samotna emigracja to jednak straszna rzecz musi być. Na szczęście u mnie to stan przejściowy, przynajmniej taką mam nadzieję.

Dziwne to wszystko. 24 godziny temu byłam w Polsce i nie bardzo chciałam tu wracać, do tego wielkiego miasta i pustego mieszkania, w którym spodziewałam się zastać jakąś katastrofę, np. pękniętą rurę, lodówkę, w której coś wybuchło albo brak internetu. Na szczęście rury są całe, w lodówce zgniła tylko cytryna, a router działa i nie trzeba go konfigurować w trzech prostych krokach, które ostatnio zajęły nam całe popołudnie (humaniści, tfu). Jednak zanim jeszcze przekonałam się, że Wyspa Bogactwa stoi nienaruszona przeżyłam najdziwniejszy lot w życiu. To nie jest normalne jeśli w samolocie aż trzy osoby gadają do siebie i robią inne szalone rzeczy. Oczywiście pan koło mnie był jedną z tych trzech osób. A zapowiadał się tak miło: młody, przystojny, co prawda Anglik jakiś, ale to można wybaczyć. Niestety zamiast nawiązać ze mną miłą rozmowę, podniósł swoją kanapkę na wysokość oczu i wpatrywał się w nią przez 15 minut. Może te ciemne okulary, w których cały czas siedział (co tam, że to nocny lot) pomogły mu w tajemniczy sposób komunikować się z kiszonym ogórkiem serwowanym przez PLL LOT? Nie dowiem się. W każdym razie nawet tę kanapkę mogłabym olać, ale niestety zaczął gadać do siebie. Nie wiem o czym, ale chyba było zabawnie, bo śmiał się złowieszczo co jakiś czas. Zatem tak sobie leciałam, 800 km/h, 8 km nad poziomem morza, na zewnątrz -53C, pod nami po prawej Zamość, po lewej Rzeszów lub odwrotnie i zastanawiałam się, czy to dobre okoliczności, żeby zostać zaatakowaną kanapką czy czymś równie oryginalnym. Co się robi w takich sytuacjach? Mogłam wezwać stewardessę, ale pewnie była zajęta pozostałą dwójką dziwnych ludzi i trzeba pijanymi Polakami, z których jeden chyba myślał, że jest Tymochowiczem, bo objaśniał wszem i wobec tajemnice sukcesu Leppera (Balcerowicz musi odejść). O dziwo jednak udało się wylądować. Radość jednak była przedwczesna, bo okazało się, że... lotnisko jest zamknięte i na 20 minut utknęliśmy w autobusie. 3 dziwnych ludzi i pijany "Tymochowicz", który mówił, że już ósmy raz leci do Rumunii i takiego skandalu jeszcze nie widział. Koniec końców o 2 czasu rumuńskiego wreszcie siedziałam w taksówce i tradycyjnie myślałam "po co mi to wszystko" tudzież "już nawet Częstochowa jest lepsza od tego". Jednak kiedy zobaczyłam Piata Unirii nocą, a w radiu usłyszałam tę głupkowatą piosenkę rumuńską http://www.youtube.com/watch?v=dih729_02oM, poczułam się... dobrze. Nie będę dramatyzować ani przesadzać. Nie poczułam, że to mój dom czy tam moje miejsce we wszechświecie. Nie nabrałam też przekonania, że od tej magicznej chwili wszystko się ułoży. Jednak po prostu dobrze mi w tym Bukareszcie :)