Koleś: - where are you from?
Ja: - Poland
K: - Holland, great!
J: POLAND!
K: Yes, Netherlands, I know.
Zwykle w tym momencie staram się jednak tłumaczyć, że Warszawa, że papież... No ale tym razem nastrój nie taki, więc postanowiłam zrobić to inaczej:
J: Yes, have you ever been to Amsterdam?;>
Porozmawialiśmy sobie zatem o urokach dostępności marihuany i tym podobnych holenderskich tematach. Koleś okazał się bardzo sympatyczny swoją drogą. Tak sympatyczny, że zaczął się umawiać z moją koleżanką z Poważnej Instytucji i każe jej pozdrawiać "dziewczynę z Holandii". Jakoś głupio mi teraz, hmm.
Golden rule nr 2: na imprezie pełnej Hiszpanów i Włochów NIE WOLNO ustanawiać zasady, która mówi, że kto porozumiewa się w języku innym niż angielski stawia Kasi drinka :) A już na pewno nie tecquilę. Skutek był taki, że następnego dnia mój hipsterski wypad fotograficzny na obrzeża Bukaresztu nie udał się tak jak powinien. Z rana oko jakieś takie było nie bardzo. Nie ma zatem szału, na zdjęciach tylko cygańskie meliny i psy (w tym jeden zdechły).
I jeszcze jedna zasada. Nie piję w poście. Serio. Będzie fajnie :]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz