Niedziela też w sumie była urocza, przedpołudnie spędziliśmy spacerując po suczawskiej cytadeli i jedząc watę cukrową, ot takie proste radości dzieci urodzonych za komuny :] Później spotkałam się z dzieciakami, które szkoliłam w wakacje. Wydoroślały strasznie, za kilka miesięcy studia i inne życie! Dobrze się na to wszystko patrzy, chociaż wciąż mnie dopadała myśl, że jestem już taka stara, okropne uczucie!
Tak czy inaczej po cudownym weekendzie czas wracać. Znowu miałam zatem spotkanie z rumuńskimi kolejami. Nie było łatwo. Dzisiaj jakoś więcej niż zwykle ludzi bez nóg, emigrantów niewiadomego pochodzenia mówiących z ruskim akcentem i głuchych sprzedawców, którzy nadspodziewanie dobrze słyszą, kiedy ktoś mówi "zabieraj towar, bo tu kradną Cyganie". Na szczęście (chociaż w sumie nie wiadomo), trudów podróży nie przeżywałam sama. Od razu na początku okazało się, że jakiś chłopak ma bilet na dokładnie to samo miejsce co ja. Od razu wiedziałam, że jak zaczniemy gadać, to nici z mojego genialnego planu spania całą drogę i pewnie się nie odczepi, a tu akurat mp3 rozładowane, książki żadnej nie mam, hmm. Przypomniałam sobie jednak nauki mojej ukochanej sekty, że przecież "nie ma przypadków" i zaczęłam się zastanawiać cóż to może znaczyć. Pierwsza myśl była oczywiście taka, że może to niebiosa zesłały mi męża wreszcie. Po 5 minutach wiedziałam, że nie, bo za młody, za bardzo blond i za dużo gadał. Tak czy inaczej okazał się sympatyczny, zauważył moją protestancką bransoletkę i myślał, że jesteśmy z tej samej sekty. Nie miał na szczęście alergii na katolików, więc sobie ucięliśmy rozmowę na tematy związane z wiarą, doktryną i nieśmiertelnym Maksem Weberem (tak, okazuje się, że warto było przez 5 lat katować się dziełem "Etyka protestancka a duch kapitalizmu", przydała się do pociągowej gadki szmatki :D). Myślę sobie, że to było dobre i potrzebne mi. Ostatnio mam mało religijnych bodźców, więc nawet i taki zaangażowany protestant się nada, zwłaszcza, że post jest. Miałam jednak moment, w którym myślałam, że jest dziwny i że pewnie właśnie zawarłam niebezpieczną znajomość z jakimś wariatem. Siedzimy sobie spokojnie, a on nagle wypalił "Guess what, one of the famous Romanian football players just passed away", po czym zaczął się śmiać. Ja rozumiem, że dla protestantów śmierć to przejście do lepszego życia, no ale żeby tak zacieszać? Dziwne, bardzo dziwne. Mnie to w ogóle nie rozbawiło i musiałam mieć dość głupią minę. Postanowiłam po prostu z nim nie gadać więcej, bo wiadomo to? Po chwili jednak mijał nas jakiś facet, a ucieszony Rumun zakrzyknął "Look! He passed us away again" :D :D :D Ok, mój angielski też nie jest idealny, ale pomylenie "passing by" z "passing away" może być naprawdę upiorne. Podróż zatem w sumie zabawna była. I w Bukareszcie jest cudownie ciepło, więc nawet nie zdenerwowałam się tak bardzo, kiedy powitał mnie tłokiem, taksówkarzem, który mnie oszukał i zamkniętą ulubioną kebabownią. Dobrze jest być tu z powrotem!
lol :P
OdpowiedzUsuń