wtorek, 1 marca 2011

Martisor

Miałam tu być do lutego. Dzisiaj rumuński Martisor, radosne święto pierwszego marca. Wciąż tu jestem. Nie wiadomo tylko jak długo (wszechmocny uwuerze, nie każ mi wracać!). Wierzę, że do końca maja, a potem... zobaczymy.

Tak czy inaczej kolejny raz ożywiam bloga. Spowodowane to jest zachętą, hmm, czytelników (fanów? :D) w zawrotnej liczbie 3, jak również postanowieniem, żeby więcej nie uzewnętrzniać się na fejsbuku (a przecież gdzieś uzewnętrzniać się muszę). Poza tym aktualnie mieszkam sama i nie mam z kim pogadać. Samotna emigracja to jednak straszna rzecz musi być. Na szczęście u mnie to stan przejściowy, przynajmniej taką mam nadzieję.

Dziwne to wszystko. 24 godziny temu byłam w Polsce i nie bardzo chciałam tu wracać, do tego wielkiego miasta i pustego mieszkania, w którym spodziewałam się zastać jakąś katastrofę, np. pękniętą rurę, lodówkę, w której coś wybuchło albo brak internetu. Na szczęście rury są całe, w lodówce zgniła tylko cytryna, a router działa i nie trzeba go konfigurować w trzech prostych krokach, które ostatnio zajęły nam całe popołudnie (humaniści, tfu). Jednak zanim jeszcze przekonałam się, że Wyspa Bogactwa stoi nienaruszona przeżyłam najdziwniejszy lot w życiu. To nie jest normalne jeśli w samolocie aż trzy osoby gadają do siebie i robią inne szalone rzeczy. Oczywiście pan koło mnie był jedną z tych trzech osób. A zapowiadał się tak miło: młody, przystojny, co prawda Anglik jakiś, ale to można wybaczyć. Niestety zamiast nawiązać ze mną miłą rozmowę, podniósł swoją kanapkę na wysokość oczu i wpatrywał się w nią przez 15 minut. Może te ciemne okulary, w których cały czas siedział (co tam, że to nocny lot) pomogły mu w tajemniczy sposób komunikować się z kiszonym ogórkiem serwowanym przez PLL LOT? Nie dowiem się. W każdym razie nawet tę kanapkę mogłabym olać, ale niestety zaczął gadać do siebie. Nie wiem o czym, ale chyba było zabawnie, bo śmiał się złowieszczo co jakiś czas. Zatem tak sobie leciałam, 800 km/h, 8 km nad poziomem morza, na zewnątrz -53C, pod nami po prawej Zamość, po lewej Rzeszów lub odwrotnie i zastanawiałam się, czy to dobre okoliczności, żeby zostać zaatakowaną kanapką czy czymś równie oryginalnym. Co się robi w takich sytuacjach? Mogłam wezwać stewardessę, ale pewnie była zajęta pozostałą dwójką dziwnych ludzi i trzeba pijanymi Polakami, z których jeden chyba myślał, że jest Tymochowiczem, bo objaśniał wszem i wobec tajemnice sukcesu Leppera (Balcerowicz musi odejść). O dziwo jednak udało się wylądować. Radość jednak była przedwczesna, bo okazało się, że... lotnisko jest zamknięte i na 20 minut utknęliśmy w autobusie. 3 dziwnych ludzi i pijany "Tymochowicz", który mówił, że już ósmy raz leci do Rumunii i takiego skandalu jeszcze nie widział. Koniec końców o 2 czasu rumuńskiego wreszcie siedziałam w taksówce i tradycyjnie myślałam "po co mi to wszystko" tudzież "już nawet Częstochowa jest lepsza od tego". Jednak kiedy zobaczyłam Piata Unirii nocą, a w radiu usłyszałam tę głupkowatą piosenkę rumuńską http://www.youtube.com/watch?v=dih729_02oM, poczułam się... dobrze. Nie będę dramatyzować ani przesadzać. Nie poczułam, że to mój dom czy tam moje miejsce we wszechświecie. Nie nabrałam też przekonania, że od tej magicznej chwili wszystko się ułoży. Jednak po prostu dobrze mi w tym Bukareszcie :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz