poniedziałek, 7 marca 2011

niefeministyczny początek marca

Następny rok spędzę bardzo leniwie. Tak przynajmniej wynika ze związanego ze świętem Martiszor rumuńskiego przesądu, który niedawno odkryłam. Mianowicie trzeba zsumować cyfry swojej daty urodzin, a wynik wskaże który dzień jest naszym dniem marcowym. W moim przypadku wyszło 7, zatem podobno to co będę robić siódmego marca będę robić przez rok. Tak, wiem że to zabobon, że powinnam iść do egzorcysty tudzież intelektualnie zawstydzić się, że o takich rzeczach myślę. Załóżmy jednak, że dzisiaj jest mój dzień marcowy, który mówi coś o następnym roku. Zostałabym zatem idealnym leniem, perfekcyjnym prokrastynatorem, który spędza czas na czytaniu po raz setny Portretu Doriana Grey'a, odkrywaniu nowej muzyki, spaniu i rozwijaniu stosunków międzyludzkich przez internet. I tak, przyznaję, że ponadto zrobiłam sobie frytki. Skąd ten niezdrowy i bezproduktywny dzień? Chyba to sposób na smutki różnorakie spowodowane głównie niezwykłą kumulacją olewki zafundowanej mi przez różnych mniej lub bardziej ważnych dla mnie ludzi w ten weekend. A zaczęło się tak dobrze, od przełamywania własnych strachów w czwartek. Poszłam na imprezę bez moich kochanych Polaczków pełniących zwykle funkcje skrzydłowych oraz głosów rozsądku a także dopingujących mnie kiedy miewam ataki nieśmiałości, twierdzę że nie lubię ludzi i generalnie to chcę do domu :) Zatem zakupiłam wino, nastawiłam się pozytywnie i... wywaliłam się przed samym akademikiem. Tak, zupełnie na trzeźwo. Płaszczyk ubłocony, kolana zbite, ale wino całe, ha! O dziwo, impreza nie skończyła się wcale katastrofą, poznałam fajnych ludzi i generalnie dałam radę! W piątek natomiast złamałam moją złotą zasadę i poszłam na miasto z koleżanką z Poważnej Instytucji, która okazała się niesamowicie radosna, zabawna i otwarta! Kolejny plus. Zapowiadało się dobrze i... zdechło. Ulubiona Rumunka szumnie zapowiadała, że "gdzieś pójdziemy/coś zrobimy/oddamy ci wreszcie dywan - pamiątkę po styczniowej imprezie..." No i cisza. A mnie smutno bez dywanu. Hiszpan z Timiszoary zadzwonił, że jest w mieście i oczywiście "Kataaaa, musimy gdzieś iść, coś zrobić, no rozkurwimy Bukareszt po prostu, kol ju tomoroł!". I znowu nic. Myślę sobie, trudno, nic straconego. W końcu dzisiaj z rana umówiłam się na hipsterski wypad mający na celu obfotografowanie najbardziej obskurnych zakamarków Bukaresztu. To akurat powinno mi humor poprawić i sprawić, że zapomnę o tym, że telefon milczy. Wstałam zatem o jakiejś nieprawdopodobnej porze i udałam się w nieznane odkrywając, że metro czasem wyjeżdża na górę :) No i czekam. Znam przecież Włochów, na pewno się spóźni. Po 20 minutach próbuję dzwonić i oczywiście "Before making that call...". Kasy starczyło tylko na jednego smsa, na którego oczywiście nie dostałam odpowiedzi. Zatem zmarznięta i wkurzona, po stokroć olana, wracałam pustym metrem zastanawiając się, czy może przypadkiem rumuńska sieć telefonii komórkowej nie sprawiła tajemniczo, że nie mogę dostawać smsów? Że nikt nie dzwoni? No ale przecież od Orange dostaje. I od Mamy :) Wszystko zatem wskazuje na to, że jestem olewana. Tylko jaka jest przyczyna? Szukać mam jej w sobie, czy w olewaczach? Rozsądek podpowiada, że w olewaczach, ale szaleństwo emigracji wypaczyło moją samoocenę chyba i sobie myślę, że może ja się za bardzo narzucam, czy nie wiem co... Zatem, żeby się nie pogrążyć w smutkach i dociekaniach, no i żeby nie czekać na telefon od tego, co się odgrażał, że w poniedziałek na wielką a romantyczną randkę mnie zabierze, to sobie dogadzałam. Przez myśl mi przeszło nawet, żeby magisterkę popisać, no ale szanujmy się, jest poniedziałek :) Aczkolwiek pomyślałam sobie o niej, i to sporo, zatem plan jest i sumienie spokojne!
Zatem poniedziałek mija, ja nie czekam na telefon, nieee. To by było niefeministyczne. Nie niezależne. Nienowoczesne. W ogóle nie. Cholera, pieprzyć dwudziestolatków! (:P) Idę na zakupy, promocja jest na garnki.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz