niedziela, 29 sierpnia 2010

czas na zmianę, no bo czemu nie?


Znowu to się dzieje, znowu po imprezie spać nie mogę i wstaję o niemożliwych godzinach. Może chociaż dzięki temu mój ostatni dzień w pełni wykorzystam, a do roboty całkiem sporo jest. Przede wszystkim muszę dopełnić mój cykl pożegnań, co mnie bardzo smuci. Naprawdę nie spodziewałam się, że tak ciężko będzie mi wyjeżdżać stąd, w końcu to było tylko 6 tygodni. Może to głupie, ale chyba bardziej to przeżywam, niż wyjazd po 4 latach z Wrocławia. Pewnie dlatego, że tam wrócę, poza tym moje relacje z ludźmi z Polski są tak silne, że na pewno ich nie stracę. W Suceavie pewnie jednak już nigdy nie będę mieszkać, szkoda... Wciąż mam wrażenie, że chcę tych moich Rumunów lepiej poznać, bo są naprawdę przecudowni, no ale nie da się. Z resztą może lepiej jest wyjeżdżać w takim momencie, kiedy jesteśmy na fali wielkiego sukcesu, jakim był GROW. Wszyscy są zadowoleni, ja w wesołym nastroju wciąż, więc może dzięki temu mnie pozytywnie zapamiętają. Wczoraj na pożegnalnej imprezie doszłam do wniosku, że faktycznie mój czas się tu skończył i trzeba ruszać dalej. No bo 'czemu nie?' jak mówi moje ukochane motywacyjne łódzkie zdjęcie z murów :]

Ach, ależ to był cudowny weekend! Oprócz opisanego już tutaj rumuńsko-klubowego piątku, była też sobota z oficjalną ceremonią na zakończenia GROW w Suceavie i niedzielne mniej oficjalne zakończenie :) Sobota naprawdę mnie zaskoczyła. Dzieciaki się postarały bardzo, było zabawnie i wzruszająco jednocześnie, świetnie się bawiłam. Chyba nigdy nie usłyszałam tylu miłych rzeczy co w tych ich przemówieniach, które wygłaszali! Najbardziej mnie zaskoczyło, że dziękowali mi za "open-minded attitude", nie wiem czy to komplement czy wrzuta :) Poza tym dostałam dyplom, na którym napisali o mnie "Kasia: you can('t) touch me" :D Uwielbiam ich po prostu!
Niestety w sobotę Cigdem wyjechała. Na szczęście udało nam się pojechać na dworzec, żeby ją pożegnać, zdążyliśmy dosłownie w ostatniej chwili. Musiało to zabawnie wyglądać, banda szaleńców biegających po dworcu i krzyczących "Cigdem, Cigdem, where's Cigdem?". Jeszcze lepszą zabawę mieliśmy w autobusie. Udało mi się ich namówić do gry w bobsleje, więc tak sobie jechaliśmy, sześć osób bujających się na każdym zakręcie. Pani sprzedająca bilety w autobusie była oburzona i nawet wygłosiła odpowiednią przemowę na ten temat. Chyba jednak dobrze, że czasem tu nic nie rozumiem!
Wczoraj wieczorem ostatni raz odwiedziłam mój ulubiony lokalny bar. Mnóstwo świetnych spotkań tu mieliśmy, najbardziej chyba lubiłam wieczory filmowe bez filmów, ach ta rumuńska organizacja :) W każdym razie wczoraj przyszło naprawdę dużo ludzi, wzruszyłam się aż! Jedna z nastolatek zaśpiewała mi po polsku refren z "nie nie nie" t.love, wspaniały prezent mi zrobiła :) Z kolei mój ulubiony uczestnik GROW przyniósł mi butelkę jakiegoś rumuńskiego bimbru domowej roboty, który skonsumowaliśmy od razu z ajsekiem... Było super, ale jednak po raz nie wiem który stwierdzam, że jak impreza ma być legendarna, to tylko w xxlatce! Tęsknię!





sobota, 28 sierpnia 2010

kolekcjoner momentów

Clubbing w Suceavie za mną! Radosny nastrój na mnie dziwnie wpływa, podobało mi się, a nawet żal mi było wychodzić. Dziwne rzeczy się działy. Chyba przyczyniłam się mimowolnie do tego, że konkurs nabrał charakteru międzynarodowego. Zostałam nawet uroczą asystentką, która losuje kolejność, w tym się nie za bardzo nie odnalazłam, organizatorzy też nie. Przeprowadziliśmy taki oto dialog:
- heeej, jak masz na imię?
- Kasia
-.... acha, dobrze :)

Chyba powinnam zmienić nazwę bloga na kaszwrumunii, bo tak tu teraz mam na imię.
Wracając do imprezy, to przyznaję, miałam pewien kryzys. Kiedy wracaliśmy nad ranem wciąż czułam niedosyt i miałam zbyt dużo energii i nie było jak jej spożytkować. Zaczęłam sobie przypominać najlepsze imprezy, po których w ogóle już nie miałam energii i doszłam do wniosku, że tęsknie za klimatem wrocławskim. Nic nie równa się przecież imprezie MM Drzewo Piwne czy choćby tej ostatniej, połączonej ze wschodem słońca na Moście Pokoju! Zatem o 3 rano niepokojąco zaczął wracać do mnie gbur, który mówił mi, że tu nic nie ma sensu, jednak powiedziałam mu stanowcze NIE! I wygrałam. Doszłam do wniosku, że owszem, to nie jest MMDP, ale też jest nieźle. Nie idealnie, ale też dobrze, bo nawet na imprezie w Rumunii i nie w moim klimacie były chwile, w których czułam się cudownie. Takie momenty chcę w głowie zbierać i pamiętać. Nawet chyba pozbyłam się tej presji, że wszystko zawsze musi być powiedziane i wyjaśnione. Tymczasem nie wprost też jest super! I gbur odszedł, mam nadzieję, że na trwałe....
Mój mózg działa osobliwie. Często po imprezie budzę się rano, nie mogę spać i mam najlepsze przemyślenia! Dzisiaj o 7 rano wymyśliłam notkę na bloga i przemówienie na galę kończącą GROW. Teraz tylko tam pójść, powiedzieć, nie rozkleić się...




piątek, 27 sierpnia 2010

odmładzam się!

Wczoraj znowu spędziłam wieczór z nastolatkami. Chyba się powoli przyzwyczajam do takiego towarzystwa, chociaż z jednym z członków AIESECu stwierdziliśmy, że to pewnie nasz sposób na uporanie się z kryzysem końca studiów :) Chyba coś w tym jest. Byliśmy jedynymi dorosłymi na wczorajszym ognisku i raczej nie dawaliśmy najlepszego przykładu cały czas się wygłupiając. Z drugiej strony 23 lata to chyba nie jest jeszcze taki wiek, że trzeba nieustannie być poważnym i myśleć o życiu. Chociaż uczenie nastolatków zbereźnych piosenek to przesada jednak, przyznaję. Swoją drogą moje przaśno-ludowe poczucie humoru dopada mnie i tutaj, znam zbereźną piosenkę po angielsku i szalenie mnie to cieszy :) W każdym razie wieczór wczoraj niezwykle udany, bawiłam się świetnie.
Niestety dzisiaj mieliśmy ostatni dzień GROW. Teraz tylko oficjalna gala i koniec, definitywnie. Smutne to trochę, ale wiem, że udało nam się tu wspólnie zrobić coś dobrego. Cieszą mnie też ich reakcje, napisali mi mnóstwo przyjemnych rzeczy na pożegnanie (m.in. że chcą przyjechać do Polski i zrobić bobsleje w tramwaju:P). Przeuroczo!
Dzisiaj w ramach przełamywania własnych barier i robienia rzeczy których normalnie nie robię w Polsce idę na imprezę trance i w dodatku cieszy mnie ta okoliczność! Kto by się spodziewał? Na usprawiedliwienie dodam, że znajomy dj rumuński będzie tam grał, więc niejako idę tam jako fanka :D. Dziwne rzeczy się dzieją, ale wiem, że przeżyję i że będzie super! Zatem wypijam Tediego i do boju!!


czwartek, 26 sierpnia 2010

radość po rumuńsku


Zupełnie tu wariuję, nie wiem co się dzieje! Co się stało z gburowatym metalem? Chyba zginął bezpowrotnie. Od prawie tygodnia mam ten dziwny wesoło-radosny nastrój. Tak na mnie Rumunia (a może moi Rumuni) wpływa. Zatem chodzę i się cieszę, zupełnie jak nie ja. Całkiem mi z tym dobrze, chociaż czasem się temu dziwię. Ostatnio miałam napad śmiechu w rumuńskim autobusie numer 4. Rumuni się dziwią, że już ich przytulam. Dla mnie to oczywiste, bo przecież jak już kogoś znam to nie mam z tym problemów. Chyba jednak nie mogą uwierzyć, że serio teraz przytulanie jest ok, więc dla pewności nauczyli mnie cudownego zdania: "Jestem w Rumunii 6 tygodni i teraz już ludzie mogą mnie dotykać". Robię tym furorę :)Rumuni swoją drogą też uczą się polskiego, więc na FB teraz sobie mogę czytać takie słodkie statusy jak "było super kochanie!" albo "jestem zmęczony, dobranoc". No i oczywiście "jako tako" rządzi!Podoba im się też polonez, chcą go tańczyć na imprezie z okazji końca GROW, zatem dzisiaj znowu ich uczyłam i znowu czułam się jak w liceum (ach, Norwid mój kochany).
Więc jestem szczęśliwa i radosna w tej Rumunii. Mam nadzieję, że nie jest to tylko faza wzlotu przed gigantycznym upadkiem w Timisoarze... Pewnie po takich świetnych 6 tygodniach wszystko będzie mi się wydawało słabe, no ale zobaczymy. Oczywiście nie jest idealnie, mam te swoje małe frustracje, a frustruje mnie to, co zawsze. Jak ktoś mądrze ponad rok temu mi powiedział: "Kasia Kasia, wszystko przez to, że układasz sobie w głowie scenariusze, a potem kiedy ludzie się nie dostosowują, jesteś zdziwiona." Zaiste to prawda. Wyciągnęłam z tego pewne, ale i tak mi trudno i czasami nie wiem jak to wszystko działa. Coś muszę zmienić jednak, bo bycie nieustannie złośliwym nie jest najlepszą metodą na pokazanie, że się kogoś lubi (chociaż dla mnie to jest takie oczywiste :D).

Na koniec, żeby nie było tak idealnie, kolejne moje spostrzeżenie na temat polskich produktów w Rumunii. Na prawdę nie mogę się nadziwić, że Tymbark tu smakuje trzy razy gorzej. Dzisiaj znalazłam limitowaną edycję Kubusia, wygląd przypominający pleśń mnie nie zachwycił :) Chociaż może to Kubuś o smaku szczawiu, wtedy kolor by się zgadzał.

wtorek, 24 sierpnia 2010

polskie tradycje - trener jakby pijany



W ramach przygotowywania mojego ostatniego dnia polskiego szukałam jakichś ciekawych filmów o Polsce i znalazłam jeden fajny: http://www.youtube.com/watch?v=XHFfUmGLo7w

Przypomniało mi się, jak na pierwszym roku tak robiłam, wrocławskie tramwaje są najlepsze na świecie... W Suceavie tramwajów niestety nie ma, ale wczoraj udało nam się zrobić coś podobnego do zabawy w bobsleje w autobusie numer dwa, cudownie!
Myślę, że dzień polski był bardzo udany, nawet jeśli tym razem nie było pierogów. Tańczyliśmy poloneza (na studniówce wychodziło mi to lepiej, hmm, kiedy to było?), opowiedziałam im też legendę o smoku wawelskim i legendę o Wandzie co nie chciała Niemca, co nie spotkało się z ich zrozumieniem. Różnice kulturowe, trudno :) Wciąż próbuję Rumunów uczyć polskiego, niestety nie wiedzieć czemu najlepiej zapamiętują najgłupsze rzeczy (ciężko je nawet na blogu przytoczyć). W każdym razie dzisiaj próbowałam uczyć ich na poważnie jakichś podstawowych rzeczy, czyli liczby, powitanie itp. Potem próbowaliśmy jakieś proste dialogi układać. Najbardziej podobało mi się:
chłopak: Wyjdziesz za mnie?
dziewczyna: Jako tako!

Poza tym okazuje się, że niektóre aspekty bycia trenerem sprawiają mi wciąż trudność. Strasznie utkwiło mi w pamięci, że kiedy coś piszę, to absolutnie nie mogę do nich stawać tyłem. Staram się więc stać bokiem i w konsekwencji piszę strasznie krzywo. Potem staram się poprawić, więc wychodzi krzywo w drugą stronę. Jak patrzę później na rezultaty, to wygląda jakbym pisała to po pijaku. Oczywiście starali się mnie pocieszyć mówiąc, że to symboliczne, że w karierze każdego lidera są upadki i wzloty, ech :)

poniedziałek, 23 sierpnia 2010

z tęsknoty wariuję za Polską

Jestem tu dopiero 5 tygodni a już zaczynam tęsknić. Chyba mam drugą fazę szoku kulturowego. Może to dlatego, że wcale nie chcę stąd wyjeżdżać. Właśnie się przyzwyczaiłam, a tu już koniec. Najchętniej bym została jeszcze trochę, ale intensywny kurs rumuńskiego w Timisoarze wzywa...
W każdym razie tęsknota objawia się dziwnie. Najdziwniejsze, że wcale do Polski nie chcę wracać. Jednak mimo wszystko brakuje mi języka. Jasne, po angielsku mogę wyrazić (prawie) wszystko to, co myślę, ale za nic w świecie nie potrafię żartować. To pewnie przez to moje prześmiewczo-ironiczne poczucie humoru, które po angielsku brzmi fatalnie (a po niemiecku dramatycznie). Staram się więc po polsku mówić, wczoraj przeprowadziłam fascynującą rozmowę z rumuńskim psem. Patrzył na mnie tak, jakby rozumiał i reagował kiedy wołałam na niego "Szarik". Byłam bliska zaśpiewania mu piosenki z "Czterech pancernych", ale to chyba byłaby przesada... Zatem tęsknię za polskim, mimo że czasem sprawia mi trudności. Wczoraj uparcie twierdziłam, że kobieta z Turcji to Turka, absolutnie nie Turczynka, tylko Turka właśnie :) Żeby nie było wątpliwości, nie jestem taką okropną osobą, która wyjeżdża na miesiąc za granicę i zapomina języka. Nie zamierzam też po powrocie mówić z angielskim (ani tym bardziej z rumuńskim) akcentem. Jakoś to będzie. Mam nadzieję, że nie zwariuję z tej tęsknoty. Na razie smutki zapijam rumuńską wersją mojego kochanego tymbarkowego Kubusia, czyli Tedim, fuj :)

niedziela, 22 sierpnia 2010

postkomunistyczne frustracje

Wciąż borykam się z brakiem internetu, niedługo chyba zamieszkam w tym centrum handlowym, tak bardzo kocham wifi. No, ale przynajmniej okazało się, że jednak tam gdzie mieszkam jest ciepła woda!
W piątek wreszcie udało mi się zobaczyć zachód słońca, o dziwo tym razem zdążyliśmy. Faktycznie widok jest niezły, uroki Suceavy w całej okazałości. Niestety znowu wyszłam na dziwaka, bo zamiast delektować się tradycyjnym tureckim alkoholem (nie mogę tego pić, wspomnienia jednej imprezy w XXlatce są zbyt świeże), rozprawiałam cały wieczór o polityce. Poznałam chłopaka, który też "się zna" i dowiedziałam się mnóstwa ciekawych rzeczy o tutejszych kampaniach wyborczych, więc byłam zachwycona doprawdy! Oczywiście później zeszliśmy na tematy mniej przyjemne. Opowiedziałam mu historię posła Filipa Adwenta i tego jak to "Studenci Uwr nie zauważyli, że europoseł zmarł". Wciąż mnie to boli, ale media w Rumunii wcale nie działają lepiej niż u nas, więc wspólnie z Bogdanem dzieliliśmy nasze środkowoeuropejskie frustracje. Czasami myślę, że nie wszystko jest ze mną do końca w porządku, zbyt często wychodzi ze mnie ten politolog maniak, na imprezach to chyba nie wygląda za dobrze.

W ramach poznawania Rumunii wybrałam się w sobotę do Iasi. Miasto jest mniej więcej takie jak myślałam: duże, aktywne i całkiem przyjemne. Czułam się trochę jak we Wrocławiu! Jednak mimo, że w Suceavie czuję się bardziej jak w Częstochowie, co mnie lekko przygnębia, to jednak bardo się cieszę, że ostatecznie trafiłam tutaj. Zatem absolutnie nie żałuję, że mnie tu przenieśli. Chyba nie do końca chodzi o samo miasto, bardziej o ludzi, tutejsi Rumuni najlepsi na świecie! Tak, przyznaję, że fakt że przez długi czas byłam tu jedynym obcokrajowcem też sprawiał, że się czułam dobrze (syndrom pępka świata do mnie wraca).
W Iasi wypożyczyliśmy rowery (Wrocławiu, kiedy dasz nam taką możliwość?), co mnie ucieszyło niesamowicie. Zapomniałam już prawie, jak to lubię! Niestety moje przyzwyczajenie do Batawoza mogło skończyć się tragicznie. W moim kochanym rowerze nic nie działa tak jak powinno, jeśli chcę się zatrzymać dociskam hamulec do końca, a i tak nie wiele się dzieje. Tutaj zrobiłam tak samo i prawie wyleciałam przez kierownicę, więc przygoda była. Po tej wycieczce wieszczę rychły upadek cywilizacji zachodniej z powodu braku aktywności fizycznej, na prawdę prowadzenie rowerów pod górkę bo "nie chcę się zmęczyć" jest trochę smutne... Ogólnie jednak z wypadu do Iasi jestem zadowolona. Udało mi się spotkać ludzi, których poznałam na konferencji w lipcu, bardzo mnie to ucieszyło. Jeden z nich, Estończyk - politolog (!), pocieszył mnie trochę, mówiąc że "na imprezach on też tak ma". Potem pogadaliśmy sobie o UE, więc byłam cała szczęśliwa :)
Jedyna rzecz, która mnie zaskoczyła, to fakt, że Rumuni którzy nas po mieście oprowadzali cały czas proponowali, że nas zabiorą do centrum handlowego. Zupełnie tego nie rozumiem, czy to aż taka atrakcja? Różnice kulturowe czy co? A może wyglądam na galeriankę? Hmm, w sumie już druga godzina w Iulius Mall dzisiaj, może coś w tym jest.
W drodze powrotnej sprawdzałyśmy jak wygląda nasza tolerancja w praktyce. Tyle mówię podczas GROW o tych Romach, że to jednak nie jest takie proste, żeby ich nie oceniać i żeby chociaż trochę spróbować ich zrozumieć. Miałam zatem szansę. Przedział dzieliłam z cygańską młodą matką i jej wiecznie płaczącymi dziećmi. Wcale nie było tak źle. Przeżyłam.

Wczoraj się dowiedziałam, że na pierwszy rzut oka robię wrażenia snoba, który podnieca się swoim intelektem (bez przesady, chyba nie ma się aż tak czym podniecać). W dodatku stawiam ludziom zbyt wysoko poprzeczkę i rozmawiam tylko z mądrymi, a resztę krytykuję. Tak, pewnie coś w tym jest, ale... Wiem co lubię, wiem czego nie lubię, czy to źle? Owszem lubię mądrych ludzi, ale chyba bardziej chodzi o to, że cenię ludzi, którzy mają własne zdanie i własne zainteresowania. Wcale nie muszą się koniecznie znać na polityce, może to być cokolwiek innego ( o dziwo, nawet trance działa!). Zastanawiam się, co teraz zrobić. Chyba powinnam w pokorze przyjąć krytykę i faktycznie czasem swoje ironiczno-prześmiewcze uwagi zachować dla siebie... Rumunia uczy życia w wielu aspektach, bardzo mnie to cieszy :)

czwartek, 19 sierpnia 2010

dwadzieścia lat później

Przeprowadziłam się po raz kolejny. W sumie mi to nie przeszkadza, mieszkam sobie z Cigdem, mamy wreszcie własny klucz i nie musimy się przejmować. Ulokowali nas w kuratorium, to chyba najlepsze polskie słowo na to. Jest całkiem przyjemnie, chociaż absurdy nas dopadają. Jest tu wifi, ale nikt nie zna hasła. Potrzeba było dwóch dni i milijonów telefonów, żeby ustalić, kto może wiedzieć. Oczywiście jak już dostałyśmy hasło, okazało się, że internet i tak nie działa :] Poza tym nie ma ciepłej wody, Suczawa jest piękna jeśli o to chodzi! Czytam właśnie książkę o upadku komunizmu, ciekawe rzeczy o Rumunii tu znalazłam. Za Ceausescu z racji tego, że sprzedawali energię na Zachód (uroczy pomysł) też nie było ciepłej wody, więc ukuli okolicznościowy żarcik: "Co jest zimniejszego w Rumunii niż zimna woda? Ciepła woda." :D Dużo się nie zmieniło, jak widać, chociaż pewnie powody inne.
Rumuńska organizacja też mnie powala, zupełnie się nie przejmują niczym. Robiliśmy grilla, miał być o pierwszej, zanim udało się cokolwiek zacząć robić, to była 17 i zaczęło padać, uroczo. W Polsce chyba by mnie trzy razy szlag trafił, a tu ludzie zupełnie na luzie do tego podchodzą.

GROW wciąż mnie zachwyca, chociaż teraz mamy tylko 8 osób. Mimo wszystko są bardzo zaangażowani i zmotywowani. No i mają 18 lat, więc mogę pić z nimi piwo, ha! Podczas ewaluacji jeden chłopak napisał coś szalenie miłego. Na pytanie "Czy ta sesja mogłaby być lepsza?" napisał "Nie, Kasia jest profesjonalna niczym Donald Trump" :) Nie do końca chwytam analogię, ale i tak uważam, że to urocze! Szkoda, że mój pobyt w Suceavie się kończy, ech...

niedziela, 15 sierpnia 2010

mołdawscy przemytnicy

Drugie podejście do wyjazdu do Mołdawii okazało się bardziej udana, więc dojechałam i nawet wróciłam do Suczawy! Niestety pierwsza próba opisania moich wrażeń na blogu nie udała się. Byłam już w połowie kiedy w Mołdawii zabrakło prądu, potem już do końca weekendu nie udało się odzyskać internetu. Mam jednak nadzieję, że pamiętam wszystko!
W piątek autobus przyjechał, więc zapowiadało się nieźle. Pan kierowca został oczywiście przez moją znajomą Rumunkę poinformowany, że mówię tylko po angielsku. Bardzo to przeżywał i posadził mnie zaraz za sobą, żebym przypadkiem Balti nie przegapiła (bo oczywiście nie umiał powiedzieć kiedy dojedziemy, może o 15 a może o 18?). Jazda za kierowcą była ekscytująca, drzwi to autobusu z obu stron były otwarte, więc mogłam zamiast zimnego łokcia robić sobie zimne kolano. To rozwiązanie z drzwiami jest bardzo praktyczne, oprócz tego, że daje przepływ powietrza to jeszcze umożliwia wymianę bluzgów z innymi uczestnikami ruchu. Poza tym kiedy żona pana kierowcy chce jakieś towary ludziom na przystanku przekazać, może je im rzucić (i nie ma potrzeby zatrzymywania od razu całego autobusu!). Przez otwarte drzwi można też wyrzucać odpadki, najbardziej podobał mi się gigantyczny latający słoik po ogórkach kiszonych, jeszcze z wodą w środku. Niechybnie można tym zabić. W autobusie udało mi się poznać młodego chłopaka z Mołdawii, który świetnie mówił po angielsku, zyskałam więc lokalnego przewodnika. Bardzo dużo mi wyjaśnił, dzięki temu może trochę lepiej tę Mołdawię mogłam zrozumieć. Zamęczałam go więc pytaniami, a ciekawiło mnie sporo, np:
- dlaczego autobus zatrzymał się w środku lasu, a kierowca wysiadł z narzędziami w ręku? Awaria? Oczywiście nie! Zbliżaliśmy się do granicy, trzeba było pochować towar! Oczywiście czytałam wcześniej, że na tej trasie ludzie często szmuglują różne rzeczy, no ale nie spodziewałam się, że to prawda. W każdym razie zobaczyłam że pod atrapą kosza na śmieci wypełnionego pustymi butelkami po alkoholu można przewieźć na prawdę sporo "nielegalnej" bielizny na sprzedaż :)
- dlaczego nagle skończył się asfalt i jechaliśmy czymś, czego w ogóle nie da się opisać, podczas gdy nieopodal widać było całkiem nową drogę, po której nikt nie jechał? Sergiu powiedział mi, że droga została zbudowana źle i na samym środku zrobiła się gigantyczna dziura, którą trzeba jakoś załatać. Wlało to w moje serce nadzieję, że nie jest tak źle, no bo naprawią i będzie normalnie... Niestety dziura zrobiła się trzy lata temu.
- dlaczego staliśmy dwie godziny na granicy i totalnie nic się nie działo? Tego nawet mój tubylec nie wiedział, po prostu czasami tak bywa.
Podróż z przemytnikami bardzo mi się podobała, nawet granica nie była taka straszna jak mnie straszyli. Samo Balti (czy raczej Bielce, bo to typowo rosyjskie miasto) nie zachwyca. Niby to drugie co do wielkości miasto, ale faktycznie przypomina dużą wieś, nic się nie dzieje, jedynymi rozrywkami są tutaj targ (czynny też w niedzielę) i kwas chlebowy sprzedawany z beczek na ulicach. Faktycznie widać, że to biedny, poradziecki kraj. Piętnaście minut piechotą od centrum kończy się miasto, kończą się drogi, wszystko się kończy... Można za to zobaczyć pola, chaszcze, zawalone domy i zdezelowane samochody. Za to wieczorem "na mieście" lans, jakiego dawno nie widziałam. Naprawdę ładne dziewczyny w naprawdę drogich ciuchach, na pewno nie był to lans bazarowy. I drogie samochody, które jakoś dziwnie i nienaturalnie wyglądają na dziurawych ulicach. Mnóstwo kontrastów. Chyba tak właśnie to sobie wyobrażałam, ale wyobrazić sobie coś a zobaczyć na własne oczy to jednak różnica. Szkoda, że nie mówię po rosyjsku, pewnie miałabym o wiele więcej wrażeń. Ale i tak bardzo mi się podobało, zwłaszcza mołdawskie wino, tanie owoce, no i bryndzyk (ser z lodówki w czekoladzie, Kinder Pingui się chowa). Droga powrotna też dostarczyła mi trochę emocji. W sobotę wieczorem zadzwoniłam do pana kierowcy, zapewnił mnie, że owszem, autobus na pewno w niedzielę rano jedzie. Na miejscu okazało się, że może pojedzie, a może nie pojedzie, zależy ile ludzi się pojawi... Na szczęście się udało! Tym razem jednak nie znalazłam nikogo, kto mówiłby po angielsku, a szkoda, bo i na granicy było ciężej. Co prawda trwało to krótko, ale wszyscy musieliśmy wysiąść i czekać na dworze aż celnicy dokładnie przeszukają autobus. Każdy też musiał swoje bagaże pokazywać, dziwnie było patrzeć na stare kobiety wyciągające ze swoich kraciastych toreb jakieś słoiki, papierosy, ubrania... Oczywiście ja nie musiałam swoich rzeczy pokazywać, jakże wdzięczna jestem losowi za mój paszport UE w kolorze burgundzkiego wina! Faktycznie luksusowo się podróżuje. Wróciłam więc cała i zdrowa do Rumunii, którą teraz chyba jeszcze bardziej doceniam i lubię! No, ale rano do pracy... :)

czwartek, 12 sierpnia 2010

podróżnik samotnik

Miałam jechać do Konstancy, nad morze. Miałam już bilet, wszystko ustalone. Tradycyjnie jednak doszłam do wniosku, że spontaniczne decyzje są dużo lepsze i w ostatniej chwili postanowiłam pojechać sama do Mołdawii. Nawet wczoraj udało mi się ustalić, że z Suczawy do Balti jest bezpośredni autobus. Wszystko wydawało się proste, no ale to jednak Rumunia. Rano na dworcu coś mnie tknęło i postanowiłam jeszcze raz dowiedzieć się, skąd ten autobus dokładnie odjeżdża. Nawet udało mi się znaleźć młodych ludzi z niezłym angielskim. Dowiedzieli się zatem od pani w okienku, że owszem jest taki autobus, ale nie jeździ codziennie, no i dzisiaj niestety przypada ten dzień, w którym autobusu nie ma. Czy jutro będzie, nie wiadomo. Wkurzyłam się zatem i poszłam do domu, po drodze wylewając swoje żale przez telefon. W międzyczasie znajomy Rumun ustalił, że jednak ten autobus dzisiaj będzie, więc jak się pospieszę to może zdążę. Nie zdążyłam... Jutro kolejna szansa, chociaż oczywiście nikt nie zagwarantuje, że piątek jest dniem, w którym można pojechać do Mołdawii. Jak to jest możliwe w ogóle? Ciężko mi to zrozumieć. Siedzę zatem teraz w domu, w perspektywie mam pewnie samotny weekend połączony z rozpamiętywaniem i pytaniami "czemu do cholery nie pojechałam nad morze?". Ech...

czwartek, 5 sierpnia 2010

rumuński dzień

Dzisiaj w ramach dalszych eksperymentów na samej sobie poszłam do rumuńskiego fryzjera. Pani, która się mną zajmowała, mimo wcześniejszych zapewnień, oczywiście nie mówiła po angielsku. W rezultacie z jednej strony mam włosy takiej długości jak chciałam, a z drugiej o połowę krótsze. Wygląda całkiem ładnie i nawet artystycznie z lekka. Zatem mam już rumuńską fryzurę, rumuński telefon, rumuńskich uczniów! Czuję się tu całkiem swojsko. Nawet już trochę udaje mi się mówić po rumuńsku, chociaż na razie same głupoty. W sumie jakoś tak wyszło, że uczę się samych negatywnych rzeczy. Oprócz mojego ulubionego "nie dotykaj mnie" umiem też "nie mów mi", i "nie lubię". Udaje mi się też zapamiętywać dłuższe zdania, najbardziej chyba przydaje mi się "jesteś ironiczny czy po prostu dziwny?". Mam nadzieję, że uda mi się jednak kiedyś nauczyć bardziej życiowych zwrotów.
Dzisiaj mieliśmy przedostatni dzień GROW 1.0. W ramach chyba już pożegnania zrobiliśmy (a raczej oni zrobili) dzień rumuński. Na prawdę się wzruszyłam, bo przecież wcale nie musieli tego robić. Zwłaszcza, że jestem tu jedynym obcokrajowcem, więc to tak w zasadzie ciekawe jest tylko dla mnie, a dla pozostałych 25 osób (Rumunów) zupełnie nie, bo i tak już to wszystko wiedzą. Było bardzo miło, jadłam tradycyjne rumuńskie jedzenie (które wyglądało zupełnie jak gołąbki, hmm), nauczyłam się tańca ludowego i nawet przebrali mnie w regionalne stroje ludowe! Poza tym przenieśli gitarę i śpiewali piosenki, z których nic nie rozumiałam, ale i tak wydawały mi się słodkie. Niechybnie zostanę rumunofilem. Mam już nawet na nadgarstku tasiemkę w narodowych barwach, cudowny prezent!
Tu gdzie teraz mieszkam też powodzi mi się nieźle. Nie dość, że jako jedna z nielicznych w mieście mam ciepłą wodę, to jeszcze się załapuję na darmowe jedzenie. I to nie byle jakie! Dzisiaj np. dostałam świeżo przez panią Manuelę upieczony chleb i jeszcze ciepłe domowe konfitury porzeczkowe! Za dobrze mi tu!
Oczywiście czasem wciąż czuję, że ciężko się porozumieć. Ja coś mówię albo robię, a oni to rozumieją zupełnie na opak. Wygląda to czasami tak:
http://www.youtube.com/watch?v=m1TnzCiUSI0

wtorek, 3 sierpnia 2010

różnice kulturowe dla średniozaawansowanych

Nie jest łatwo. Rzeczy, które w Polsce wydają się całkiem oczywiste, tu są zupełnie nieoczywiste. Pozornie niewinne gesty okazują się pełne znaczeń, które rozumieją wszyscy poza mną. Jak żyć mam w tym rumuńskim gąszczu niejasności, ja się pytam? Zasadniczo chodzi o coś więcej niż ilość spożywanego mięsa czy rozmieszczenie przystanków. Tu się po prostu myśli inaczej.

Staram się przyzwyczajać i nawet przejmować co nieco z ich kultury i zwyczajów. Przeprowadzam nawet mały eksperyment na sobie: za każdym razem jak z kimś rozmawiam, muszę go dotknąć przynajmniej raz. Oczywiście w ogóle nie wychodzi mi to naturalnie, bardziej w stylu "zły dotyk boli przez całe życie". Pomyślałam zatem, że skoro nie umiem na poważnie, to spróbuję bardziej na wesoło (w końcu jeden z uczniów w ankiecie napisał mi, że powinnam być bardziej wyluzowana). Postanowiłam więc pokazać im tzw. gejny uścisk dłoni. Przy przywitaniu trzeba palcem wskazującym kilka razy przesunąć po dłoni drugiej osoby, nic wielkiego. W Polsce czasem tak robię dla zabawy. Reakcja zawsze jest podobna: "Fuj! Ochyda! Ależ to gejne!" itp. Rumuni reagowali entuzjastycznie, więc w pełni radości (i nieświadomości, jak się później okazało) uskuteczniałam ten "żart" cały wczorajszy wieczór, a nawet dzisiejszy poranek. W końcu ktoś się zlitował nade mną i oświecił mnie, że w Rumunii taki gest znaczy ni mniej ni więcej tylko... "chcę z tobą pójść do łóżka". No na litość! Tego się nie spodziewałam, absolutnie! Teraz już chyba w ogóle przestanę ich dotykać, jak tak to ma wyglądać, hmm. Wujku Google, przetłumacz to dobrze: gejny uścisk dłoni nic nie znaczy ;)

Poza tym Suceava kolejny raz ujawniła przede mną jakąś ciekawostkę. Okazuje się, że bardzo dobrze, że się przeprowadziłam, bo w przeciwnym razie przez miesiąc nie miałabym ciepłej wody. Całe miasto zostało jej pozbawione z powodu remontu (jak to możliwe w ogóle?!). Na szczęście tam gdzie teraz mieszkam jest jakieś alternatywne urządzenie do ogrzewania, chociaż kiedy się je włącza to również kaloryfery robią się ciepłe, no ale coś za coś. Z resztą podobno i tak lato 2010 nie jest takie najgorsze, czasem ciepłej wody nie ma nawet 4 miesiące. No ale co poradzić, remont to remont!

poniedziałek, 2 sierpnia 2010

Aktywnie

Rumuni moi kochani czytają tego bloga tłumacząc go z pomocą gugla, jestem wzruszona do głębi! Niestety przez to muszę uważać co o nich piszę! Na szczęście jak na razie same pozytywne doświadczenia z nimi związane posiadam, więc chyba nie ma problemu. Czekam aż z pomocą gugla zaczną mi po polsku pisać komentarze :)

Weekend minął szalenie aktywnie. W sobotę do Suceavy przyjechali ludzie z AIESEC Iasi: chłopak z Porto Rico i dziewczyny z Tajwanu i Hongkogu. W połączeniu ze mną i Rumunami powstała całkiem sympatyczna mieszanka. Zwiedziliśmy więc miasto (wreszcie mi się udało).Widzieliśmy oczywiście ogromny pomnik Stefana Wielkiego, który jest tutaj chyba największym bohaterem narodowym. Dziwne, że wciąż o nim pamiętają, mimo iż zmarł na początku XVI wieku. Zdecydowanie Rumunom brakuje pozytywnych postaci w najnowszej historii.
W sobotę odwiedziliśmy też skansen w którym można obejrzeć oryginalne domy, w których dawniej mieszkali Rumunii. W jednym nawet pokazano jak wyglądają obrzędy pogrzebowe, co mnie osobiście nie zachwyciło. Później zwiedzaliśmy kościół, a oprowadzała nas po nim żona księdza. Wciąż nie mogę się do tego przyzwyczaić. Wieczorem pojechaliśmy do pobliskiej wioski, gdzie spędziliśmy noc opowiadając upiorne historie. Jednak po angielsku to nie jest to samo, zwłaszcza jak jest łamany i z chińskim akcentem, to wtedy trudno jakoś się porozumieć. Korzystając z okazji zrobiliśmy mały eksperyment: przez minutę każdy z nas mówił w swoim własnym języku. Całkiem inspirujące to było, ale choćbym nie wiem jak się starała nie rozróżniam mandaryńskiego od tradycyjnego dialektu używanego na Tajwanie! Tak czy inaczej to było bardzo ciekawe doświadczenie międzykulturowe. Chyba trochę przygotowało mnie na to, co stało się dzisiaj podczas sesji GROW. Mieliśmy rozmawiać o kulturze rumuńskiej i o wartościach w naszym życiu. Dyskusja zeszła na sytuację Węgrów w Rumunii. Zadziwia mnie skąd w tych dzieciakach tyle złości i agresji kiedy o tym mówią. Miałam wrażenie, że za chwilę ktoś powie: "zbudujmy im getto"! Bardzo mnie zaskoczył dzisiejszy dzień. Chyba nie zdawałam sobie sprawy, że to jest aż tak poważny problem dla nich, zwłaszcza dla młodych którzy za pewne nie znają żadnych węgierskich Rumunów. Pytali mnie też o polskie doświadczenia z mniejszościami. I co ja niby miałam powiedzieć?? "Tęsknię za Tobą Żydzie"?? Ciężko te polskie doświadczenia przenieść tutaj tak, żeby były dla nich jasne. Mało wiedzą o historii, a jeszcze dzisiaj powiedzieli że ich generacja z moją się nie porozumie... Czuję się staro! Chyba czas to w sobie zaakceptować :)