czwartek, 26 maja 2011

pożegnania i ostateczny czwartek

Cały tydzień uskuteczniam pożegnania. Smutne to! Dzisiaj mam ostateczną imprezę pożegnalną, mamy zamiar ją przeprowadzić w polskim stylu więc może być ciężko! A w niedzielę powrót...
W sumie cieszę się. Wreszcie będę mogła z moimi starymi ziomami się spotkać i rzucać tradycyjne polskie suchary i każdy zrozumie. Chociaż w sumie przyjaźnienie się z obcokrajowcami ma swój urok, zwłaszcza jeśli nie mówią za bardzo po angielsku (albo mówią z francuskim akcentem, aaa). Czasami to bywa rozczulające:
Kaś: We can't go to my flat. Last time you said you didn't like the dust on my floor.
Chłopiec: No, it's impossible! I didn't say that!
Kaś: Why so sure?
Chłopiec: I don't know the word "dust"
Kaś: ...

Będę za tymi głupkami tęsknić, nie ma co. Zwłaszcza, że życie tutaj było w sumie beztroskie, a w Polsce czeka mnie starcie z administracją mojego kochanego uniwerku. Pewnie z tej walki wyjdę zwycięsko, ale i tak czuję, że będzie mnie z różnych powodów kusić, żeby znowu gdzieś wyjechać. Wtedy założę nowego bloga, będzie się nazywał kasiaw... Ha! Ja już chyba wiem gdzie :)

Tak czy inaczej, będzie dobrze. Wszędzie można poznać fajnych ludzi, nawet stojąc samotnie w kolejce do meczetu w Istambule :]

niedziela, 15 maja 2011

ostatki


Powoli szykuję się do powrotu i robię wiele rzeczy po raz ostatni. Robienie rzeczy po raz pierwszy, jakkolwiek bywa stresujące, jest w sumie bardziej radosne. Ostatki trochę napawają smutkiem, chociaż nie powiem, cieszę się, że jedzenie szoarmy na starym mieście w niedzielę o 8 rano zdarzyło mi się po raz ostatni :) A tak serio to naprawdę uważam, że to dobre, że niektóre rzeczy mają jasno określony koniec. Wtedy można maksymalnie wykorzystywać czas zamiast trwać w złudnym poczuciu trwałości i przekonaniu, że "jeszcze zdążę". Niemniej jednak jeśli chodzi o relacje z innymi, to działa to raczej średnio. Przykro mi, że wyjeżdżając będę musiała pewnych ludzi opuścić. Nawet jeśli znajomości się całkowicie nie rozpadną to zmieni się ich charakter i to nie będzie to samo. Cóż, przynajmniej odzyskam realny kontakt z moimi ukochanymi Polakami.
Tak czy inaczej, Rumunia na koniec chyba trochę stara się zmniejszyć dramatyzm naszego rozstania i pokazuje swoją drugą, mniej przyjemną twarz. Widziałam zatem zboczeńca za dnia w centrum miasta i zostałam oszukana przez taksówkarza. Poza tym Rumuni ujawnili, że też są ksenofobiczni i mają jakieś rasistowskie zapędy. Ostatnio wybrałam się na rowerową przejażdżkę po parku. Sobota, piękna pogoda zatem i dużo ludzi. Był ze mną Tim. Tim jest Tatarem. Widać to po nim. Od czasu do czasu mijały nas grupki młodych dresów, którzy wykrzykiwali hasła, które nawet nasza podstawowa znajomość rumuńskiego pozwalała zakwalifikować jako obelżywe. Może dresy by mnie nie zdziwiły, ale całkiem normalnie wyglądający trzydziestolatkowie albo starsze małżeństwa też wyrażały głośne zdziwienie, że oto w samym sercu Bukaresztu rowerem jedzie "Chińczyk". Smutne to i zastanawiające. Przecież Rumuni też wyjeżdżają, choćby do pracy do Włoch, i większość z nich wie z własnego doświadczenia albo z opowieści znajomych jak to jest być traktowanym gorzej albo inaczej tylko dlatego, że się pochodzi z takiego a nie innego kraju. Umówmy się, Rumuni nie cieszą się dobrą opinią chyba nigdzie. Szkoda, że tak to działa. Upokarzają nas, upokórzmy i my! Stereotypy są głupie. Wiem, że psychologicznie rzecz biorąc niby potrzebne, ale głupie. Ze swoimi walczę, wychodzi różnie, ale generalnie dziwię się, jak rok temu mogłam rozpowszechniać ten durny kawał o łabędziach. A Tim ma serio tutaj ciężko. Nie dość, że musi wysłuchiwać na mieście, że jest Chińczykiem, to jeszcze na egzaminie kazano mu analizować typ przywództwa politycznego jaki reprezentuje... Donald Tusk :]


[Jakby ktoś jeszcze nie znał tego kawału, to służę: "Dlaczego w Rumunii nie ma łabędzi? Bo Rumuni szybciej podpływają do chleba". Niniejszym oświadczam, że nie jest to prawda i zgodnie z ze złotą zasadą "pics or it didn't happen" załączam słit focię rumuńskich łabędzi. Enjoy!]





poniedziałek, 18 kwietnia 2011

wto i inne schematy

Coś jest źle, coś trzeba zmienić. Pewnie to przez to, że czas spędzam ostatnio na pisaniu magisterki (a raczej próbach mobilizacji, żeby wreszcie zacząć jakoś konkretniej), a może przez to, że mnie dopada kryzys końca studiów, w każdym razie coś muszę zmienić bo zwariuję. Potrzebuję ludzi i to na żywo, bo nawet najbardziej pasjonujące wałkowanie tych samych co zawsze tematów z kochaną Anią przez internet mi ostatnio nie wystarcza. Chociaż w sumie mieszanka szalonych Erasmusów, Rumunów i samotnego zażywania kultury w ostatni weekend się sprawdziła, hmm. Tak czy inaczej, coś trzeba zmienić, chyba brakuje mi wyzwań i znowu mnie nosi. Pewnie następny blog będzie się nazywał "Kasia na Mauritiusie", albo w Budapeszcie, albo...we Wrocławiu? :) Może dobrze, że ta Hiszpania mi się na święta trafiła, powrócę trochę do korzeni i do tej pierwszej w miarę szalonej podróży po której mi się udało uwierzyć, że mogę wszystko. I sobie przemyślę różne rzeczy. I pewność siebie mi wróci i energia, taki jest plan! Może też świeże spojrzenie na magisterkę uzyskam, bo dzisiaj przez dłuższą chwilę nie mogłam uwierzyć, że czytam naukowy artykuł o... inwazji WTO na Czechosłowację. Tak, nie łatwo uwolnić się od utartych i mojego (post?)nowoczesnego i zachodniego myślenia, które nie przyjmuje, że WTO to nie koniecznie zawsze znaczyło World Trade Organization, ale np. Warsaw Treaty Organization :] może właśnie trzeba mi trochę porzucić moje schematy i poszukać nowych, mniej oczywistych znaczeń? Hiszpanio, nadchodzę zatem!

niedziela, 17 kwietnia 2011

zbrodnie i klimaty świąteczne


Czytanie Mrożka zawsze pozostawia mnie niespokojną a już czytanie Mrożka w nieodpowiedniej fazie cyklu wpływa na mnie fatalnie (tak, moje życie w dużym stopniu zdeterminowane jest przez biologię i odkąd to sobie uświadomiłam jest mi łatwiej). Generalnie zatem się naczytałam i sama mam ochotę się zamknąć w więzieniu albo urządzić polowanie na łazienkowego tygrysa. Ewentualnie kogoś skrzywdzić. Głupio mi, że blog się staje kanałem narzekania ale nie mogę nic poradzić. Chyba znów za długo siedzę w Rumunlandii i potrzebuję powrotu do jakiegoś mniej chaotycznego miejsca (Cypr nie pomógł mi w tej kwestii). Chaos chaos chaos. Wieczne "imediat" i brak szacunku dla cudzego czasu (jeśli hydraulik umówił się na 15 to przyjdzie albo o 14 albo o 17, nigdy nie wiesz). Dwa tygodnie milczenia i nudy a potem nagle telefon i "zrób to natychmiast", zero organizacji. Oczywiście kulturalnie i taktownie odmówiłam (szanujmy się!), ale do dupy z taką asertywnością jak potem mam dwa dni wyrzuty sumienia. Trzeba popracować nad tym. Tak samo jak nad wyrażaniem swojego niezadowolenia w kwestii brudu mieszkaniowego. Ostentacyjne niesprzątanie po nie moich imprezach nie pomaga. Co gorsza, ofiarą mojej cichej walki padł mój biedny kolega, któremu podczas odwiedzin komórka przylepiła się do kuchennego stołu. W ramach powstrzymywania się przed wybuchem i totalnym załamaniem pozostało mi jedynie opuścić Wyspę Bogactwa i oddać się niedzielnym refleksjom przedświątecznym. Jestem w szoku, ale brakuje mi nawet tych okropnych sztucznych palm, bo tutaj się do tego wagi nie przywiązuje zupełnie. W ogóle jakoś dziwnie tu chyba przeżywają te święta. W Najlepszym z Supermarketów widziałam dzisiaj wielkanocną promocję: klimatyzator za jedyne 979 lei. W sumie nic szokującego, gdyby nie fakt, że reklamowali go hasłem "upewnij się, że jesteś w 100% przygotowany do Wielkanocy". Gdzie tu sens, gdzie logika? Chodzi o to, że jeśli nie ma duchowego klimatu, to chociaż klima? Nieżyciowo. Chociaż w sumie nie wiem czy mogę komentować, niby post a ja mam ochotę kogoś ukatrupić. Niestety na razie ukatrupiam tylko magisterkę uparcie jej nie pisząc :/

piątek, 15 kwietnia 2011

hipsterstwo.ro

Według wersji, którą się samo oszukuję wybrałam się na koncert, bo przecież nie mogę nieustannie pisać magisterki, zwłaszcza w piątkowy wieczór. A tak serio to chyba tylko kolejny etap prokrastynacji. Tak czy inaczej, postanowiłam że pójdę. Wcześniej oczywiście starałam się pomysł rozpropagować wśród moich Erasmusów głosząc że loco star rządzi, tudzież że nawet im załatwię darmowe bilety. Nie pomogło. Dziwię się, bo co czwartek w coraz to bardziej podłych klubach na popijawach do rana są tłumy. A jak koncert albo film to nikomu się nie chce. Kultura przegrywa z piciem, ech. Udało mi się jednak namówić dwóch kolegów, ale jako że to typy południowe to od razu zapowiedzieli, że jeśli przyjdą to późno. Zatem udałam się sama do mojego kochanego klubu Control, tej mekki hipsterstwa bukareszteńskiego. Trochę się bałam, bo wiadomo, samotna dziewczyna przy barze w piątek wieczór, może być różnie. Miłość do muzyki na żywo jednak zwyciężyła i poszłam, nastawiając się, że pewnie będę podrywana przez hipsterów ale przeżyję, zawsze to jakieś ciekawe doznanie i do tego zgodne z zasadą, że lepiej jak się coś dzieje niż jak nic się nie dzieje. Rzeczywistość jednak mnie przerosła. Przypadek 1: umiarkowany hipster. Na oko mniej więcej czterdziestoletni. Rosjanin. Chciał ze mną rozmawiać o Smoleńsku a kiedy zobaczył, że jakoś nie przejawiam entuzjazmu stwierdził, że "z Polakami to zawsze ciężko nawiązuje się relacje". Przypadek 2: prawdziwy hipster. Towarzyszyły mu opary trawy. Usłyszawszy, że jestem z Polski zaczął do mnie mówić jakimś łamanym czeskim, bo niby kiedyś mieszkał w Pradze a przecież "wszystkie słowiańskie języki to to samo". Potem przerzucił się na włoski, bo uznał, że skoro papież był Polakiem to chyba jakieś podstawy włoskiego każdy u nas zna. Wiadomo :)
Zasadniczo moi południowcy w końcu nie przyszli, więc bawiłam się w trochę sama a trochę z pracownikiem Poważnej Instytucji. Myślałam, że gorzej to zniosę, ale nie! Muzyka na żywo jednak mi rekompensuje wszystko. Nawet nie przeszkadzało mi, że tak mało ludzi znowu (coś chyba nie tak z marketingiem mojego kochanego klubu, ech) i że pod sceną szalał koleś, który wyglądał jakby miał atak epilepsji i podchodził do ludzi mówiąc "źle machasz głową, przestań bo mnie to drażni". Do mnie nie podszedł, ale wiadomo, ja nie mam podzielnej uwagi i nie potrafię robić kilku rzeczy naraz, więc jak myślę to nie jem a jak słucham to się nie bujam za bardzo. Wyglądam na sztywniaka chyba ;] Mimo wszystko cieszę się, że poszłam. Chyba we Wrocławiu mnie wiele dobrych imprez ominęło tylko dlatego, że nie chciałam chodzić sama. Ostatecznie bycie podrywaną przez dziwnych ludzi to nie jest taka straszna rzecz. Chociaż jutro idę sama na festiwal filmowy, zobaczymy :]

środa, 13 kwietnia 2011

epizod cypryjski


Podróż nie może się odbyć bez stresu, to wiadomo nie od dziś. Moja wyprawa na Cypr (nie będzie nazywany więcej Ciepłą Wyspą, było zimno, protestuję!) też była dosyć stresująca. Na szczęście wszystkie nieprzyjemności spotkały mnie na samym początku, potem było już tylko cudownie. W sumie po tak dramatycznym początku nie mogło być inaczej.
Wstałam za późno, to nigdy nie wróży dobrze. Pełna nadziei udałam się jednak na Piata Victoriei, skąd miałam odjechać na lotnisko. Nawet bilet kupiłam specjalny. 20 minut, 30... autobusu nie ma, rzadko się to zdarza w Rumunii ale jednak. Głupio byłoby przegapić samolot, więc postanowiłam złapać taksówkę. Pierwsza, która się zatrzymała na drzwiach miała wypisane magiczne "3,50 za kilometr". Normalnie staram się nie być burżujem i jeżdżę tylko takimi, które kosztują 1,39/km. Moja wada wzroku daje jednak o sobie znać czasami więc postanowiłam, że przyjrzę się bliżej temu fascynującemu zjawisku. I faktycznie, 3,50. Szkoda tylko, że kierowca chyba się zniecierpliwił tym moim przyglądaniem i chcąc pomóc mi podjąć decyzję otworzył drzwi trafiając mnie prosto w twarz. No i oczywiście: krzyki, krew, łzy. Afera. W końcu wsiadłam bo po pierwsze głupio tak się wykrwawiać na ulicy, a po drugie jak trzeba by było do szpitala to taksówką jednak łatwiej :) Na szczęście jakoś się udało i skończyło się na lekko rozkwaszonym nosie i bolących zębach. Potem koczowanie na Baneasie, uroczo chaotycznym lotnisku i wieczorem powitałam Larnakę z bólem głowy oraz ogólnie nie najlepszym nastrojem. Na lotnisku miejscu musiałam trochę czekać, pojawiły się pewne problemy logistyczne, co mi uświadomiło, że nie mam planu awaryjnego. (Nowa złota zasada: zawsze podróżuj z planem awaryjnym). Na miejscu jedyne co udało mi się wymyślić to ewentualne zwrócenie się o pomoc do koczującego tam żołnierza Bundeswehry... Na szczęście nie było potrzeby, chociaż pewnie byłoby to ciekawe :]

Sam Cypr jest piękny. Morze, góry, żołnierze i północna, turecka część wyspy nie uznawana przez społeczność międzynarodową. Miałam więc ładne krajobrazy, najlepszego przewodnika, dobre jedzenie i ciekawostki politologiczne. Najcudowniej! Co prawda wiało przeokropnie i nici z plażowania, ale tak czy inaczej sobie odpoczęłam i wróciłam cała szczęśliwa! Teraz przez kilka dni czeka mnie "magisterka party", no i pewnie trochę kultury (na Cyprze z tym jednak bieda), a potem kolejna podróż, tym razem sobie lepiej zaplanuję :)

czwartek, 7 kwietnia 2011

Emigracja jednak ma na mnie wpływ, nie da się tego ukryć. Dużo rzeczy teraz robię sama, nieraz nie jest łatwo ale udaje się i okazuje się, że jednak mogę! Chyba polubiłam to aż za bardzo. Coś, co kiedyś było „marginesem swobody” w związkach i kontaktach z ludźmi teraz stało się jakąś patologiczną potrzebą niezależności. Niedobrze. Dobrze jest umieć radzić sobie samemu ale zauważyłam, że u mnie to prowadzi niemalże do katastrof, a już na pewno do dziwnych i niepotrzebnie stresujących sytuacji.

Przykład 1: Dostaję wiadomość o treści „W sobotę jedziemy nad morze, szykuj się:) ”. Prawidłowa reakcja: cieszę się, szykuję kostium i sprawdzam czy pogoda na Słonecznej Wyspie będzie aby na pewno idealna. Moja reakcja: Nie wiedzieć czemu upatruję tu „zamachu na moją niezależność”, ciśnienie mi skacze (bo jak można mi tak oznajmiać? Bez pytania?) i prawie strzelam focha dekady. Źle. Na szczęście w porę zawróciłam z tej drogi i jest dobrze.

Przykład 2: Służbowy wypad na rumuńską pocztę J Za kierownicą pracownik Poważnej Instytucji. Sama nie cierpię „back-seat driverów” (niedługo miną 4 lata odkąd po usłyszeniu „spoko, masz dużo miejsca” prawie się (i kilki innych osób, pozdro Mamo :D) nie zabiłam). Zatem sposobu jazdy ani żadnych sytuacji drogowych nie komentuję. I nagle skrzyżowanie, czerwone światło jak nic. Jedziemy, jedziemy (myślę sobie, no przecież widzi, halo), jedziemy… i nagle stoimy na środku skrzyżowania i nadjeżdża tramwaj. Super. Dodatkowo wszyscy wyczilowani, padło tylko coś w stylu „O! Czerowne? ;) Gorsze rzeczy się zdarzają w życiu” :D W sumie prawda, bo i nic się nie stało na dobrą sprawę. Niemniej jednak wprowadzę chyba złotą zasadę: „Pozwól ludziom popełniać błędy dopóki to nie stwarza zagrożenia dla życia”…

Ogólnie to chyba te rozmyślania przez stresy uczelniane, bo to już ostatnie podrygi, a problemy ciągle jakieś są, i to wcale nie naukowe a organizacyjne. Ważne Podanie podpisał koordynator, dyrektor ds. studenckich, jeden dziekan i Książe sam nawet (zwany też nie wiedzieć czemu dyrektorem instytutu). Niestety drugi dziekan nie podpisał. Co to znaczy? Nie wiadomo. Ogólnie burdel na kółkach, ale oczywiście można sobie porozprawiać o orderach zamiast o studentach myśleć: http://wroclaw.gazeta.pl/wroclaw/1,35771,9390238,Tajne_zycie_uniwersytetu__czyli_komu_naleza_sie_ordery.html

Przynajmniej promotor napisał do mnie, cyt. „Pierwszy rozdział otrzymałem”, co na moje oko sugeruje, że otrzymać to i owszem ale czytać niekoniecznie. Ale podobają mu się pomysły na drugi rozdział, co mnie cieszy :]

W sumie to nieważne, bo już jutro czeka na mnie Wyspa, ha!

poniedziałek, 4 kwietnia 2011

post zarozumialca

Moje dobre postanowienia wprowadzam w życie z różnym skutkiem. Najlepiej chyba wychodzi to o niepiciu alkoholu. Jest całkiem zabawnie i jakoś wcale mnie to nie boli, a korzyści są wielkie, zwłaszcza dla wątroby. Zdziwiona jestem natomiast, że różnica jeśli chodzi o koszta nie jest taka wielka. Takie czasy, że wódka z colą tańsza jest w barze niż cola, hmm.
Postanowienie drugie, czyli zdrowszy tryb życia też nawet jakoś wdrażam. Chyba nie tylko ja, o czym świadczy nieustanny zapach ryb u nas w domu, bo to przecież zdrowe. Najnowszym hitem jest zupa z pokrzyw i makreli, bardzo ciekawi mnie czy wyjdzie i czy nie wprowadzimy w życie biblijnego "zjemy i pomrzemy". Raz kozie śmierć, przynajmniej nie będzie to śmierć po kurczaku KFC. Poza tym biegam, co prawda do parku jechać muszę trzy przystanki metrem ale i tak bardzo mi się podoba. Park jest przepiękny i gigantyczny, a jezioro dookoła którego biegam wydaje się być wielkości co najmniej Jeziora Mamry :] Generalnie czuć wiosnę!
Poza tym, uwaga uwaga, skończyłam pierwszy rozdział wiekopomnego dzieła, czyli mojej niesamowitej pracy magisterskiej, poświęconej problematyce jakże zajmującej! Rozdział liczy sobie całe 21 stron i jestem z niego tak dumna, że teraz chyba przez tydzień nie będę robić nic, bo tak, zasłużyłam :] Nie, tak dobrze to chyba nie będzie, chyba jednak się zastanowię nad rozdziałem drugim, a co! Tak czy inaczej, w weekend wreszcie czeka mnie wycieczka na Ciepłą Wyspę, mam nadzieję, że tam trochę słońca i dobrej energii zażyję.
Poza tym to moja przygoda z Poważną Instytucją dobiega końca nadspodziewanie wcześnie. I mimo iż wiedziałam, że może tak być to i tak byłam w szoku, że to już. Jednak, żeby nie zwariować, znalazłam sobie nowe zajęcie. Co prawda to tylko wolontariat, ale naprawdę fajny, nie jakiś tam czaso-zapychacz. I nie powiem, jestem z siebie dumna, bo we wtorek się okazało że już niedługo nastąpi mój koniec w Poważnej Instytucji a już w czwartek wiadomo było, że coś się zadzieje w Rozwojowym NGO! Wychodzi na to, że w Rumunii mam więcej znajomości i siły przebicia niż w Polsce, jestem w szoku :] Jakoś tutaj wszystko mi się dobrze układa, nawet ostatnio poszłam na sztukę po rumuńsku i zrozumiałam, ha! Na dodatek przeżywam teraz fascynację młodym rumuńskim aktorem, który w Emigrantach Mrożka śpiewał "komu dzwonią temu dzwonią" po polsku... Absolutnie wspaniałe! Jeśli miałabym zostać czyjąś psychofanką, to zdecydowanie byłby to Silvian Valcu :]

Ogólnie tak sobie czytam to co tutaj po nocy wypisuję i dochodzę do wniosku, że jakoś przebija z tego zbytni zachwyt nad samą sobą, ha! Że takam niby zajebista, bo magisterkę piszę, żyję zdrowo i jeszcze po rumuńsku rozumiem! Nie jest tak różowo, o nie. Na imprezach mi ciężko, bo ostatnio mam fazę na szpilki (w których mam ok 182 cm wzrostu) i żaden facet nie podejdzie, wszyscy niżsi :) Poza tym przez to pisanie magisterki przeżywałam katusze, bo tu w mieszkaniu impreza a ja siedzę w mej norze i piszę, piszę, piszę... Eee nie. Problemy z dupy. Jest zajebiście :D

poniedziałek, 21 marca 2011

dyktatura żółtych karteczek

Czy istnieje coś takiego, jak wiosenne przesilenie? Bo chyba mam. Jakoś tak mi ostatnio zrobiło się depresyjnie. Tym razem to jednak nie przez wrodzoną skłonność do melancholii (ładne słowo na "zamulanie"), ale raczej przez przygody z UWr. Naprawdę mam już dość tego, że "nie wiadomo", że "jutro proszę zadzwonić" i tego, że mój dziekan nie dość, że nic nie ogarnia to jeszcze nawet do pracy nie przychodzi. A ja bym chciała wiedzieć, na jak długo tu zostanę i co mam w ogóle ze sobą zrobić. Chociaż przyznaję, zwalanie na Tadka-Dziekana winy za to, że za bardzo nie mam pomysłu na siebie jest dziecinne i słabe. Dodatkowo do spadku humoru przyczyniła się prokrastynacja i ciągłe odkładanie pisania magisterki. Bo przecież dzień się dzieli na dwie części: 1. za wcześnie, żeby coś zrobić i 2. za późno, żeby coś zrobić. Jednakże, jako że dzisiaj pierwszy dzień wiosny postanowiłam się wziąć za robotę. Dobrze, że moja współlokatorka boryka się z podobnymi problemami, możemy się nawzajem wspierać. Zatem dzisiaj na naszej lodówce zagościły dwa kalendarze motywacyjne. Na jednym odznaczamy dni, w których nie pijemy alkoholu (te, w których chodzimy na imprezy zaznaczamy na czerwono, bo to większe wyzwanie), a na drugim zaznaczamy dni, w które piszemy magisterkę. Dzisiaj był dzień pierwszy. 3 godziny bez przerwy, super super super! Jeśli się już zacznie, to nie jest takie straszne. Chociaż miałam naprawdę sporą pokusę, żeby to odwlec znowu i gdzieś wyjść, no ale nie. Chodzę gdzieś przecież nieustannie od zeszłego wtorku, jak na mnie to bardzo dziwne, więc sobie trochę daje spokój. Teraz ja i magisterka. Tak w ogóle to system motywacji na lodówce bardzo mi się podoba. Postanowiłam sobie dużo rzeczy i w myślach cały czas widzę małe żółte karteczki, które mówią do mnie dobre rzeczy np. "jem śniadania", "chodzę wcześniej spać", a nawet "podlewam kwiatki" :) Może to się uda, chociaż niektóre się ze sobą kłócą, np. "spędzaj czas z ludźmi" i "pisz magisterkę". Zobaczymy, jak czy to się uda. Dzisiaj było dobrze, bo robiłam coś konstruktywnego. No i nie jadłam po 20, chociaż mnie kusi. Jutro chyba faktycznie wieczorem zakleimy lodówkę, żeby motywacja była jeszcze większa. Ciekawe, co powie na to nasza trzecia współlokatorka, coś czuję, że jej się ta przymusowa dieta nie spodoba ;)

sobota, 19 marca 2011

samobiczowanie.fr

Bycie olaną z powodu wiadomości na fejsie (zwłaszcza kiedy chodziło o nie o treść, ale o sam fakt jej wysłania) nie jest miłe. Nie strąciło mnie w otchłań cierpienia, o nie. Wjechało jednak trochę na ambicję. Jeszcze na koniec usłyszałam, że w Bukareszcie jest wielu Francuzów, na pewno sobie kogoś znajdę. Tylko czy ja w ogóle lubię Francuzów? Francja to jedno z tych miejsc w Europie, do których nigdy mnie nie ciągnęło, bo to wiadomo - sekularyzacja, emigranci i w ogóle zgniły zachód. Poza tym nawet jak Francuzi mówią po angielsku to i tak ciężko ich zrozumieć i potem się trzeba np. zastanawiać czy ten chłop mówi "I am hungry" czy "I am angry". I nie wiadomo. Chociaż w sumie tych kliku Francuzów których poznałam to całkiem sympatyczni ludzie. Może oprócz 30letniego zboczeńca i 20letniego dupka. W każdym razie, idąc za radą dzieciaka wyruszyłam na poszukiwania i tak trafiłam na koncert piosenki francuskiej. Niestety, jak tylko tam usiadłam zaczęłam się zastanawiać, skąd we mnie takie tendencje do samobiczowania? Smutni francuscy chłopcy śpiewający smutne francuskie piosenki, uroczo. Chociaż muzyka naprawdę dobra, szkoda tylko, że nic nie zrozumiałam, a kiedy raz poprosiłam koleżankę o przetłumaczenie (nieustannie mnie zadziwia, że wszyscy dosłownie Rumuni znają francuski), to się okazało, że smutny francuski chłopiec śpiewa o tym, że chciałby zjeść żonę Baracka Obamy. Zrozum tu Francuzów :]

piątek, 18 marca 2011

lokalne żarty

Mój rumuński ewoluuje. Jest coraz lepiej i jestem z tego dumna! Co prawda wciąż łatwiej jest mi pisać niż mówić (ach, mój przyjaciel google translator), ale i tak postępy są znaczne. Wczoraj odniosłam niebywały sukces na tym polu. Byłam w kinie i udało mi się zrozumieć żart, który rzucił ktoś z widowni! Mój pierwszy rumuński żart! Chwila godna zapamiętania, zaiste. Szkoda tylko, że żart był wybitnie rasistowski. W filmie "The adjustment bureau" Mat Deamon mówi do jedynego dobrego "agenta": "Pomagasz mi, jesteś inni niż oni wszyscy. Dlaczego?" Na co ktoś z sali powiedział "Bo jestem czarny". Hmm. Dobra, śmiałam się. Wiem wiem, zło. Ale nic nie poradzę. Uznajmy, że to radość z Pierwszego Żartu Rumuńskiego. Teraz tylko czekam, kiedy mnie uda się zażartować po rumuńsku po raz pierwszy, to dopiero będzie wspaniałe! Chociaż jak znam życie, to będzie jakiś suchar. Cóż, taki mój urok, nieśmieszne żarty to moja specjalność.

Praktyka w Poważnej Instytucji układa się ostatnio dobrze, cieszy mnie to bardzo. Tylko tak się zastanawiam, po co mi były te studia. Instytucja jest było nie było "politologiczna", więc wydawałoby się, że wykorzystam coś (cokolwiek!) z tego, czego uczyłam się na studiach. Gdzie tam! Zajmuję się kosmicznymi rzeczami. Ostatnio przekonałam się, że przeszukując Internet w poszukiwaniu mądrych rzeczy związanych z kablami, mikserami i wzmaczniaczami znalazłam internetowy sklep z artykułami drobiarskimi. Czasami nie pojmuję, jak działa google. Mikser do kur? Kura-rura? Zło. W każdym razie zastanawiam się, po co było się tyle uczyć o Grupie Bojowej Lotniskowca, zapamiętywać, ze Hitler zremilitaryzował Nadrenię w sobotę i że wg ostatniego spisu powszechnego w Polsce żyje 43 Karaimów. Nie, nie mówię, że politologia jest bez sensu. Nie żałuję. Nauczyłam się myśleć bardziej samodzielnie i bronić swojego zdania, to jest ważne. Szkoda tylko, że uczelnia nie chce pomagać studentom na 4 czy 5 roku, którzy swego czasu nauczyli się wszystkich tych niezbędnych teorii, a teraz chcą zacząć pracować jak ludzie i uczyć się czegoś konkretnego. Ja wiem, wpisuję się w ten ostatnio popularny trend pt. "skrytykuj IP UWr, a jak cię poniesie to i cały system", no ale coś w tym jest. Już chcę skończyć te studia, bo to jest żal. Chociaż jak tak sobie myślę, to ja i UWr to taka "trudna miłość". Narzekam i krytykuję, ale chyba bym na nic nie zamieniła :] A swoją drogą na trzecim roku zdałam jeden z najtrudniejszych egzaminów na studiach opowiadając o protestach w Wielkiej Brytanii, w których posługiwano się hasłem "Rumuni do Rumunii". Nie wiem czemu, strasznie mnie to bawiło (może dlatego, że przeczytałam o tym w "Fakcie" zaraz obok artykułu o tym, że "Renata Beger na naszych łamach zje krem do twarzy"), no ale egzamin zdałam, a półtora roku później sama pojechałam do Rumunii. Może to proroctwo jakieś rodem z "Faktu" :]

A tak poza tym to do mojej "męskiej galerii osobliwości" niniejszym dodaję typa, który powiedział, że nie będziemy gadać więcej, bo wysłałam mu wiadomość na fejsbuku i "to się robi zbyt poważne". Eeee, LOL?

poniedziałek, 14 marca 2011

hunger train

Po cudownym weekendzie znów jestem w Bukareszcie. Suczawa jak zawsze dała mi dużo dobrej energii, naprawdę świetnie się tam czuję. Ludzie, których znam z Suczawy są zupełnie inni niż Erasmusi z Bukaresztu. W Suczawie jest zwyczajne życie, wszyscy studiują, pracują, mają rodziny i normalne związki. Nie to co jedna wielka szalona międzynarodowa impreza w stolycy. W każdym razie w Suczawie podoba mi się tak bardzo, a ludzie są tak cudowni, że mogę iść nawet na imprezę trance (i pomyśleć, że kiedyś byłam nastoletnim prawie metalem) tylko po to, żeby wspierać ulubionego didżeja. Co więcej, dobrze się bawiłam, mimo iż tradycyjnie usłyszałam, że pewne procesy biologiczne już zaczęły się dziać w moim organizmie i zasadniczo to już czas na męża :) Taka gadka na imprezie, dziwna sprawa. Ogólnie było jednak super. Cieszę się, że nie piję, przynajmniej nie musiałam próbować Palinki, tego dziwnego specyfiku domowej roboty podawanego w plastikowych butelkach.
Niedziela też w sumie była urocza, przedpołudnie spędziliśmy spacerując po suczawskiej cytadeli i jedząc watę cukrową, ot takie proste radości dzieci urodzonych za komuny :] Później spotkałam się z dzieciakami, które szkoliłam w wakacje. Wydoroślały strasznie, za kilka miesięcy studia i inne życie! Dobrze się na to wszystko patrzy, chociaż wciąż mnie dopadała myśl, że jestem już taka stara, okropne uczucie!
Tak czy inaczej po cudownym weekendzie czas wracać. Znowu miałam zatem spotkanie z rumuńskimi kolejami. Nie było łatwo. Dzisiaj jakoś więcej niż zwykle ludzi bez nóg, emigrantów niewiadomego pochodzenia mówiących z ruskim akcentem i głuchych sprzedawców, którzy nadspodziewanie dobrze słyszą, kiedy ktoś mówi "zabieraj towar, bo tu kradną Cyganie". Na szczęście (chociaż w sumie nie wiadomo), trudów podróży nie przeżywałam sama. Od razu na początku okazało się, że jakiś chłopak ma bilet na dokładnie to samo miejsce co ja. Od razu wiedziałam, że jak zaczniemy gadać, to nici z mojego genialnego planu spania całą drogę i pewnie się nie odczepi, a tu akurat mp3 rozładowane, książki żadnej nie mam, hmm. Przypomniałam sobie jednak nauki mojej ukochanej sekty, że przecież "nie ma przypadków" i zaczęłam się zastanawiać cóż to może znaczyć. Pierwsza myśl była oczywiście taka, że może to niebiosa zesłały mi męża wreszcie. Po 5 minutach wiedziałam, że nie, bo za młody, za bardzo blond i za dużo gadał. Tak czy inaczej okazał się sympatyczny, zauważył moją protestancką bransoletkę i myślał, że jesteśmy z tej samej sekty. Nie miał na szczęście alergii na katolików, więc sobie ucięliśmy rozmowę na tematy związane z wiarą, doktryną i nieśmiertelnym Maksem Weberem (tak, okazuje się, że warto było przez 5 lat katować się dziełem "Etyka protestancka a duch kapitalizmu", przydała się do pociągowej gadki szmatki :D). Myślę sobie, że to było dobre i potrzebne mi. Ostatnio mam mało religijnych bodźców, więc nawet i taki zaangażowany protestant się nada, zwłaszcza, że post jest. Miałam jednak moment, w którym myślałam, że jest dziwny i że pewnie właśnie zawarłam niebezpieczną znajomość z jakimś wariatem. Siedzimy sobie spokojnie, a on nagle wypalił "Guess what, one of the famous Romanian football players just passed away", po czym zaczął się śmiać. Ja rozumiem, że dla protestantów śmierć to przejście do lepszego życia, no ale żeby tak zacieszać? Dziwne, bardzo dziwne. Mnie to w ogóle nie rozbawiło i musiałam mieć dość głupią minę. Postanowiłam po prostu z nim nie gadać więcej, bo wiadomo to? Po chwili jednak mijał nas jakiś facet, a ucieszony Rumun zakrzyknął "Look! He passed us away again" :D :D :D Ok, mój angielski też nie jest idealny, ale pomylenie "passing by" z "passing away" może być naprawdę upiorne. Podróż zatem w sumie zabawna była. I w Bukareszcie jest cudownie ciepło, więc nawet nie zdenerwowałam się tak bardzo, kiedy powitał mnie tłokiem, taksówkarzem, który mnie oszukał i zamkniętą ulubioną kebabownią. Dobrze jest być tu z powrotem!

sobota, 12 marca 2011

madrosci ludowe

(z komputera Mary, bez polskich liter)

Podobno milosc i bezsennosc (a niektorzy dodaja jeszcze, ze sraczka i smierc) przychodza niespodziewanie. Przyszla pora wiec i na mnie, nie moge spac. Dziwne, bo w tym tygodniu malo czasu mialam na wszystko, a dodatkowo z czwartku na piatek w ogole nie spalam tylko prosto z klubu niemalze pojechalam na dworzec, potem 9 godzin w pociagu, lazenie z plecakiem pol dnia po Suczawie i u kochanej Mary bylam dopiero ok 22. Myslalam ze zasne jak dziecko, a tu nic. Moze to przez to, ze jak zwykle Super Mama Mary karmi mnie jakas niemozliwa iloscia miesa, a ze to taka tradycyjna rodzina rumunska to nie moge odmowic :) Jakos przezyje pewnie. W kazdym razie czuje sie jakos dziwnie, no ale jakos musze znalezc w sobie sily bo dzisiaj zapodaje moj ulubiony rumunski didzej, nie moge tam nie byc, przyjda wszyscy moi kochani znajomi z Suczawy. To naprawde jest dobre miasto i czuje sie tu zupelnie inaczej niz w Bukareszcie. Jest spokojnie, ludzie nie sa tak szaleni jak te wszystkie niewyzyte Erasmusy. Chociaz tez miewaja dziwne pomysly. Wczoraj np ulubiony didzej czekal na mnie na dworcu z dwiema kartkami, na jednej mial napis "Welcome back", a na drugiej... "Krecenie suta". Tak, jestem pewna ze to ja ich tego nauczylam, ale za nic w swiecie nie moge sobie przypomniec dlaczego. Pewnie bylo to po jednej z tych posiadowek barowych kiedy tak niemozliwie nabijali sie z mojej niesmialosci. Zwykle konczylo sie glupawka :) W kazdym razie Rumuni musieli pochwalic sie znajomoscia tej uroczej frazy przed nowa polska dziewczyna, ktora tutaj maja. Nie ma sie co dziwic, ze spotkali sie z niezrozumieniem. Wyszlo na to, ze ja jestem jakas dziwna znowu. Taki widac moj los. Chociaz troche mnie boli, ze jestem w sumie najstarsza z nich (oprocz 25letniego Stefanka, zawsze poprawia mi humor jego obecnosc) a jakos nie moge sie ustatkowac. Zalilam nawet sie troche, ze oni tu wszyscy w powaznych zwiazkach, a ja tu gadam o imprezach i 20latku. Okazalo sie jednak, ze Rumuni w swojej madrosci maja na takie sytuacje odpowiednie przyslowie, ktore mowi mniej wiecej ze "mloda marchew i stara kura tworza razem dobra zupe" :D Coz, od razu mi lepiej. Niech sie dzieje, niech sie dzieje!

czwartek, 10 marca 2011

golden rules

Tłusty czwartek w tym roku był bez pączka, ale dzień kobiet na szczęście z prawdziwym czerwonym goździkiem! Poważna Instytucja jednak czasem dba, żebyśmy o zwyczajach ojczystych nie zapominali. Chociaż bardziej od goździka cieszyłam się z tego, że z powodu zaiłości personalno-organizacyjnych w Poważnej Instytucji dostałam dzień wolnego, więc sobie spokojnie mogłam sobie pójść na koncert Gogol Bordello, a nawet na after party. Uwielbiam ten emigrancki gypsy punk, wspaniale było. Jako support występował didżej prosto z Ekwadoru, który miał uroczą nawijkę i raczył ludzi mądrościami typu "that's the rule of life - you should have a wife" ;) Natchnęło mnie to do refleksji nad moimi własnymi zasadami życiowymi. W tym tygodniu objawiły mi się dwie. Po pierwsze: nigdy nie gadaj głupot facetom poznanym w klubie, wcale to nie jest takie oczywiste, że się więcej nie spotkacie. Ostatnio podczas wypadu wylądowaliśmy w klubie, którego nie cierpię, zawsze tam pełno nachalnych typów. Jeden bardzo chciał ze mną pogadać, a że głośno było to tradycyjny dialog się wywiązał:
Koleś: - where are you from?
Ja: - Poland
K: - Holland, great!
J: POLAND!
K: Yes, Netherlands, I know.
Zwykle w tym momencie staram się jednak tłumaczyć, że Warszawa, że papież... No ale tym razem nastrój nie taki, więc postanowiłam zrobić to inaczej:
J: Yes, have you ever been to Amsterdam?;>
Porozmawialiśmy sobie zatem o urokach dostępności marihuany i tym podobnych holenderskich tematach. Koleś okazał się bardzo sympatyczny swoją drogą. Tak sympatyczny, że zaczął się umawiać z moją koleżanką z Poważnej Instytucji i każe jej pozdrawiać "dziewczynę z Holandii". Jakoś głupio mi teraz, hmm.
Golden rule nr 2: na imprezie pełnej Hiszpanów i Włochów NIE WOLNO ustanawiać zasady, która mówi, że kto porozumiewa się w języku innym niż angielski stawia Kasi drinka :) A już na pewno nie tecquilę. Skutek był taki, że następnego dnia mój hipsterski wypad fotograficzny na obrzeża Bukaresztu nie udał się tak jak powinien. Z rana oko jakieś takie było nie bardzo. Nie ma zatem szału, na zdjęciach tylko cygańskie meliny i psy (w tym jeden zdechły).

I jeszcze jedna zasada. Nie piję w poście. Serio. Będzie fajnie :]

poniedziałek, 7 marca 2011

niefeministyczny początek marca

Następny rok spędzę bardzo leniwie. Tak przynajmniej wynika ze związanego ze świętem Martiszor rumuńskiego przesądu, który niedawno odkryłam. Mianowicie trzeba zsumować cyfry swojej daty urodzin, a wynik wskaże który dzień jest naszym dniem marcowym. W moim przypadku wyszło 7, zatem podobno to co będę robić siódmego marca będę robić przez rok. Tak, wiem że to zabobon, że powinnam iść do egzorcysty tudzież intelektualnie zawstydzić się, że o takich rzeczach myślę. Załóżmy jednak, że dzisiaj jest mój dzień marcowy, który mówi coś o następnym roku. Zostałabym zatem idealnym leniem, perfekcyjnym prokrastynatorem, który spędza czas na czytaniu po raz setny Portretu Doriana Grey'a, odkrywaniu nowej muzyki, spaniu i rozwijaniu stosunków międzyludzkich przez internet. I tak, przyznaję, że ponadto zrobiłam sobie frytki. Skąd ten niezdrowy i bezproduktywny dzień? Chyba to sposób na smutki różnorakie spowodowane głównie niezwykłą kumulacją olewki zafundowanej mi przez różnych mniej lub bardziej ważnych dla mnie ludzi w ten weekend. A zaczęło się tak dobrze, od przełamywania własnych strachów w czwartek. Poszłam na imprezę bez moich kochanych Polaczków pełniących zwykle funkcje skrzydłowych oraz głosów rozsądku a także dopingujących mnie kiedy miewam ataki nieśmiałości, twierdzę że nie lubię ludzi i generalnie to chcę do domu :) Zatem zakupiłam wino, nastawiłam się pozytywnie i... wywaliłam się przed samym akademikiem. Tak, zupełnie na trzeźwo. Płaszczyk ubłocony, kolana zbite, ale wino całe, ha! O dziwo, impreza nie skończyła się wcale katastrofą, poznałam fajnych ludzi i generalnie dałam radę! W piątek natomiast złamałam moją złotą zasadę i poszłam na miasto z koleżanką z Poważnej Instytucji, która okazała się niesamowicie radosna, zabawna i otwarta! Kolejny plus. Zapowiadało się dobrze i... zdechło. Ulubiona Rumunka szumnie zapowiadała, że "gdzieś pójdziemy/coś zrobimy/oddamy ci wreszcie dywan - pamiątkę po styczniowej imprezie..." No i cisza. A mnie smutno bez dywanu. Hiszpan z Timiszoary zadzwonił, że jest w mieście i oczywiście "Kataaaa, musimy gdzieś iść, coś zrobić, no rozkurwimy Bukareszt po prostu, kol ju tomoroł!". I znowu nic. Myślę sobie, trudno, nic straconego. W końcu dzisiaj z rana umówiłam się na hipsterski wypad mający na celu obfotografowanie najbardziej obskurnych zakamarków Bukaresztu. To akurat powinno mi humor poprawić i sprawić, że zapomnę o tym, że telefon milczy. Wstałam zatem o jakiejś nieprawdopodobnej porze i udałam się w nieznane odkrywając, że metro czasem wyjeżdża na górę :) No i czekam. Znam przecież Włochów, na pewno się spóźni. Po 20 minutach próbuję dzwonić i oczywiście "Before making that call...". Kasy starczyło tylko na jednego smsa, na którego oczywiście nie dostałam odpowiedzi. Zatem zmarznięta i wkurzona, po stokroć olana, wracałam pustym metrem zastanawiając się, czy może przypadkiem rumuńska sieć telefonii komórkowej nie sprawiła tajemniczo, że nie mogę dostawać smsów? Że nikt nie dzwoni? No ale przecież od Orange dostaje. I od Mamy :) Wszystko zatem wskazuje na to, że jestem olewana. Tylko jaka jest przyczyna? Szukać mam jej w sobie, czy w olewaczach? Rozsądek podpowiada, że w olewaczach, ale szaleństwo emigracji wypaczyło moją samoocenę chyba i sobie myślę, że może ja się za bardzo narzucam, czy nie wiem co... Zatem, żeby się nie pogrążyć w smutkach i dociekaniach, no i żeby nie czekać na telefon od tego, co się odgrażał, że w poniedziałek na wielką a romantyczną randkę mnie zabierze, to sobie dogadzałam. Przez myśl mi przeszło nawet, żeby magisterkę popisać, no ale szanujmy się, jest poniedziałek :) Aczkolwiek pomyślałam sobie o niej, i to sporo, zatem plan jest i sumienie spokojne!
Zatem poniedziałek mija, ja nie czekam na telefon, nieee. To by było niefeministyczne. Nie niezależne. Nienowoczesne. W ogóle nie. Cholera, pieprzyć dwudziestolatków! (:P) Idę na zakupy, promocja jest na garnki.

wtorek, 1 marca 2011

Martisor

Miałam tu być do lutego. Dzisiaj rumuński Martisor, radosne święto pierwszego marca. Wciąż tu jestem. Nie wiadomo tylko jak długo (wszechmocny uwuerze, nie każ mi wracać!). Wierzę, że do końca maja, a potem... zobaczymy.

Tak czy inaczej kolejny raz ożywiam bloga. Spowodowane to jest zachętą, hmm, czytelników (fanów? :D) w zawrotnej liczbie 3, jak również postanowieniem, żeby więcej nie uzewnętrzniać się na fejsbuku (a przecież gdzieś uzewnętrzniać się muszę). Poza tym aktualnie mieszkam sama i nie mam z kim pogadać. Samotna emigracja to jednak straszna rzecz musi być. Na szczęście u mnie to stan przejściowy, przynajmniej taką mam nadzieję.

Dziwne to wszystko. 24 godziny temu byłam w Polsce i nie bardzo chciałam tu wracać, do tego wielkiego miasta i pustego mieszkania, w którym spodziewałam się zastać jakąś katastrofę, np. pękniętą rurę, lodówkę, w której coś wybuchło albo brak internetu. Na szczęście rury są całe, w lodówce zgniła tylko cytryna, a router działa i nie trzeba go konfigurować w trzech prostych krokach, które ostatnio zajęły nam całe popołudnie (humaniści, tfu). Jednak zanim jeszcze przekonałam się, że Wyspa Bogactwa stoi nienaruszona przeżyłam najdziwniejszy lot w życiu. To nie jest normalne jeśli w samolocie aż trzy osoby gadają do siebie i robią inne szalone rzeczy. Oczywiście pan koło mnie był jedną z tych trzech osób. A zapowiadał się tak miło: młody, przystojny, co prawda Anglik jakiś, ale to można wybaczyć. Niestety zamiast nawiązać ze mną miłą rozmowę, podniósł swoją kanapkę na wysokość oczu i wpatrywał się w nią przez 15 minut. Może te ciemne okulary, w których cały czas siedział (co tam, że to nocny lot) pomogły mu w tajemniczy sposób komunikować się z kiszonym ogórkiem serwowanym przez PLL LOT? Nie dowiem się. W każdym razie nawet tę kanapkę mogłabym olać, ale niestety zaczął gadać do siebie. Nie wiem o czym, ale chyba było zabawnie, bo śmiał się złowieszczo co jakiś czas. Zatem tak sobie leciałam, 800 km/h, 8 km nad poziomem morza, na zewnątrz -53C, pod nami po prawej Zamość, po lewej Rzeszów lub odwrotnie i zastanawiałam się, czy to dobre okoliczności, żeby zostać zaatakowaną kanapką czy czymś równie oryginalnym. Co się robi w takich sytuacjach? Mogłam wezwać stewardessę, ale pewnie była zajęta pozostałą dwójką dziwnych ludzi i trzeba pijanymi Polakami, z których jeden chyba myślał, że jest Tymochowiczem, bo objaśniał wszem i wobec tajemnice sukcesu Leppera (Balcerowicz musi odejść). O dziwo jednak udało się wylądować. Radość jednak była przedwczesna, bo okazało się, że... lotnisko jest zamknięte i na 20 minut utknęliśmy w autobusie. 3 dziwnych ludzi i pijany "Tymochowicz", który mówił, że już ósmy raz leci do Rumunii i takiego skandalu jeszcze nie widział. Koniec końców o 2 czasu rumuńskiego wreszcie siedziałam w taksówce i tradycyjnie myślałam "po co mi to wszystko" tudzież "już nawet Częstochowa jest lepsza od tego". Jednak kiedy zobaczyłam Piata Unirii nocą, a w radiu usłyszałam tę głupkowatą piosenkę rumuńską http://www.youtube.com/watch?v=dih729_02oM, poczułam się... dobrze. Nie będę dramatyzować ani przesadzać. Nie poczułam, że to mój dom czy tam moje miejsce we wszechświecie. Nie nabrałam też przekonania, że od tej magicznej chwili wszystko się ułoży. Jednak po prostu dobrze mi w tym Bukareszcie :)