niedziela, 21 listopada 2010

po przerwie

Długo nie pisałam, mój blog prawie umarł. To wcale nie znaczy, że byłam bardzo zajęta. Wręcz przeciwnie, za dużo czasu wolnego mnie chyba rozleniwiło. Teraz jednak to się może zmienić. Od jutra będę mieć 40 godzin zajęć/stażu tygodniowo, a piątki wciąż wolne. Wychodzi zatem dokładnie 10 godzin dziennie, jeszcze chyba nigdy tak nie miałam. To dobrze, bo ostatnio nie mogłam się za nic konkretnego zabrać, a teraz będę musiała.
Przez ten czas kiedy nie pisałam, wydarzyło się jednak kilka ciekawych rzeczy. W różnych dziedzinach mojego życia działo się mniej lub więcej, więc pozwolę sobie na krótkie podsumowanie.

Kulturalnie. Byłam na trzech festiwalach filmowych, oczywiście były polskie akcenty. Na jednym wszyscy podziwiali Polskę za Bagińskiego. Na drugim puścili "Wojnę polsko-ruską". (Dlaczego, why?? Nie rozumiem tego filmu, nie rozumiem i już). Udało mi się pójść na rumuński koncert rockowy i na Herbiego Hancocka, mistrzostwo. Byłam na spotkaniu z prezydentem w ambasadzie i polskich obchodach dnia niepodległości. Zwiedziłam rumuńskie muzeum wsi, jadłam rumuńską tradycyjną kiełbasę i piłam tuikę. Byłam na rumuńskich targach książek i udzieliłam wywiadu do radia. Podoba mi się :)

Społecznie. Przeżyłam wspaniały nalot wrocławskich ziomków. Integruję się z Rumunami, którzy nieustannie mnie gorszą i śmieją się z tego, że jestem poważna. Mam ulubiony klub z wielkimi drinkami i uroczymi barmanami. Chyba jestem za stara na Erasmusa, bo wydaje mi się, że te ich imprezy to jedna wielka telenowela, w której wszystko jest obwieszczone na fejsbuku, żeby nikt nie miał wątpliwości kto akurat cierpi i kto nienawidzi "podłych drani". Przeżyłam też tydzień marazmu i niechęci, ale dzięki radom z odległej Estonii jest lepiej. Kosztowało mnie to niestety (a może na szczęście) zmianę wizerunku, dosyć radykalną. Cały czas mnie to przeraża, ale powoli się przyzwyczajam :]

Naukowo. Mam za sobą dwie prezentacje, jedna z nich była o Maxie Weberze i duchu kapitalizmu. Naprawdę, ile można. Na piątym roku to mi niemalże uwłacza. Poza tym wciąż zabijam za pytanie "Jak tam twoja magisterka". Dla mojego promotora to chyba też drażliwy temat, bo wciąż nie odpisuje mi na maile, a pytany przez te niedobitki, które siedzą we Wrocławiu odpowiada, że zepsuł mu się komputer/bolał go ząb/a w ogóle to przecież odpisał :D Poza tym będę więcej uczyć się rumuńskiego, będę uczyć się rumuńskiego, będę uczyć się rumuńskiego. Chociaż pewnie biorąc pod uwagę, że mam staż w Poważnej Instytucji, to będzie ciężko.

Ogólnie rzecz biorąc, lubię ten Bukareszt, lubię go bardzo!

sobota, 30 października 2010

różnorodność


Nie lubię Bukaresztu, to brzydkie miasto, ale kocham je bo ma w sobie to 'coś'. Tak powiedział mi ostatnio mój rumuński znajomy mieszkający tu od lat. Chyba czuję tak samo. Obiektywnie rzecz biorąc Bukareszt jest paskudny, te wszystkie ogromne budynki, z Pałacem Ludów na czele, i szerokie ulice są strasznie przytłaczające. Ale z drugiej strony wiem, że nie zawsze tak było, że to wynik okropnych, trwających kilka dekad eksperymentów, a przecież wcześniej było inaczej. Duch pozostał. Jest tu naprawdę sporo możliwości i im dłużej tu mieszkam tym bardziej mi się podoba (chociaż oczywiście mam swoje kryzysy:))
Zgodnie z urodzinowym postanowieniem staram się lepiej wykorzystywać czas. Jak na razie udaje się nieźle. W tym tygodniu działo się dużo różnych, dobrych rzeczy. Poznałam Polki, które mieszkają w Rumunii dłużej niż ja, są bardzo pomocne i chętnie dzielą się doświadczeniami. W ogóle dla Polaków-emigrantów Rumunia to chyba najlepszy kraj w Europie. Jest nas tu niewielu a Polska odbierana jest jako bogaty kraj zachodni. Nie chodzi o to, że cieszę się, że nam zazdroszczą, ale zawsze to lepiej niż wysłuchiwać nieustannie o polnishe Wirtschaft czy być kojarzonym z robiącymi burdy pijanymi robotnikami w Anglii. Taka prawda. Cieszę się, że przyjechałam tutaj, absolutnie nie żałuję (jak mówi nasz uczelniany koordynator: "A państwo chcieli jechać na zgniły zachód, bez sensu" :D). Dzięki temu, że polonia wygląda tutaj tak a nie inaczej udało nam się pójść na spotkanie do ambasady, na którym był Prezydent Komorowski z żoną. Abstrahując od tego, czy jesteśmy wyborcami PO czy też nie, dla nas politologów było to niezłe przeżycie. Myślę, że w Polsce albo w jakimś kraju na zachodzie nie mielibyśmy takiej szansy. Rumuńska polityka też dla nas jest bardzo ciekawa. Na razie ciężko nam zrozumieć wiele rzeczy, bo jest chyba bardziej pokręcona niż u nas, ale staramy się jakoś orientować a nawet uczestniczyć. Właśnie w ramach tego uczestnictwa poszliśmy na protest antyrządowy. Było bardzo spokojnie, chyba ci Rumunii nie potrafią walczyć o swoje. Rozumiem, że jest kryzys, że te cięcia są uzasadnione, ale obniżka pensji w budżetówce o 25%? W Polsce przeprowadza się bitwy z policją z bardziej błahych powodów. Nie mówię, że to dobrze, ale tutaj ludzie przyjmują wszystko co ten rząd wymyśli, nie umieją podważać autorytetów. Atmosfera na proteście była trochę piknikowa nawet. Pod koniec co prawda kilkanaście osób chciało się wedrzeć do siedziby parlamentu, bez skutku. Niestety tego już nie widzieliśmy. Widzieliśmy natomiast plakaty porównujące Basescu do Geniusza Karpat, transparenty mówiące o 20 latach dyktatury i flagi z wyciętym środkiem. Zupełnie jak w grudniu '89. Może faktycznie potrzeba tu nowej rewolucji? Bo jest naprawdę źle.

Poza polityką staram się prowadzić także życie kulturalne. Byłam na koncercie alternatywnego rumuńskiego rocka, było wspaniale. Prawie jak w Polsce, atmosfera jak na koncertach na które chodziłam jeszcze w Częstochowie :) W piątek w Bukareszcie grał Herbie Hancock (czy też, jak mówi Quentin z uroczym francuskim akcentem "Erbi fuckin' Ęko" :D). Strasznie się cieszę, że udało mi się pójść, gość jest niesamowity. Zatem działo się w tym tygodniu. W przyszłym tygodniu zadzieje się bardziej naukowo, bo mam dwie prezentacje, nareszcie!















piątek, 22 października 2010

oficjalnie zrumunizowana

Wreszcie udało mi się stworzyć dobry plan zajęć i powybierać ciekawe przedmioty, jestem z siebie dumna :] Mało teoretycznych bzdur, dużo interesujących rzeczy o Europie Środkowej i Wschodniej. Znowu przekonuję się, że dla Rumunów Polska to najbardziej zachodni kraj w CEE, nawet nasi politycy wydają im się bardziej cywilizowani (może im opowiem o "dożynaniu watahy" i innych spiskowych teoriach, to zmienią zdanie). Może ten ich entuzjazm wynika z niewiedzy. Na zajęciach wykładowcy często się do Polski odnoszą, ale czasami hmm, błądzą. Musimy ich poprawiać z Marcinem, przez co pewnie wychodzimy na jakichś nacjonalistów, ale nie zgadzam się jak mówią, że Gomułka był charyzmatycznym przywódcą, że Litwa była przez wieki pod polską okupacją i że państwo polskie przestało istnieć w '39. Ogólniki, brr. Czuję, że mamy tu misję edukacyjną :)

Wczoraj byliśmy na kolejnym "erasmus party", bardzo mi się podobało. Oficjalnie dostałam imię rumuńskie! Catalina nie różni się chyba dużo od Katarzyna, ale i tak jest urocze!
Kluby w Bukareszcie są niezłe :) Chociaż motyw "idź na imprezę i zgub kurtkę" staje się chyba tradycją, wczoraj mieliśmy drugą ofiarę. Oczywiście przyczyną jest ogólne zamotanie i imprezowy nastrój, a nie to, że Rumuni kradną, ale i tak to dziwne jest.
Przez różnice kulturowe robię z siebie głupka. Wczoraj poznałam w klubie fajnego Rumuna. Tańczymy, jest fajnie, muzyka dobra itp. I nagle mówi mi, że ma na imię Marian. Marian! Zaczęłam się śmiać, za głośno było, żeby wytłumaczyć mu przyczynę (z resztą jak to wytłumaczyć?), Marian poczuł się urażony chyba, no i podbój ogólnie nieudany. Muszę przestać myśleć polskimi kategoriami tutaj, bo kończy się porażką!



poniedziałek, 18 października 2010

szok kulturowy, odc. 3

Dopadło mnie i tutaj. Myślałam, że po pierwszym szoku jaki przeżyłam w Suceavie nie będzie już źle. To było moje pierwsze zetknięcie z Rumunią, teraz powinno być lepiej. Niestety nie jest. W Timisoarze było łagodnie, chyba nawet nie miałam czasu, żeby się "zszokować". W Bukareszcie niestety dzieje się ze mną coś dziwnego. Właściwie zaczynam się zastanawiać, co ja tu robię? Wszystko tu wydaje się jakieś taki jałowe, a ja jakby nie na miejscu. Jeszcze te urodziny... Dostałam milijony życzeń od obcych ludzi na fejsie, ale to nic nie znaczy, fuj. Tęsknię za moimi prawdziwymi przyjaciółmi, denerwuje mnie, że muszę z nimi rozmawiać tylko przez internet. Najchętniej całymi dniami oglądałabym seriale i nie wychodziła z domu. Zatem w ramach terapii ponarzekam sobie na blogu (chociaż w rzeczywistości to nie jest aż tak źle...).
W Bukareszcie denerwuje mnie to, że:
- żeby wrócić do domu muszę mijać okropną figurkę klauna z McDonald's, która w nocy wygląda upiornie
- pada i jest zimno
- jak pogniecie się bilet do metra to nie działa
- wszyscy tu plotkują
- mam zajęcia wieczorami, przez co nie chce mi się wstawać rano
- nie ma tu z kim pogadać na poważne tematy, tylko wódka i seks
- mój promotor mi nie odpisuje
- oszukali nas z podwójnym dyplomem
- na uczelni jest chaos, odwołują zajęcia, zmieniają plany, koszmarowa to przy tym idealny porządek
- nie umiem korzystać z biblioteki (gdzie jest Natalia, która wszystko ogarnia?)
- nie ma nocnych autobusów i musimy się rozbijać taksówkami
- muszę prowadzić bezsensowne kłótnie na gadu i nawet nie mogę zadzwonić i wyzwać drania
- typ, którego nie lubię dzwoni do mnie i nachodzi, mimo że go uparcie ignoruję
- typ. którego lubię uparcie ignoruje mnie
- moi współlokatorzy zamykają mnie od zewnątrz i muszę prosić sąsiadów, żeby mnie wypuścili albo rozważać wyjście przez balkon
- po nadmiarze wrażeń teraz nic się nie dzieje, nic kompletnie

No... lepiej. Nawet nie jest tego tak dużo, jak się spodziewałam. Nawet przyszły mi do głowy pewne pozytywy :) Zatem w Bukareszcie lubię to, że:
- mogę jeździć metrem i obserwować ludzi do woli
- mój koordynator odpisuje mi od razu i walczy o mój podwójny dyplom
- Rumuni są mili, zwłaszcza przystojny sąsiad, który mnie ratuje
- mam czas na oglądanie serialu i faktów
- mieszkam z cudownymi polskimi politologami
- mieliśmy już tyle przygód, że serial można zrobić, a ten przestój teraz to tylko zapowiedź drugiego sezonu (końcówka pierwszego była zaiste dramatyczna)
- taksówki są tanie
- mogę jeść shoarmę mare o 4 rano i nie przejmować się niczym
- imprezy są dobre, nawet jak zostaję komendantem melanżu
- jest tu ten cudowny wielkomiejski duch
- mam własny pokój (!)
- jak zamkną mnie w domu mogę nie iść na zajęcia bez wyrzutów sumienia
- mam wspaniałą, rumuńską B-buddy, która pomaga mi ze wszystkim
- dostaję mnóstwo maili, od ludzi, którzy za mną tęsknią i pamiętają

Chyba się równoważy zatem. Muszę tylko znaleźć coś do roboty. No ale jako, że ponoć do końca listopada trzeba oddać pierwszy rozdział magisterki, to może wkrótce przestanie mi się nudzić i nie będę już marudzić. Bo mimo wszystko Bukareszt to dobre miasto!!
Odmieni się! Na lepsze!

wtorek, 12 października 2010

dziko i domowo


Niedługo miną dokładnie trzy miesiące odkąd przyjechałam do Rumunii. Wciąż poznaje ten kraj, wciąż wiele rzeczy mnie zaskakuje. Czasem wydaje mi się, że tu jest zupełnie inaczej niż w Polsce, tak jakoś dziko. Oczywiście nie aż tak, jak może się wydawać. Są tu chodniki, jeszcze mnie nie okradziono, mamy nawet internet! Mimo wszystko kiedy wybraliśmy się na wycieczkę 30 km od Bukaresztu zobaczyliśmy opustoszałe wsie, Romów na wozach i pełno śmieci. Jednak ludzie wciąż są pomocni, mimo że za bardzo nie przejmują się czasem i wiecznie się spóźniają. Pełno tu paradoksów. Z jednej strony Rumuni wydają się uwielbiać skomplikowane procedury, formularze i oficjalne papiery, a z drugiej strony potrafią robić rzeczy zupełnie nieprzewidywalne. Kilka przykładów. Mam legitymację studencką, kazali mi ją wyrobić, mimo że do niczego mnie nie upoważnia. Żeby kupić ulgowy bilet na metro, muszę udowodnić że studiuję, ale za pomocą innej legitymacji, którą dostanę najwcześniej w połowie listopada. Zanim to nastąpi korzystam z tymczasowego potwierdzenia, którego nie chcieli mi dopóki nie przyniosłam zdjęcia, mimo że to tylko zwykła kartka A4 z moim nazwiskiem, bez zdjęcia (czy to nie jest bez sensu?). Oczywiście legitymacja (tudzież tymczasowe upoważnienie) na metro nie upoważnia mnie do zakupu ulgowego karnetu na autobus, nie mówiąc już o pociągu (tu jest zupełnie odrębna procedura:D). Ciężko się w tym połapać trochę. No ale przynajmniej są jakieś wyzwania i się nie nudzimy. Kiedy coś nas zaskakuje, myślimy o naszych znajomych z roku, którzy są w bardziej "cywilizowanych" miejscach i jesteśmy pewni, że w Norwegii czy w Anglii nie mają tak wesoło jak my tu :) No i nie mają też możliwości wynajęcia tak taniego mieszkania. Po czterech latach mieszkania w akademiku to miejsce wydaje mi się niesamowite, wreszcie mam własny pokój! Dobra, jest trochę daleko od centrum (3,5 godziny piechotą w jedną stronę), ale metro jest na prawdę wygodne. No i czuję się tu jak w domu, mogę sobie mówić po polsku i gotować pierogi! Trochę się baliśmy, że to będzie takie polskie getto, jednak wolimy o naszej siedzibie myśleć jak o wyspie bogactwa. Czasem bywało co prawda zimno, ale można było się dogrzewać gazem, bo tanio :) Teraz na szczęście włączyli ogrzewanie, więc już nic nam nie potrzeba.
Jedyne co mi doskwiera jak na razie to ... brak zajęć. Na uczelnie chodzę praktycznie tylko wieczorami, przez co się rozleniwiam strasznie. Chciałam pracować (za darmo, jak to ja) w jakimś tutejszym NGO, ale Rumunii mówią, że tu nawet żeby zostać wolontariuszem to trzeba mieć znajomości. Jakoś nie wierzę, nie poddaję się i wysyłam miliony maili, może się uda... Bo jak tak dalej pójdzie to zwariuję od tego oglądania seriali. Zresztą J&M też chyba mają ten problem, wszystkim nam trochę odbija. Zaczęliśmy nawet myśleć o naszym życiu tutaj jak o serialu, nazwaliśmy go "Dragostea si chiocolata", bo naprawdę dużo się dzieje. Mój wątek tak obfituje w zwroty akcji, że chyba wykorzystałam mój limit i do lutego już nic się nie wydarzy, bo to by była przesada. Będę sobie siedzieć i robić pranie naszą franią, ot co.






sobota, 2 października 2010

Bukareszt i odzyskany

Po intensywnym (naprawdę intensywnym) kursie rumuńskiego wracam do życia. W Timisoarze było wspaniale. Dużo przygód. Mimo tego, że w sumie była to jedna wielka impreza udało mi się w miarę porządnie nauczyć podstaw języka, co bardzo mnie cieszy. Poznałam też wspaniałych, szalonych ludzi z całej Europy, a nawet dwóch Brazylijczyków. Udało mi się też pójść na kilka typowych rumuńskich imprez, jestem w tym narodzie zakochana po uszy! Są strasznie mili, pomocni i uroczy, wszyscy! Bardzo dobrze się z nimi czuję, faktycznie trzeba chyba znaleźć męża rumuńskiego.
Po kursie pojechałam z wizytą do Suceavy, odwiedzić moje najukochańsze rumuńskie miasto. Oczywiście nie obyło się bez przygód. Znowu podróż pociągiem zajęła mi około 15 godzin, tylko tym razem niestety miałam wysiąść o 4 rano. Dobrzy ludzie w pociągu powiedzieli mi, że Suceava Nord jest jedynym dworcem w mieście, więc wysiadłam, ale byłam pewna, że to nie jest to miejsce, które pamiętam. Faktycznie, bardzo daleko od Burdujeni, głównego dworca. Na szczęście pociąg stał bardzo długo, więc udało mi się do niego wrócić (chociaż wsiadanie i wysiadanie z 30kg walizką nie należy do najłatwiejszych). Ciekawa jest przyczyna, dla której pociąg tak długo stał na tej stacji. Otóż okazało się, że w Cluj do pociągu wsiadła kobieta, która nie dawno wyszła ze szpitala. W drodze pogorszyło jej się znacznie i ... zmarła. Można się spierać, czy w Polsce też coś takiego miałoby się prawo zdarzyć, czy powinni raczej zatrzymać pociąg i wezwać pogotowie... Jednak najbardziej w tym wszystkim uderza mnie to, że Rumuni uznali, że nie ma sensu zatrzymywać niepotrzebnie pociągu i że zawiozą zwłoki do samego Iasi, skoro to już tylko 3 godziny drogi. M a s a k r a.
Suceava sama w sobie trochę mnie zaskoczyła tym razem, a nawet może lekko rozczarowała i zawiodła. To już nie było to samo, nie mieli już dla mnie czasu, mówili po rumuńsku... Dzieciaki z GROW nie chciały się ze mną spotkać... Nie było mojego uroczego asystenta... Ciężko mi było na początku. Później jednak zrobiło się całkiem dobrze. Zabrali mnie na oficjalne rozpoczęcie roku akademickiego i poprosili, żebym opowiedziała coś o AISEC (już wiem, że się nie odmienia:P). Skusiłam się zatem na małe przemówienie po rumuńsku, zrobiłam chyba dobre wrażenie. Później urządziliśmy sobie rumuńskie pidżama party. Było uroczo. Znowu później było mi ciężko wyjeżdżać.
W Bukareszcie jestem już 5 dni. Podoba mi się. Jest wielki i przytłaczający, ale ma klimat, czuję, że będzie mi tu dobrze. Chociaż odległości zabijają. Mieliśmy też trochę problemów z mieszkaniem. Akademik jest straszny, nie ma kuchni, nie ma lodówki, nie ma internetu, niczego nie ma (oprócz karaluchów i okazjonalnie szczurów). No i na uczelnię daleko (Budynek politologii oczywiście daleko od centrum, taka rumuńska koszarowa?). Uznaliśmy, że jesteśmy za starzy na takie akcje, więc postanowiliśmy się przeprowadzić. Z pomocą przyszedł nam Lucek (rumuński student teologii, będzie księdzem ale na razie korzysta z życia, pije dużo wódki i umawia się na randki). Udało nam się znaleźć świetne miejsce. Każdy z nas ma własny pokój (duży!), jest kuchnia, balkon, łazienka i nawet właściciele specjalnie dla nas kupili pralkę! Co prawda godzinę jedzie się na uczelnię, no i wielka płyta, ale jest czysto i płacę tyle ile za miejsce w trzyosobowym pokoju w XXlatce :) Rumunia rządzi!
Poznaliśmy też wspaniałych politologów. Jeden jest ze Słowacji, ale wszystkim mówi, że z Czechosłowacji. Oczywiście światli studenci z zachodnich krajów nie rozumieją żartu i odpowiadają np. "To fajnie, muszę koniecznie kiedyś do Czechosłowacji pojechać". Mamy z tego wielki ubaw, czasem aż trudno zachować powagę. Np. jedna Niemka (z Frankfurtu nad Odrą, o zgrozo!), kiedy usłyszała, że Daniel mówi do mnie w swoim języku, zapytała, czy rozumiem po czechosłowacku :] Oczywiście rozumiem, wiadomo!


niedziela, 5 września 2010

belgrad i trudności lingwistyczne

Tęsknię za wawrzynami. To wcale mnie nie zaskakuje. Dziwi mnie natomiast, że tęsknię za AIESEC-sektą. Tego się nie spodziewałam. Tyle razy powtarzałam, że AIESEC-stajl nie dla mnie, a tu proszę. Chyba faktycznie doceniam rzeczy dopiero, jak je stracę. Co by nie mówić, ludzie z ajseku przynajmniej jakieś cele ambitne mają, nawet jeśli denerwują mnie tym nieustannym mówieniem o zmienianiu świata. Może coś w tym jest faktycznie? Dzisiaj spotkałam się z kilkoma w Timisoarze i od razu zupełnie wszystko inaczej wygląda. Rozmawiamy o czymś więcej niż tylko imprezy i alkohol, coś się dzieje ciekawego. Chociaż tych świrów erasmusowych też lubię, nie ukrywam, całkiem przyjemny wypad wczoraj urządziliśmy. Oczywiście nie byłam bym sobą, gdybym nie wkręciła się w rozmowę o polityce. Wszyscy zatem siedzieli na dworze i świetnie się bawili, a ja znalazłam sobie w akademiku dwóch biednych Rumunów i zachęciłam ich do zwierzeń :) Opowiadali mi dużo o tym jak im się tutaj żyje i w sumie to mówili mniej więcej to samo, co moje nastolatki: że ciężko, że frustrująco i że za komuny było lepiej (to mnie nieustannie zaskakuje).

Co do AIESECu to piątkowe spotkanie zaczęło się dziwnie. Od chłopaka poznanego na TTT usłyszałam: „Cześć Kasia! Wyglądasz ...(tu oczekiwałam komplementu)... jak dziewczyna!” No dobra, może obcięłam włosy i założyłam buty na obcasach, ale wcześniej chyba też nie było źle? Zapamiętał mnie jako Kasię-skejta (ghhhr, chyba naprawdę kiedyś te szerokie spodnie powyrzucam). No ale nic to, potem było tylko lepiej. Poszliśmy na imprezę, a w sobotę zabrałam się z nim do Belgradu. Żeby to zrobić musiałam (no dobra, nie musiałam ale chciałam) opuścić jedne zajęcia, na szczęście to tylko wizyta w muzeum historii Banatu, ponoć straszne nudy. Cieszę się zatem, że pojechałam! Oczywiście w ramach cięcia kosztów łapaliśmy stopa. Trochę ciężko było, bo najpierw szukaliśmy wylotówki, a potem Rumunom i tak musieliśmy trochę płacić, chociaż to straszne, że raz za 20 km zapłaciliśmy dwie dychy, podczas gdy Rumunka która też z nami jechała za ten sam dystans zapłaciła tylko 3 leje. Nie ma to jak oszukiwać obcokrajowców, ech. Mimo wszystko jednak wyszło taniej i zabawniej niż pociągiem, no i nie musieliśmy wcześnie wstawać. Poza tym pierwszy raz jechałam tirem, szalenie mi się podobało! W Belgradzie spędziliśmy uroczy sobotni wieczór i pół niedzieli, więc w sumie nie zbyt wiele czasu, ale i tak jestem zachwycona! Miasto jest piękne, zwłaszcza forteca urzekła mnie nocą! Muszę tam koniecznie wrócić jeszcze kiedyś! W ogóle chyba warto byłoby zwiedzić Bałkany, myślę, że spodobałoby mi się!

Weekend był zatem bardzo udany, chociaż końcówka trochę mnie zestresowała. Oczywiście w ostatniej chwili postanowiliśmy pójść na obiad i tak jakoś się zagadaliśmy, że nagle okazało się, że mój pociąg odjeżdża za 15 minut :) W pośpiechu zostawiliśmy naszą jedyną mapę Belgradu na stoliku, a ja przecież nie mam zupełnie orientacji w terenie! Już zatem myślałam, że na marne stałam pół godziny w kolejce i wydałam 40 pln na bilet. Nawet już oczami wyobraźni widziałam siebie znowu szukającą wylotówki, żeby wrócić do Rumunii :D Na szczęście M. dał radę i się nie zgubiliśmy, a nawet mieliśmy ze 3 minuty zapasu! Ja się dziwię, jak można tak się odnajdywać w zupełnie nowym mieście, czemu ja tak nie mam? Za dużo chyba myślę o problemach globalnych i nie skupiam się na tym, co widzę, trochę to straszne.

W pociągu poznałam uroczą australijską parę, która przez pół roku pracuje, a potem przez pół roku podróżuje i chyba byli już wszędzie. Świetne historie opowiadali! Niestety to spotkanie udowodniło mi, że nie ma co się tak podniecać moim angielskim. Co prawda jest lepszy niż typowy erasmus-english, ale i tak powinno być lepiej. Kiedy mówił do mnie Dave to było ok, ale kiedy do rozmowy włączała się narzeczona Dava to tragedia, nie rozumiałam 1/3... Muszę się pouczyć więcej, chociaż na razie skupiam się na rumuńskim i chyba nawet nieźle mi idzie. W piątek na imprezę przyszła do nas pani portierka, żeby powiedzieć nam tradycyjnie, że mamy się skończyć imprezę bo wezwie policję. Oczywiście wszyscy, łącznie z Rumunami, udawali, że nic nie rozumieją (i większość faktycznie nie rozumiała). Mi jednak żal się trochę zrobiło, więc chciałam nas jakoś wytłumaczyć i powiedziałam, że nie mówimy po rumuńsku. Z tego co mówili mi później Rumuni, powiedziałam to zupełnie bez akcentu (w końcu to jedno zdanie powtarzam od dwóch miesięcy). Pani więc pomyślała, że chcę ją oszukać i krzyczała, że mam nie udawać że nie rozumiem i nie kłamać więcej, bo przecież słyszy, że mówię po rumuńsku. Bardzo mnie to ubawiło :) Poza tym dzisiaj udało mi się pierwszą rozmowę z tubylcem przeprowadzić. Pan taksówkarz chciał ode mnie 15 lei, ale powiedziałam że jestem studentką z Polski i że nie mam pieniędzy :D Bardzo go to ubawiło i zapłaciłam tylko dychę :) Same sukcesy :D

środa, 1 września 2010

etap drugi. Timisoara.

Dojechałam, zajęło mi to 15 godzin pociągiem. Tęsknię za PKP, naprawdę! Timisoara jest wspaniała, na pewno ładniejsza niż Suceava, ale serio strasznie tęsknię! Jednak bycie w grupie z samymi obcokrajowcami to nie to samo, co z Rumunami. No ale pewnie jeszcze się przekonam, przynajmniej mam nadzieję. Na razie szału nie ma, ale chyba muszę po prostu przestać porównywać. Wreszcie też swobodnie mogę porozmawiać po polsku, Pola z Polski rządzi :] Wczoraj zwiedzaliśmy trochę miasto, oczywiście zgubiliśmy się, ale będzie lepiej. Potem odwiedziliśmy lokalny bar, poznałyśmy pierwszego uroczego Rumuna, niestety nie nawiązałyśmy bliższej relacji, bo miał na imię Marian. Romans z Marianem nie byłby dobry dla lansu. Mamy tu dużo ciekawych ludzi: Francuzów, Węgierkę, Belgijkę, Szkota, no i oczywiście pełno Hiszpanów i Niemców. Tradycyjnie są to Niemcy udawani, wszyscy mają rumuńskie korzenie. Na kursie przyznali się, że mówią po rumuńsku. Nauczycielka zaproponowała, że zatem powinni pomóc reszcie, niestety Niemiec powiedział krótko "Nie."Uroczo. Już ich lubimy. Ogólnie na razie trochę jestem nastawiona sceptycznie do tego wszystkiego, no ale zobaczymy, zobaczymy.

niedziela, 29 sierpnia 2010

czas na zmianę, no bo czemu nie?


Znowu to się dzieje, znowu po imprezie spać nie mogę i wstaję o niemożliwych godzinach. Może chociaż dzięki temu mój ostatni dzień w pełni wykorzystam, a do roboty całkiem sporo jest. Przede wszystkim muszę dopełnić mój cykl pożegnań, co mnie bardzo smuci. Naprawdę nie spodziewałam się, że tak ciężko będzie mi wyjeżdżać stąd, w końcu to było tylko 6 tygodni. Może to głupie, ale chyba bardziej to przeżywam, niż wyjazd po 4 latach z Wrocławia. Pewnie dlatego, że tam wrócę, poza tym moje relacje z ludźmi z Polski są tak silne, że na pewno ich nie stracę. W Suceavie pewnie jednak już nigdy nie będę mieszkać, szkoda... Wciąż mam wrażenie, że chcę tych moich Rumunów lepiej poznać, bo są naprawdę przecudowni, no ale nie da się. Z resztą może lepiej jest wyjeżdżać w takim momencie, kiedy jesteśmy na fali wielkiego sukcesu, jakim był GROW. Wszyscy są zadowoleni, ja w wesołym nastroju wciąż, więc może dzięki temu mnie pozytywnie zapamiętają. Wczoraj na pożegnalnej imprezie doszłam do wniosku, że faktycznie mój czas się tu skończył i trzeba ruszać dalej. No bo 'czemu nie?' jak mówi moje ukochane motywacyjne łódzkie zdjęcie z murów :]

Ach, ależ to był cudowny weekend! Oprócz opisanego już tutaj rumuńsko-klubowego piątku, była też sobota z oficjalną ceremonią na zakończenia GROW w Suceavie i niedzielne mniej oficjalne zakończenie :) Sobota naprawdę mnie zaskoczyła. Dzieciaki się postarały bardzo, było zabawnie i wzruszająco jednocześnie, świetnie się bawiłam. Chyba nigdy nie usłyszałam tylu miłych rzeczy co w tych ich przemówieniach, które wygłaszali! Najbardziej mnie zaskoczyło, że dziękowali mi za "open-minded attitude", nie wiem czy to komplement czy wrzuta :) Poza tym dostałam dyplom, na którym napisali o mnie "Kasia: you can('t) touch me" :D Uwielbiam ich po prostu!
Niestety w sobotę Cigdem wyjechała. Na szczęście udało nam się pojechać na dworzec, żeby ją pożegnać, zdążyliśmy dosłownie w ostatniej chwili. Musiało to zabawnie wyglądać, banda szaleńców biegających po dworcu i krzyczących "Cigdem, Cigdem, where's Cigdem?". Jeszcze lepszą zabawę mieliśmy w autobusie. Udało mi się ich namówić do gry w bobsleje, więc tak sobie jechaliśmy, sześć osób bujających się na każdym zakręcie. Pani sprzedająca bilety w autobusie była oburzona i nawet wygłosiła odpowiednią przemowę na ten temat. Chyba jednak dobrze, że czasem tu nic nie rozumiem!
Wczoraj wieczorem ostatni raz odwiedziłam mój ulubiony lokalny bar. Mnóstwo świetnych spotkań tu mieliśmy, najbardziej chyba lubiłam wieczory filmowe bez filmów, ach ta rumuńska organizacja :) W każdym razie wczoraj przyszło naprawdę dużo ludzi, wzruszyłam się aż! Jedna z nastolatek zaśpiewała mi po polsku refren z "nie nie nie" t.love, wspaniały prezent mi zrobiła :) Z kolei mój ulubiony uczestnik GROW przyniósł mi butelkę jakiegoś rumuńskiego bimbru domowej roboty, który skonsumowaliśmy od razu z ajsekiem... Było super, ale jednak po raz nie wiem który stwierdzam, że jak impreza ma być legendarna, to tylko w xxlatce! Tęsknię!





sobota, 28 sierpnia 2010

kolekcjoner momentów

Clubbing w Suceavie za mną! Radosny nastrój na mnie dziwnie wpływa, podobało mi się, a nawet żal mi było wychodzić. Dziwne rzeczy się działy. Chyba przyczyniłam się mimowolnie do tego, że konkurs nabrał charakteru międzynarodowego. Zostałam nawet uroczą asystentką, która losuje kolejność, w tym się nie za bardzo nie odnalazłam, organizatorzy też nie. Przeprowadziliśmy taki oto dialog:
- heeej, jak masz na imię?
- Kasia
-.... acha, dobrze :)

Chyba powinnam zmienić nazwę bloga na kaszwrumunii, bo tak tu teraz mam na imię.
Wracając do imprezy, to przyznaję, miałam pewien kryzys. Kiedy wracaliśmy nad ranem wciąż czułam niedosyt i miałam zbyt dużo energii i nie było jak jej spożytkować. Zaczęłam sobie przypominać najlepsze imprezy, po których w ogóle już nie miałam energii i doszłam do wniosku, że tęsknie za klimatem wrocławskim. Nic nie równa się przecież imprezie MM Drzewo Piwne czy choćby tej ostatniej, połączonej ze wschodem słońca na Moście Pokoju! Zatem o 3 rano niepokojąco zaczął wracać do mnie gbur, który mówił mi, że tu nic nie ma sensu, jednak powiedziałam mu stanowcze NIE! I wygrałam. Doszłam do wniosku, że owszem, to nie jest MMDP, ale też jest nieźle. Nie idealnie, ale też dobrze, bo nawet na imprezie w Rumunii i nie w moim klimacie były chwile, w których czułam się cudownie. Takie momenty chcę w głowie zbierać i pamiętać. Nawet chyba pozbyłam się tej presji, że wszystko zawsze musi być powiedziane i wyjaśnione. Tymczasem nie wprost też jest super! I gbur odszedł, mam nadzieję, że na trwałe....
Mój mózg działa osobliwie. Często po imprezie budzę się rano, nie mogę spać i mam najlepsze przemyślenia! Dzisiaj o 7 rano wymyśliłam notkę na bloga i przemówienie na galę kończącą GROW. Teraz tylko tam pójść, powiedzieć, nie rozkleić się...




piątek, 27 sierpnia 2010

odmładzam się!

Wczoraj znowu spędziłam wieczór z nastolatkami. Chyba się powoli przyzwyczajam do takiego towarzystwa, chociaż z jednym z członków AIESECu stwierdziliśmy, że to pewnie nasz sposób na uporanie się z kryzysem końca studiów :) Chyba coś w tym jest. Byliśmy jedynymi dorosłymi na wczorajszym ognisku i raczej nie dawaliśmy najlepszego przykładu cały czas się wygłupiając. Z drugiej strony 23 lata to chyba nie jest jeszcze taki wiek, że trzeba nieustannie być poważnym i myśleć o życiu. Chociaż uczenie nastolatków zbereźnych piosenek to przesada jednak, przyznaję. Swoją drogą moje przaśno-ludowe poczucie humoru dopada mnie i tutaj, znam zbereźną piosenkę po angielsku i szalenie mnie to cieszy :) W każdym razie wieczór wczoraj niezwykle udany, bawiłam się świetnie.
Niestety dzisiaj mieliśmy ostatni dzień GROW. Teraz tylko oficjalna gala i koniec, definitywnie. Smutne to trochę, ale wiem, że udało nam się tu wspólnie zrobić coś dobrego. Cieszą mnie też ich reakcje, napisali mi mnóstwo przyjemnych rzeczy na pożegnanie (m.in. że chcą przyjechać do Polski i zrobić bobsleje w tramwaju:P). Przeuroczo!
Dzisiaj w ramach przełamywania własnych barier i robienia rzeczy których normalnie nie robię w Polsce idę na imprezę trance i w dodatku cieszy mnie ta okoliczność! Kto by się spodziewał? Na usprawiedliwienie dodam, że znajomy dj rumuński będzie tam grał, więc niejako idę tam jako fanka :D. Dziwne rzeczy się dzieją, ale wiem, że przeżyję i że będzie super! Zatem wypijam Tediego i do boju!!


czwartek, 26 sierpnia 2010

radość po rumuńsku


Zupełnie tu wariuję, nie wiem co się dzieje! Co się stało z gburowatym metalem? Chyba zginął bezpowrotnie. Od prawie tygodnia mam ten dziwny wesoło-radosny nastrój. Tak na mnie Rumunia (a może moi Rumuni) wpływa. Zatem chodzę i się cieszę, zupełnie jak nie ja. Całkiem mi z tym dobrze, chociaż czasem się temu dziwię. Ostatnio miałam napad śmiechu w rumuńskim autobusie numer 4. Rumuni się dziwią, że już ich przytulam. Dla mnie to oczywiste, bo przecież jak już kogoś znam to nie mam z tym problemów. Chyba jednak nie mogą uwierzyć, że serio teraz przytulanie jest ok, więc dla pewności nauczyli mnie cudownego zdania: "Jestem w Rumunii 6 tygodni i teraz już ludzie mogą mnie dotykać". Robię tym furorę :)Rumuni swoją drogą też uczą się polskiego, więc na FB teraz sobie mogę czytać takie słodkie statusy jak "było super kochanie!" albo "jestem zmęczony, dobranoc". No i oczywiście "jako tako" rządzi!Podoba im się też polonez, chcą go tańczyć na imprezie z okazji końca GROW, zatem dzisiaj znowu ich uczyłam i znowu czułam się jak w liceum (ach, Norwid mój kochany).
Więc jestem szczęśliwa i radosna w tej Rumunii. Mam nadzieję, że nie jest to tylko faza wzlotu przed gigantycznym upadkiem w Timisoarze... Pewnie po takich świetnych 6 tygodniach wszystko będzie mi się wydawało słabe, no ale zobaczymy. Oczywiście nie jest idealnie, mam te swoje małe frustracje, a frustruje mnie to, co zawsze. Jak ktoś mądrze ponad rok temu mi powiedział: "Kasia Kasia, wszystko przez to, że układasz sobie w głowie scenariusze, a potem kiedy ludzie się nie dostosowują, jesteś zdziwiona." Zaiste to prawda. Wyciągnęłam z tego pewne, ale i tak mi trudno i czasami nie wiem jak to wszystko działa. Coś muszę zmienić jednak, bo bycie nieustannie złośliwym nie jest najlepszą metodą na pokazanie, że się kogoś lubi (chociaż dla mnie to jest takie oczywiste :D).

Na koniec, żeby nie było tak idealnie, kolejne moje spostrzeżenie na temat polskich produktów w Rumunii. Na prawdę nie mogę się nadziwić, że Tymbark tu smakuje trzy razy gorzej. Dzisiaj znalazłam limitowaną edycję Kubusia, wygląd przypominający pleśń mnie nie zachwycił :) Chociaż może to Kubuś o smaku szczawiu, wtedy kolor by się zgadzał.

wtorek, 24 sierpnia 2010

polskie tradycje - trener jakby pijany



W ramach przygotowywania mojego ostatniego dnia polskiego szukałam jakichś ciekawych filmów o Polsce i znalazłam jeden fajny: http://www.youtube.com/watch?v=XHFfUmGLo7w

Przypomniało mi się, jak na pierwszym roku tak robiłam, wrocławskie tramwaje są najlepsze na świecie... W Suceavie tramwajów niestety nie ma, ale wczoraj udało nam się zrobić coś podobnego do zabawy w bobsleje w autobusie numer dwa, cudownie!
Myślę, że dzień polski był bardzo udany, nawet jeśli tym razem nie było pierogów. Tańczyliśmy poloneza (na studniówce wychodziło mi to lepiej, hmm, kiedy to było?), opowiedziałam im też legendę o smoku wawelskim i legendę o Wandzie co nie chciała Niemca, co nie spotkało się z ich zrozumieniem. Różnice kulturowe, trudno :) Wciąż próbuję Rumunów uczyć polskiego, niestety nie wiedzieć czemu najlepiej zapamiętują najgłupsze rzeczy (ciężko je nawet na blogu przytoczyć). W każdym razie dzisiaj próbowałam uczyć ich na poważnie jakichś podstawowych rzeczy, czyli liczby, powitanie itp. Potem próbowaliśmy jakieś proste dialogi układać. Najbardziej podobało mi się:
chłopak: Wyjdziesz za mnie?
dziewczyna: Jako tako!

Poza tym okazuje się, że niektóre aspekty bycia trenerem sprawiają mi wciąż trudność. Strasznie utkwiło mi w pamięci, że kiedy coś piszę, to absolutnie nie mogę do nich stawać tyłem. Staram się więc stać bokiem i w konsekwencji piszę strasznie krzywo. Potem staram się poprawić, więc wychodzi krzywo w drugą stronę. Jak patrzę później na rezultaty, to wygląda jakbym pisała to po pijaku. Oczywiście starali się mnie pocieszyć mówiąc, że to symboliczne, że w karierze każdego lidera są upadki i wzloty, ech :)

poniedziałek, 23 sierpnia 2010

z tęsknoty wariuję za Polską

Jestem tu dopiero 5 tygodni a już zaczynam tęsknić. Chyba mam drugą fazę szoku kulturowego. Może to dlatego, że wcale nie chcę stąd wyjeżdżać. Właśnie się przyzwyczaiłam, a tu już koniec. Najchętniej bym została jeszcze trochę, ale intensywny kurs rumuńskiego w Timisoarze wzywa...
W każdym razie tęsknota objawia się dziwnie. Najdziwniejsze, że wcale do Polski nie chcę wracać. Jednak mimo wszystko brakuje mi języka. Jasne, po angielsku mogę wyrazić (prawie) wszystko to, co myślę, ale za nic w świecie nie potrafię żartować. To pewnie przez to moje prześmiewczo-ironiczne poczucie humoru, które po angielsku brzmi fatalnie (a po niemiecku dramatycznie). Staram się więc po polsku mówić, wczoraj przeprowadziłam fascynującą rozmowę z rumuńskim psem. Patrzył na mnie tak, jakby rozumiał i reagował kiedy wołałam na niego "Szarik". Byłam bliska zaśpiewania mu piosenki z "Czterech pancernych", ale to chyba byłaby przesada... Zatem tęsknię za polskim, mimo że czasem sprawia mi trudności. Wczoraj uparcie twierdziłam, że kobieta z Turcji to Turka, absolutnie nie Turczynka, tylko Turka właśnie :) Żeby nie było wątpliwości, nie jestem taką okropną osobą, która wyjeżdża na miesiąc za granicę i zapomina języka. Nie zamierzam też po powrocie mówić z angielskim (ani tym bardziej z rumuńskim) akcentem. Jakoś to będzie. Mam nadzieję, że nie zwariuję z tej tęsknoty. Na razie smutki zapijam rumuńską wersją mojego kochanego tymbarkowego Kubusia, czyli Tedim, fuj :)

niedziela, 22 sierpnia 2010

postkomunistyczne frustracje

Wciąż borykam się z brakiem internetu, niedługo chyba zamieszkam w tym centrum handlowym, tak bardzo kocham wifi. No, ale przynajmniej okazało się, że jednak tam gdzie mieszkam jest ciepła woda!
W piątek wreszcie udało mi się zobaczyć zachód słońca, o dziwo tym razem zdążyliśmy. Faktycznie widok jest niezły, uroki Suceavy w całej okazałości. Niestety znowu wyszłam na dziwaka, bo zamiast delektować się tradycyjnym tureckim alkoholem (nie mogę tego pić, wspomnienia jednej imprezy w XXlatce są zbyt świeże), rozprawiałam cały wieczór o polityce. Poznałam chłopaka, który też "się zna" i dowiedziałam się mnóstwa ciekawych rzeczy o tutejszych kampaniach wyborczych, więc byłam zachwycona doprawdy! Oczywiście później zeszliśmy na tematy mniej przyjemne. Opowiedziałam mu historię posła Filipa Adwenta i tego jak to "Studenci Uwr nie zauważyli, że europoseł zmarł". Wciąż mnie to boli, ale media w Rumunii wcale nie działają lepiej niż u nas, więc wspólnie z Bogdanem dzieliliśmy nasze środkowoeuropejskie frustracje. Czasami myślę, że nie wszystko jest ze mną do końca w porządku, zbyt często wychodzi ze mnie ten politolog maniak, na imprezach to chyba nie wygląda za dobrze.

W ramach poznawania Rumunii wybrałam się w sobotę do Iasi. Miasto jest mniej więcej takie jak myślałam: duże, aktywne i całkiem przyjemne. Czułam się trochę jak we Wrocławiu! Jednak mimo, że w Suceavie czuję się bardziej jak w Częstochowie, co mnie lekko przygnębia, to jednak bardo się cieszę, że ostatecznie trafiłam tutaj. Zatem absolutnie nie żałuję, że mnie tu przenieśli. Chyba nie do końca chodzi o samo miasto, bardziej o ludzi, tutejsi Rumuni najlepsi na świecie! Tak, przyznaję, że fakt że przez długi czas byłam tu jedynym obcokrajowcem też sprawiał, że się czułam dobrze (syndrom pępka świata do mnie wraca).
W Iasi wypożyczyliśmy rowery (Wrocławiu, kiedy dasz nam taką możliwość?), co mnie ucieszyło niesamowicie. Zapomniałam już prawie, jak to lubię! Niestety moje przyzwyczajenie do Batawoza mogło skończyć się tragicznie. W moim kochanym rowerze nic nie działa tak jak powinno, jeśli chcę się zatrzymać dociskam hamulec do końca, a i tak nie wiele się dzieje. Tutaj zrobiłam tak samo i prawie wyleciałam przez kierownicę, więc przygoda była. Po tej wycieczce wieszczę rychły upadek cywilizacji zachodniej z powodu braku aktywności fizycznej, na prawdę prowadzenie rowerów pod górkę bo "nie chcę się zmęczyć" jest trochę smutne... Ogólnie jednak z wypadu do Iasi jestem zadowolona. Udało mi się spotkać ludzi, których poznałam na konferencji w lipcu, bardzo mnie to ucieszyło. Jeden z nich, Estończyk - politolog (!), pocieszył mnie trochę, mówiąc że "na imprezach on też tak ma". Potem pogadaliśmy sobie o UE, więc byłam cała szczęśliwa :)
Jedyna rzecz, która mnie zaskoczyła, to fakt, że Rumuni którzy nas po mieście oprowadzali cały czas proponowali, że nas zabiorą do centrum handlowego. Zupełnie tego nie rozumiem, czy to aż taka atrakcja? Różnice kulturowe czy co? A może wyglądam na galeriankę? Hmm, w sumie już druga godzina w Iulius Mall dzisiaj, może coś w tym jest.
W drodze powrotnej sprawdzałyśmy jak wygląda nasza tolerancja w praktyce. Tyle mówię podczas GROW o tych Romach, że to jednak nie jest takie proste, żeby ich nie oceniać i żeby chociaż trochę spróbować ich zrozumieć. Miałam zatem szansę. Przedział dzieliłam z cygańską młodą matką i jej wiecznie płaczącymi dziećmi. Wcale nie było tak źle. Przeżyłam.

Wczoraj się dowiedziałam, że na pierwszy rzut oka robię wrażenia snoba, który podnieca się swoim intelektem (bez przesady, chyba nie ma się aż tak czym podniecać). W dodatku stawiam ludziom zbyt wysoko poprzeczkę i rozmawiam tylko z mądrymi, a resztę krytykuję. Tak, pewnie coś w tym jest, ale... Wiem co lubię, wiem czego nie lubię, czy to źle? Owszem lubię mądrych ludzi, ale chyba bardziej chodzi o to, że cenię ludzi, którzy mają własne zdanie i własne zainteresowania. Wcale nie muszą się koniecznie znać na polityce, może to być cokolwiek innego ( o dziwo, nawet trance działa!). Zastanawiam się, co teraz zrobić. Chyba powinnam w pokorze przyjąć krytykę i faktycznie czasem swoje ironiczno-prześmiewcze uwagi zachować dla siebie... Rumunia uczy życia w wielu aspektach, bardzo mnie to cieszy :)

czwartek, 19 sierpnia 2010

dwadzieścia lat później

Przeprowadziłam się po raz kolejny. W sumie mi to nie przeszkadza, mieszkam sobie z Cigdem, mamy wreszcie własny klucz i nie musimy się przejmować. Ulokowali nas w kuratorium, to chyba najlepsze polskie słowo na to. Jest całkiem przyjemnie, chociaż absurdy nas dopadają. Jest tu wifi, ale nikt nie zna hasła. Potrzeba było dwóch dni i milijonów telefonów, żeby ustalić, kto może wiedzieć. Oczywiście jak już dostałyśmy hasło, okazało się, że internet i tak nie działa :] Poza tym nie ma ciepłej wody, Suczawa jest piękna jeśli o to chodzi! Czytam właśnie książkę o upadku komunizmu, ciekawe rzeczy o Rumunii tu znalazłam. Za Ceausescu z racji tego, że sprzedawali energię na Zachód (uroczy pomysł) też nie było ciepłej wody, więc ukuli okolicznościowy żarcik: "Co jest zimniejszego w Rumunii niż zimna woda? Ciepła woda." :D Dużo się nie zmieniło, jak widać, chociaż pewnie powody inne.
Rumuńska organizacja też mnie powala, zupełnie się nie przejmują niczym. Robiliśmy grilla, miał być o pierwszej, zanim udało się cokolwiek zacząć robić, to była 17 i zaczęło padać, uroczo. W Polsce chyba by mnie trzy razy szlag trafił, a tu ludzie zupełnie na luzie do tego podchodzą.

GROW wciąż mnie zachwyca, chociaż teraz mamy tylko 8 osób. Mimo wszystko są bardzo zaangażowani i zmotywowani. No i mają 18 lat, więc mogę pić z nimi piwo, ha! Podczas ewaluacji jeden chłopak napisał coś szalenie miłego. Na pytanie "Czy ta sesja mogłaby być lepsza?" napisał "Nie, Kasia jest profesjonalna niczym Donald Trump" :) Nie do końca chwytam analogię, ale i tak uważam, że to urocze! Szkoda, że mój pobyt w Suceavie się kończy, ech...

niedziela, 15 sierpnia 2010

mołdawscy przemytnicy

Drugie podejście do wyjazdu do Mołdawii okazało się bardziej udana, więc dojechałam i nawet wróciłam do Suczawy! Niestety pierwsza próba opisania moich wrażeń na blogu nie udała się. Byłam już w połowie kiedy w Mołdawii zabrakło prądu, potem już do końca weekendu nie udało się odzyskać internetu. Mam jednak nadzieję, że pamiętam wszystko!
W piątek autobus przyjechał, więc zapowiadało się nieźle. Pan kierowca został oczywiście przez moją znajomą Rumunkę poinformowany, że mówię tylko po angielsku. Bardzo to przeżywał i posadził mnie zaraz za sobą, żebym przypadkiem Balti nie przegapiła (bo oczywiście nie umiał powiedzieć kiedy dojedziemy, może o 15 a może o 18?). Jazda za kierowcą była ekscytująca, drzwi to autobusu z obu stron były otwarte, więc mogłam zamiast zimnego łokcia robić sobie zimne kolano. To rozwiązanie z drzwiami jest bardzo praktyczne, oprócz tego, że daje przepływ powietrza to jeszcze umożliwia wymianę bluzgów z innymi uczestnikami ruchu. Poza tym kiedy żona pana kierowcy chce jakieś towary ludziom na przystanku przekazać, może je im rzucić (i nie ma potrzeby zatrzymywania od razu całego autobusu!). Przez otwarte drzwi można też wyrzucać odpadki, najbardziej podobał mi się gigantyczny latający słoik po ogórkach kiszonych, jeszcze z wodą w środku. Niechybnie można tym zabić. W autobusie udało mi się poznać młodego chłopaka z Mołdawii, który świetnie mówił po angielsku, zyskałam więc lokalnego przewodnika. Bardzo dużo mi wyjaśnił, dzięki temu może trochę lepiej tę Mołdawię mogłam zrozumieć. Zamęczałam go więc pytaniami, a ciekawiło mnie sporo, np:
- dlaczego autobus zatrzymał się w środku lasu, a kierowca wysiadł z narzędziami w ręku? Awaria? Oczywiście nie! Zbliżaliśmy się do granicy, trzeba było pochować towar! Oczywiście czytałam wcześniej, że na tej trasie ludzie często szmuglują różne rzeczy, no ale nie spodziewałam się, że to prawda. W każdym razie zobaczyłam że pod atrapą kosza na śmieci wypełnionego pustymi butelkami po alkoholu można przewieźć na prawdę sporo "nielegalnej" bielizny na sprzedaż :)
- dlaczego nagle skończył się asfalt i jechaliśmy czymś, czego w ogóle nie da się opisać, podczas gdy nieopodal widać było całkiem nową drogę, po której nikt nie jechał? Sergiu powiedział mi, że droga została zbudowana źle i na samym środku zrobiła się gigantyczna dziura, którą trzeba jakoś załatać. Wlało to w moje serce nadzieję, że nie jest tak źle, no bo naprawią i będzie normalnie... Niestety dziura zrobiła się trzy lata temu.
- dlaczego staliśmy dwie godziny na granicy i totalnie nic się nie działo? Tego nawet mój tubylec nie wiedział, po prostu czasami tak bywa.
Podróż z przemytnikami bardzo mi się podobała, nawet granica nie była taka straszna jak mnie straszyli. Samo Balti (czy raczej Bielce, bo to typowo rosyjskie miasto) nie zachwyca. Niby to drugie co do wielkości miasto, ale faktycznie przypomina dużą wieś, nic się nie dzieje, jedynymi rozrywkami są tutaj targ (czynny też w niedzielę) i kwas chlebowy sprzedawany z beczek na ulicach. Faktycznie widać, że to biedny, poradziecki kraj. Piętnaście minut piechotą od centrum kończy się miasto, kończą się drogi, wszystko się kończy... Można za to zobaczyć pola, chaszcze, zawalone domy i zdezelowane samochody. Za to wieczorem "na mieście" lans, jakiego dawno nie widziałam. Naprawdę ładne dziewczyny w naprawdę drogich ciuchach, na pewno nie był to lans bazarowy. I drogie samochody, które jakoś dziwnie i nienaturalnie wyglądają na dziurawych ulicach. Mnóstwo kontrastów. Chyba tak właśnie to sobie wyobrażałam, ale wyobrazić sobie coś a zobaczyć na własne oczy to jednak różnica. Szkoda, że nie mówię po rosyjsku, pewnie miałabym o wiele więcej wrażeń. Ale i tak bardzo mi się podobało, zwłaszcza mołdawskie wino, tanie owoce, no i bryndzyk (ser z lodówki w czekoladzie, Kinder Pingui się chowa). Droga powrotna też dostarczyła mi trochę emocji. W sobotę wieczorem zadzwoniłam do pana kierowcy, zapewnił mnie, że owszem, autobus na pewno w niedzielę rano jedzie. Na miejscu okazało się, że może pojedzie, a może nie pojedzie, zależy ile ludzi się pojawi... Na szczęście się udało! Tym razem jednak nie znalazłam nikogo, kto mówiłby po angielsku, a szkoda, bo i na granicy było ciężej. Co prawda trwało to krótko, ale wszyscy musieliśmy wysiąść i czekać na dworze aż celnicy dokładnie przeszukają autobus. Każdy też musiał swoje bagaże pokazywać, dziwnie było patrzeć na stare kobiety wyciągające ze swoich kraciastych toreb jakieś słoiki, papierosy, ubrania... Oczywiście ja nie musiałam swoich rzeczy pokazywać, jakże wdzięczna jestem losowi za mój paszport UE w kolorze burgundzkiego wina! Faktycznie luksusowo się podróżuje. Wróciłam więc cała i zdrowa do Rumunii, którą teraz chyba jeszcze bardziej doceniam i lubię! No, ale rano do pracy... :)

czwartek, 12 sierpnia 2010

podróżnik samotnik

Miałam jechać do Konstancy, nad morze. Miałam już bilet, wszystko ustalone. Tradycyjnie jednak doszłam do wniosku, że spontaniczne decyzje są dużo lepsze i w ostatniej chwili postanowiłam pojechać sama do Mołdawii. Nawet wczoraj udało mi się ustalić, że z Suczawy do Balti jest bezpośredni autobus. Wszystko wydawało się proste, no ale to jednak Rumunia. Rano na dworcu coś mnie tknęło i postanowiłam jeszcze raz dowiedzieć się, skąd ten autobus dokładnie odjeżdża. Nawet udało mi się znaleźć młodych ludzi z niezłym angielskim. Dowiedzieli się zatem od pani w okienku, że owszem jest taki autobus, ale nie jeździ codziennie, no i dzisiaj niestety przypada ten dzień, w którym autobusu nie ma. Czy jutro będzie, nie wiadomo. Wkurzyłam się zatem i poszłam do domu, po drodze wylewając swoje żale przez telefon. W międzyczasie znajomy Rumun ustalił, że jednak ten autobus dzisiaj będzie, więc jak się pospieszę to może zdążę. Nie zdążyłam... Jutro kolejna szansa, chociaż oczywiście nikt nie zagwarantuje, że piątek jest dniem, w którym można pojechać do Mołdawii. Jak to jest możliwe w ogóle? Ciężko mi to zrozumieć. Siedzę zatem teraz w domu, w perspektywie mam pewnie samotny weekend połączony z rozpamiętywaniem i pytaniami "czemu do cholery nie pojechałam nad morze?". Ech...

czwartek, 5 sierpnia 2010

rumuński dzień

Dzisiaj w ramach dalszych eksperymentów na samej sobie poszłam do rumuńskiego fryzjera. Pani, która się mną zajmowała, mimo wcześniejszych zapewnień, oczywiście nie mówiła po angielsku. W rezultacie z jednej strony mam włosy takiej długości jak chciałam, a z drugiej o połowę krótsze. Wygląda całkiem ładnie i nawet artystycznie z lekka. Zatem mam już rumuńską fryzurę, rumuński telefon, rumuńskich uczniów! Czuję się tu całkiem swojsko. Nawet już trochę udaje mi się mówić po rumuńsku, chociaż na razie same głupoty. W sumie jakoś tak wyszło, że uczę się samych negatywnych rzeczy. Oprócz mojego ulubionego "nie dotykaj mnie" umiem też "nie mów mi", i "nie lubię". Udaje mi się też zapamiętywać dłuższe zdania, najbardziej chyba przydaje mi się "jesteś ironiczny czy po prostu dziwny?". Mam nadzieję, że uda mi się jednak kiedyś nauczyć bardziej życiowych zwrotów.
Dzisiaj mieliśmy przedostatni dzień GROW 1.0. W ramach chyba już pożegnania zrobiliśmy (a raczej oni zrobili) dzień rumuński. Na prawdę się wzruszyłam, bo przecież wcale nie musieli tego robić. Zwłaszcza, że jestem tu jedynym obcokrajowcem, więc to tak w zasadzie ciekawe jest tylko dla mnie, a dla pozostałych 25 osób (Rumunów) zupełnie nie, bo i tak już to wszystko wiedzą. Było bardzo miło, jadłam tradycyjne rumuńskie jedzenie (które wyglądało zupełnie jak gołąbki, hmm), nauczyłam się tańca ludowego i nawet przebrali mnie w regionalne stroje ludowe! Poza tym przenieśli gitarę i śpiewali piosenki, z których nic nie rozumiałam, ale i tak wydawały mi się słodkie. Niechybnie zostanę rumunofilem. Mam już nawet na nadgarstku tasiemkę w narodowych barwach, cudowny prezent!
Tu gdzie teraz mieszkam też powodzi mi się nieźle. Nie dość, że jako jedna z nielicznych w mieście mam ciepłą wodę, to jeszcze się załapuję na darmowe jedzenie. I to nie byle jakie! Dzisiaj np. dostałam świeżo przez panią Manuelę upieczony chleb i jeszcze ciepłe domowe konfitury porzeczkowe! Za dobrze mi tu!
Oczywiście czasem wciąż czuję, że ciężko się porozumieć. Ja coś mówię albo robię, a oni to rozumieją zupełnie na opak. Wygląda to czasami tak:
http://www.youtube.com/watch?v=m1TnzCiUSI0

wtorek, 3 sierpnia 2010

różnice kulturowe dla średniozaawansowanych

Nie jest łatwo. Rzeczy, które w Polsce wydają się całkiem oczywiste, tu są zupełnie nieoczywiste. Pozornie niewinne gesty okazują się pełne znaczeń, które rozumieją wszyscy poza mną. Jak żyć mam w tym rumuńskim gąszczu niejasności, ja się pytam? Zasadniczo chodzi o coś więcej niż ilość spożywanego mięsa czy rozmieszczenie przystanków. Tu się po prostu myśli inaczej.

Staram się przyzwyczajać i nawet przejmować co nieco z ich kultury i zwyczajów. Przeprowadzam nawet mały eksperyment na sobie: za każdym razem jak z kimś rozmawiam, muszę go dotknąć przynajmniej raz. Oczywiście w ogóle nie wychodzi mi to naturalnie, bardziej w stylu "zły dotyk boli przez całe życie". Pomyślałam zatem, że skoro nie umiem na poważnie, to spróbuję bardziej na wesoło (w końcu jeden z uczniów w ankiecie napisał mi, że powinnam być bardziej wyluzowana). Postanowiłam więc pokazać im tzw. gejny uścisk dłoni. Przy przywitaniu trzeba palcem wskazującym kilka razy przesunąć po dłoni drugiej osoby, nic wielkiego. W Polsce czasem tak robię dla zabawy. Reakcja zawsze jest podobna: "Fuj! Ochyda! Ależ to gejne!" itp. Rumuni reagowali entuzjastycznie, więc w pełni radości (i nieświadomości, jak się później okazało) uskuteczniałam ten "żart" cały wczorajszy wieczór, a nawet dzisiejszy poranek. W końcu ktoś się zlitował nade mną i oświecił mnie, że w Rumunii taki gest znaczy ni mniej ni więcej tylko... "chcę z tobą pójść do łóżka". No na litość! Tego się nie spodziewałam, absolutnie! Teraz już chyba w ogóle przestanę ich dotykać, jak tak to ma wyglądać, hmm. Wujku Google, przetłumacz to dobrze: gejny uścisk dłoni nic nie znaczy ;)

Poza tym Suceava kolejny raz ujawniła przede mną jakąś ciekawostkę. Okazuje się, że bardzo dobrze, że się przeprowadziłam, bo w przeciwnym razie przez miesiąc nie miałabym ciepłej wody. Całe miasto zostało jej pozbawione z powodu remontu (jak to możliwe w ogóle?!). Na szczęście tam gdzie teraz mieszkam jest jakieś alternatywne urządzenie do ogrzewania, chociaż kiedy się je włącza to również kaloryfery robią się ciepłe, no ale coś za coś. Z resztą podobno i tak lato 2010 nie jest takie najgorsze, czasem ciepłej wody nie ma nawet 4 miesiące. No ale co poradzić, remont to remont!

poniedziałek, 2 sierpnia 2010

Aktywnie

Rumuni moi kochani czytają tego bloga tłumacząc go z pomocą gugla, jestem wzruszona do głębi! Niestety przez to muszę uważać co o nich piszę! Na szczęście jak na razie same pozytywne doświadczenia z nimi związane posiadam, więc chyba nie ma problemu. Czekam aż z pomocą gugla zaczną mi po polsku pisać komentarze :)

Weekend minął szalenie aktywnie. W sobotę do Suceavy przyjechali ludzie z AIESEC Iasi: chłopak z Porto Rico i dziewczyny z Tajwanu i Hongkogu. W połączeniu ze mną i Rumunami powstała całkiem sympatyczna mieszanka. Zwiedziliśmy więc miasto (wreszcie mi się udało).Widzieliśmy oczywiście ogromny pomnik Stefana Wielkiego, który jest tutaj chyba największym bohaterem narodowym. Dziwne, że wciąż o nim pamiętają, mimo iż zmarł na początku XVI wieku. Zdecydowanie Rumunom brakuje pozytywnych postaci w najnowszej historii.
W sobotę odwiedziliśmy też skansen w którym można obejrzeć oryginalne domy, w których dawniej mieszkali Rumunii. W jednym nawet pokazano jak wyglądają obrzędy pogrzebowe, co mnie osobiście nie zachwyciło. Później zwiedzaliśmy kościół, a oprowadzała nas po nim żona księdza. Wciąż nie mogę się do tego przyzwyczaić. Wieczorem pojechaliśmy do pobliskiej wioski, gdzie spędziliśmy noc opowiadając upiorne historie. Jednak po angielsku to nie jest to samo, zwłaszcza jak jest łamany i z chińskim akcentem, to wtedy trudno jakoś się porozumieć. Korzystając z okazji zrobiliśmy mały eksperyment: przez minutę każdy z nas mówił w swoim własnym języku. Całkiem inspirujące to było, ale choćbym nie wiem jak się starała nie rozróżniam mandaryńskiego od tradycyjnego dialektu używanego na Tajwanie! Tak czy inaczej to było bardzo ciekawe doświadczenie międzykulturowe. Chyba trochę przygotowało mnie na to, co stało się dzisiaj podczas sesji GROW. Mieliśmy rozmawiać o kulturze rumuńskiej i o wartościach w naszym życiu. Dyskusja zeszła na sytuację Węgrów w Rumunii. Zadziwia mnie skąd w tych dzieciakach tyle złości i agresji kiedy o tym mówią. Miałam wrażenie, że za chwilę ktoś powie: "zbudujmy im getto"! Bardzo mnie zaskoczył dzisiejszy dzień. Chyba nie zdawałam sobie sprawy, że to jest aż tak poważny problem dla nich, zwłaszcza dla młodych którzy za pewne nie znają żadnych węgierskich Rumunów. Pytali mnie też o polskie doświadczenia z mniejszościami. I co ja niby miałam powiedzieć?? "Tęsknię za Tobą Żydzie"?? Ciężko te polskie doświadczenia przenieść tutaj tak, żeby były dla nich jasne. Mało wiedzą o historii, a jeszcze dzisiaj powiedzieli że ich generacja z moją się nie porozumie... Czuję się staro! Chyba czas to w sobie zaakceptować :)

sobota, 31 lipca 2010

kulturowy szok

Na tygodniowym szkoleniu, które miałam przed praktykami wszyscy, którzy mają już jakieś doświadczenie mówili strasznie dużo o różnicach i o szoku kulturowym. Oczywiście zdawałam sobie sprawę, że tu jest inaczej, ale wydawało mi się, że przesadzają i to bardzo. W końcu Rumunia to nie Arabia Saudyjska czy Japonia. Jasne, jeśli Wesam, który prowadził szkolenie przyjechał z Jordanii do Europy, to musiał przeżyć szok, ale ja? Niestety chyba nie da się tego uniknąć. Po dwóch tygodniach mam już chyba wszystkie objawy:

faza 1 - entuzjazm. Rumunia rządzi, Rumuni są najsympatyczniejsi na świecie. Dają mięso 5 razy dziennie, czad :)
faza 2 - zmęczenie. Najchętniej spało by się cały dzień. Na pewno to nie jest przez różnicę czasu, poza tym wcale nie pracuję tak dużo...
faza 3 - zdziwienie. W tym kraju nic nie działa tak jak powinno. Normalnie jest tylko w Polsce, bo tam ludzie mówią po polsku, a tu poszaleli. (U mnie najgorsza faza, połączona z zatruciem tym "dziwnym" jedzeniem. )
faza 4 - zwątpienie. No i po co mi to było? Trzeba było siedzieć w domu, jechać na Woodstock, cokolwiek.
faza 5 - przeprowadzka. Nie wiem czy to jakaś specjalna sztuczka wymyślona przez AIESEC, żeby ludzie mieli więcej wrażeń, ale na szkoleniu dużo ludzi mówiło o tym, że nagle, z dnia na dzień musieli się przeprowadzić. Oczywiście założyłam, że mnie to nie spotka, a jednak. Zatem opuszczam mą rumuńską rodzinę w poniedziałek.
faza 6 - refleksja. Może to ze mną coś jest nie tak, może się nie potrzebnie tak spinam i źle nastawiam. W gruncie rzeczy przecież cieszę się, że tu jestem, bo dużo mnie to uczy. Czas porzucić stare nawyki i zmienić nastawienie.
faza 7 - entuzjazm 2. Przecież nie jest tak źle. GROW rządzi. Mam milijony rumuńskich znajomych na fejsie. Będę spać dziś w rumuńskim klasztorze. Super jest znowu :)

Mam nadzieję, że ten cykl się nie powtarza, nie chcę się przeprowadzać co dwa tygodnie. Wcale też nie jest tak, że bardzo mi tu źle, przeciwnie :) Cieszę się, że tyle o tym szoku mówili na TtT, przynajmniej mogę się samodiagnozować i mniej mnie to wszystko stresuje, bo wiem, że nie tylko ja tak mam. Dzięki temu mogę bardziej cieszyć się tym co się dzieje. Wczoraj na przykład siedzieliśmy kilka godzin w księgarni (taki chyba rumuński EMPiK) przy herbacie i książkach, było uroczo! Nawet kupiłam sobie coś po angielsku o obaleniu Ceausescu, może dzięki temu lepiej tych moich Rumunów zrozumiem!

piątek, 30 lipca 2010

trenerem być

Coraz bardziej podoba mi się praca trenera, naprawdę bardzo to satysfakcjonujące. Zwłaszcza jak czytam te ich ankiety, w których piszą, że są zadowoleni i że wszystko jest tak jak powinno :)

Oczywiście nie zawsze jest łatwo i zdarzają nam się potknięcia i niedociągnięcia. Najczęściej są związane z technologią (przyznaję, to nie jest moja mocna strona), np. filmik urywa się w najważniejszym momencie, albo walczę z rzutnikiem (prawie jak na Koszmarowej, tylko tu nie ma mężczyzn do pomocy). Czynnik ludzki też oczywiście ma znaczenie, np. dzisiaj czekaliśmy na klucze pół godziny, bo pani sekretarka poszła na kawę :) Jednak ogólnie rzecz biorąc wszyscy jesteśmy zadowoleni (chociaż oczywiście daleko nam do samozachwytu). Przed padnięciem w pychę chronią mnie moje własne błędy i porażki. Dzisiaj podczas przerwy chcieliśmy zrobić sobie grupowe zdjęcie, jako że pogoda tutaj piękna. Wyszliśmy przed uniwersytet i wszystko szło idealnie, dopóki nie okazało się, że brakuje dwóch uczestników, dziewczyny i chłopaka. Oczywiście szesnastolatki od razu zaczęły wymyślać cudowne plotki o romansie i przez kilka minut głównym tematem było to, czy Grigore podrywa Danielę czy odwrotnie... Niestety prawda okazała się dużo gorsza - przez przypadek zamknęłam ich oboje w sali :) Wychodziłam i nie sprawdziłam czy ktoś tam jeszcze jest, po prostu zamknęłam drzwi. Ale kto wie, jeśli faktycznie ta sytuacja sprawi, że będą mieli romans, to może nawet będą mi wdzięczni... Ale jak na razie strasznie mi głupio...

czwartek, 29 lipca 2010

Europa


Rumuni wciąż mają jeszcze wiele kompleksów, jakby nie czuli się do końca częścią "cywilizowanej" Europy. Żalą się, że na Zachodzie postrzega się ich głównie przez pryzmat ich problemów z Romami i że dla przeciętnego Europejczyka Rumun = Cygan = złodziej/żebrak/nieudacznik. Pytali mnie jak w Polsce mówi się o ich kraju i aż mi głupio się zrobiło, jak pomyślałam o tych bezsensownych żartach, które sama powtarzałam (np. ten o uciekającym ziemniaku i schabowym teraz już nie wydaje mi się aż tak śmieszny). Przygnębiają mnie rozmowy z tym szesnastolatkami, naprawdę inteligentnymi, zabawnymi i świetnie mówiącymi po angielsku, bo cały czas słyszę od nich, że w Rumunii jest beznadziejnie, że nic się nie zmieni, że tu nie ma przyszłości i że trzeba jechać za granicę, żeby cokolwiek osiągnąć... Faktycznie, kraj jest zaniedbany, pełno jest bezpańskich psów, kable zwisają na wysokości twarzy, a każde wyjście na ulicę to walka z szalonymi kierowcami... ale są też piękne miejsca (Karpaty! czegoś takiego nie można nie doceniać!), Rumuni są otwarci i spontaniczni, no i z pewnością jest tu wielu ludzi, którzy mają potencjał żeby coś zmienić. Taki np. Stefan, prezydent School of Values (rumuńskie NGO). Ma 32 lata, żonę, dwójkę dzieci. Miał poukładane życie w Belgii, ze świetną pracą i mnóstwem kasy. A jednak wrócił i teraz pracuje na prawdę ciężko, żeby GROW się udał, żeby te dzieciaki miały szansę przeżyć i nauczyć się czegoś fajnego. Jak na to wszystko patrzę, to aż chce mi się uwierzyć w to, że Rumunom się uda. Chociaż jak na razie coś takiego jak dbanie o dobro wspólne tu nie istnieje, każdy patrzy tylko na siebie. Kiedy w barze kelnerka zapomniała policzyć mojego drinka, po prostu poszłam i zapłaciłam sama, a Rumuni mówili "no co ty, byłby zysk!" i pytali czy w Polsce wszyscy tacy uczciwi... ech, daleka droga przed nimi.

Z ciekawostek to zauważyłam, że na ulicach pełno tu flag Rumunii i UE, dosłownie są wszędzie. Zapytałam Didi, czy to dlatego że są dumni ze swojego kraju, czy co? Jednak w odpowiedzi usłyszałam, że po prostu powiesili je z okazji przystąpienia do Unii (1 stycznia 2007) i teraz nie ma kto ich zdjąć, bo nikt się nie poczuwa :)

środa, 28 lipca 2010

różnice

Niby Rumunia nie jest tak daleko, a jednak wiele rzeczy tu mnie zaskakuje i dziwi. Ludzie są tutaj bardzo otwarci. Podoba mi się to, ale staram się trzymać mój dystans i nie dać się za często dotykać (jakkolwiek to brzmi). Nawet umiem po rumuńsku powiedzieć "nie dotykaj mnie" i to działa!
Odkrywam jak ciężko być jedyną Polką, a nawet jedyną nie-Rumunką tutaj. Wciąż jeszcze uchodzę za atrakcję - czasem to przyjemne, a czasem ciężko znieść presję. Chociaż całkiem to miłe, że tu Polska uchodzi za kraj bardzo rozwinięty i cywilizowany.
Chyba przeżywam szok kulturowy, ale jakoś sobie radzę jak na razie. Staram się cieszyć tym co mnie tu zaskakuje, a jest tego cała masa. Mam już nawet listę:
- od 22 do 8 nie ma ciepłej wody
- je się tu mięso pięć razy dziennie
- w autobusach są specjalne osoby sprzedające bilety
- niemożliwością jest kupno mapy Suczawy (chyba nie nastawiają się tu na turystów za bardzo;P)
- przystanki autobusowe czasami nie są oznakowane, ludzie po prostu wiedzą, że tam jest przystanek i że autobus w końcu przyjedzie
- można tu przeżyć całkiem ekumeniczne doświadczenie, np pójść z rumuńskim protestantem do cerkwi wznieść modła
- policja podchodzi do prawa dość luźno - za wożenie ludzi w bagażniku dostaje się jedynie upomnienie
- przechodzenie przez ulicę zajmuje tu strasznie dużo czasu, naprawdę nikt się nie zatrzymuje

Mimo tych wszystkich różnic i tego, że czuję tu jak dziecko, którym nieustannie trzeba się opiekować bardzo cieszę się z pracy. Bycie trenerem nastolatków to na prawdę niesamowita frajda, zwłaszcza, że to bardzo mądre i kreatywne nastolatki! Chyba nawet ze mnie są zadowoleni, projekt się podoba, więc jestem pełna optymizmu :]

niedziela, 18 lipca 2010

Spontanicznie!

Wszystko się pozmieniało.
Zamiast tygodnia w Bukareszcie jest tydzień w Predeal. Zamiast praktyki w Jassach jest praktyka w Suczawie. Chyba nie robi mi to różnicy, ale Rumuni jak na razie zaskakują mnie brakiem zorganizowania, chociaż może lepiej nazwać to spontanicznością? W każdym razie efekt jest taki, że dopiero siedząc na lotnisku w Budapeszcie i czekając na samolot, zastanawiam się co zrobię jak już dotrę do Bukareszt, gdzie będę spać i czy tajemnicza Ines odbierze mnie z lotniska. Czyli jak na razie wyjazd bardzo mnie cieszy :)

wtorek, 13 lipca 2010

Decyzje

Decyzja podjęta. 18 lipca jadę do Rumunii na 7 miesięcy.

Plan wygląda całkiem nieźle:
- tydzień szkolenia w Bukareszcie
- 5 tygodni praktyk w Jassach
- miesiąc kursu językowego w Timisoarze
- 4 miesiące studiów w Bukareszcie

Nie wiem jak to wszystko się ułoży, nie wiem czy mnie tamtejsza kultura nie zszokuje całkiem, nie wiem czy będę dobrym trenerem dla Rumuńskich nastolatków, nie wiem jak ograniczę mój dobytek do 23 kg bagażu lotniczego... Ale wiem, że Rumunia wzywa i że nie będę żałować :)