niedziela, 21 listopada 2010
po przerwie
sobota, 30 października 2010
różnorodność
piątek, 22 października 2010
oficjalnie zrumunizowana
poniedziałek, 18 października 2010
szok kulturowy, odc. 3
wtorek, 12 października 2010
dziko i domowo
sobota, 2 października 2010
Bukareszt i odzyskany
niedziela, 5 września 2010
belgrad i trudności lingwistyczne
Tęsknię za wawrzynami. To wcale mnie nie zaskakuje. Dziwi mnie natomiast, że tęsknię za AIESEC-sektą. Tego się nie spodziewałam. Tyle razy powtarzałam, że AIESEC-stajl nie dla mnie, a tu proszę. Chyba faktycznie doceniam rzeczy dopiero, jak je stracę. Co by nie mówić, ludzie z ajseku przynajmniej jakieś cele ambitne mają, nawet jeśli denerwują mnie tym nieustannym mówieniem o zmienianiu świata. Może coś w tym jest faktycznie? Dzisiaj spotkałam się z kilkoma w Timisoarze i od razu zupełnie wszystko inaczej wygląda. Rozmawiamy o czymś więcej niż tylko imprezy i alkohol, coś się dzieje ciekawego. Chociaż tych świrów erasmusowych też lubię, nie ukrywam, całkiem przyjemny wypad wczoraj urządziliśmy. Oczywiście nie byłam bym sobą, gdybym nie wkręciła się w rozmowę o polityce. Wszyscy zatem siedzieli na dworze i świetnie się bawili, a ja znalazłam sobie w akademiku dwóch biednych Rumunów i zachęciłam ich do zwierzeń :) Opowiadali mi dużo o tym jak im się tutaj żyje i w sumie to mówili mniej więcej to samo, co moje nastolatki: że ciężko, że frustrująco i że za komuny było lepiej (to mnie nieustannie zaskakuje).
Co do AIESECu to piątkowe spotkanie zaczęło się dziwnie. Od chłopaka poznanego na TTT usłyszałam: „Cześć Kasia! Wyglądasz ...(tu oczekiwałam komplementu)... jak dziewczyna!” No dobra, może obcięłam włosy i założyłam buty na obcasach, ale wcześniej chyba też nie było źle? Zapamiętał mnie jako Kasię-skejta (ghhhr, chyba naprawdę kiedyś te szerokie spodnie powyrzucam). No ale nic to, potem było tylko lepiej. Poszliśmy na imprezę, a w sobotę zabrałam się z nim do Belgradu. Żeby to zrobić musiałam (no dobra, nie musiałam ale chciałam) opuścić jedne zajęcia, na szczęście to tylko wizyta w muzeum historii Banatu, ponoć straszne nudy. Cieszę się zatem, że pojechałam! Oczywiście w ramach cięcia kosztów łapaliśmy stopa. Trochę ciężko było, bo najpierw szukaliśmy wylotówki, a potem Rumunom i tak musieliśmy trochę płacić, chociaż to straszne, że raz za 20 km zapłaciliśmy dwie dychy, podczas gdy Rumunka która też z nami jechała za ten sam dystans zapłaciła tylko 3 leje. Nie ma to jak oszukiwać obcokrajowców, ech. Mimo wszystko jednak wyszło taniej i zabawniej niż pociągiem, no i nie musieliśmy wcześnie wstawać. Poza tym pierwszy raz jechałam tirem, szalenie mi się podobało! W Belgradzie spędziliśmy uroczy sobotni wieczór i pół niedzieli, więc w sumie nie zbyt wiele czasu, ale i tak jestem zachwycona! Miasto jest piękne, zwłaszcza forteca urzekła mnie nocą! Muszę tam koniecznie wrócić jeszcze kiedyś! W ogóle chyba warto byłoby zwiedzić Bałkany, myślę, że spodobałoby mi się!
Weekend był zatem bardzo udany, chociaż końcówka trochę mnie zestresowała. Oczywiście w ostatniej chwili postanowiliśmy pójść na obiad i tak jakoś się zagadaliśmy, że nagle okazało się, że mój pociąg odjeżdża za 15 minut :) W pośpiechu zostawiliśmy naszą jedyną mapę Belgradu na stoliku, a ja przecież nie mam zupełnie orientacji w terenie! Już zatem myślałam, że na marne stałam pół godziny w kolejce i wydałam 40 pln na bilet. Nawet już oczami wyobraźni widziałam siebie znowu szukającą wylotówki, żeby wrócić do Rumunii :D Na szczęście M. dał radę i się nie zgubiliśmy, a nawet mieliśmy ze 3 minuty zapasu! Ja się dziwię, jak można tak się odnajdywać w zupełnie nowym mieście, czemu ja tak nie mam? Za dużo chyba myślę o problemach globalnych i nie skupiam się na tym, co widzę, trochę to straszne.
W pociągu poznałam uroczą australijską parę, która przez pół roku pracuje, a potem przez pół roku podróżuje i chyba byli już wszędzie. Świetne historie opowiadali! Niestety to spotkanie udowodniło mi, że nie ma co się tak podniecać moim angielskim. Co prawda jest lepszy niż typowy erasmus-english, ale i tak powinno być lepiej. Kiedy mówił do mnie Dave to było ok, ale kiedy do rozmowy włączała się narzeczona Dava to tragedia, nie rozumiałam 1/3... Muszę się pouczyć więcej, chociaż na razie skupiam się na rumuńskim i chyba nawet nieźle mi idzie. W piątek na imprezę przyszła do nas pani portierka, żeby powiedzieć nam tradycyjnie, że mamy się skończyć imprezę bo wezwie policję. Oczywiście wszyscy, łącznie z Rumunami, udawali, że nic nie rozumieją (i większość faktycznie nie rozumiała). Mi jednak żal się trochę zrobiło, więc chciałam nas jakoś wytłumaczyć i powiedziałam, że nie mówimy po rumuńsku. Z tego co mówili mi później Rumuni, powiedziałam to zupełnie bez akcentu (w końcu to jedno zdanie powtarzam od dwóch miesięcy). Pani więc pomyślała, że chcę ją oszukać i krzyczała, że mam nie udawać że nie rozumiem i nie kłamać więcej, bo przecież słyszy, że mówię po rumuńsku. Bardzo mnie to ubawiło :) Poza tym dzisiaj udało mi się pierwszą rozmowę z tubylcem przeprowadzić. Pan taksówkarz chciał ode mnie 15 lei, ale powiedziałam że jestem studentką z Polski i że nie mam pieniędzy :D Bardzo go to ubawiło i zapłaciłam tylko dychę :) Same sukcesy :D
środa, 1 września 2010
etap drugi. Timisoara.
niedziela, 29 sierpnia 2010
czas na zmianę, no bo czemu nie?
Znowu to się dzieje, znowu po imprezie spać nie mogę i wstaję o niemożliwych godzinach. Może chociaż dzięki temu mój ostatni dzień w pełni wykorzystam, a do roboty całkiem sporo jest. Przede wszystkim muszę dopełnić mój cykl pożegnań, co mnie bardzo smuci. Naprawdę nie spodziewałam się, że tak ciężko będzie mi wyjeżdżać stąd, w końcu to było tylko 6 tygodni. Może to głupie, ale chyba bardziej to przeżywam, niż wyjazd po 4 latach z Wrocławia. Pewnie dlatego, że tam wrócę, poza tym moje relacje z ludźmi z Polski są tak silne, że na pewno ich nie stracę. W Suceavie pewnie jednak już nigdy nie będę mieszkać, szkoda... Wciąż mam wrażenie, że chcę tych moich Rumunów lepiej poznać, bo są naprawdę przecudowni, no ale nie da się. Z resztą może lepiej jest wyjeżdżać w takim momencie, kiedy jesteśmy na fali wielkiego sukcesu, jakim był GROW. Wszyscy są zadowoleni, ja w wesołym nastroju wciąż, więc może dzięki temu mnie pozytywnie zapamiętają. Wczoraj na pożegnalnej imprezie doszłam do wniosku, że faktycznie mój czas się tu skończył i trzeba ruszać dalej. No bo 'czemu nie?' jak mówi moje ukochane motywacyjne łódzkie zdjęcie z murów :]
sobota, 28 sierpnia 2010
kolekcjoner momentów
piątek, 27 sierpnia 2010
odmładzam się!
czwartek, 26 sierpnia 2010
radość po rumuńsku
Zupełnie tu wariuję, nie wiem co się dzieje! Co się stało z gburowatym metalem? Chyba zginął bezpowrotnie. Od prawie tygodnia mam ten dziwny wesoło-radosny nastrój. Tak na mnie Rumunia (a może moi Rumuni) wpływa. Zatem chodzę i się cieszę, zupełnie jak nie ja. Całkiem mi z tym dobrze, chociaż czasem się temu dziwię. Ostatnio miałam napad śmiechu w rumuńskim autobusie numer 4. Rumuni się dziwią, że już ich przytulam. Dla mnie to oczywiste, bo przecież jak już kogoś znam to nie mam z tym problemów. Chyba jednak nie mogą uwierzyć, że serio teraz przytulanie jest ok, więc dla pewności nauczyli mnie cudownego zdania: "Jestem w Rumunii 6 tygodni i teraz już ludzie mogą mnie dotykać". Robię tym furorę :)Rumuni swoją drogą też uczą się polskiego, więc na FB teraz sobie mogę czytać takie słodkie statusy jak "było super kochanie!" albo "jestem zmęczony, dobranoc". No i oczywiście "jako tako" rządzi!Podoba im się też polonez, chcą go tańczyć na imprezie z okazji końca GROW, zatem dzisiaj znowu ich uczyłam i znowu czułam się jak w liceum (ach, Norwid mój kochany).
Więc jestem szczęśliwa i radosna w tej Rumunii. Mam nadzieję, że nie jest to tylko faza wzlotu przed gigantycznym upadkiem w Timisoarze... Pewnie po takich świetnych 6 tygodniach wszystko będzie mi się wydawało słabe, no ale zobaczymy. Oczywiście nie jest idealnie, mam te swoje małe frustracje, a frustruje mnie to, co zawsze. Jak ktoś mądrze ponad rok temu mi powiedział: "Kasia Kasia, wszystko przez to, że układasz sobie w głowie scenariusze, a potem kiedy ludzie się nie dostosowują, jesteś zdziwiona." Zaiste to prawda. Wyciągnęłam z tego pewne, ale i tak mi trudno i czasami nie wiem jak to wszystko działa. Coś muszę zmienić jednak, bo bycie nieustannie złośliwym nie jest najlepszą metodą na pokazanie, że się kogoś lubi (chociaż dla mnie to jest takie oczywiste :D).
Na koniec, żeby nie było tak idealnie, kolejne moje spostrzeżenie na temat polskich produktów w Rumunii. Na prawdę nie mogę się nadziwić, że Tymbark tu smakuje trzy razy gorzej. Dzisiaj znalazłam limitowaną edycję Kubusia, wygląd przypominający pleśń mnie nie zachwycił :) Chociaż może to Kubuś o smaku szczawiu, wtedy kolor by się zgadzał.
wtorek, 24 sierpnia 2010
polskie tradycje - trener jakby pijany

W ramach przygotowywania mojego ostatniego dnia polskiego szukałam jakichś ciekawych filmów o Polsce i znalazłam jeden fajny: http://www.youtube.com/watch?v=XHFfUmGLo7w
Przypomniało mi się, jak na pierwszym roku tak robiłam, wrocławskie tramwaje są najlepsze na świecie... W Suceavie tramwajów niestety nie ma, ale wczoraj udało nam się zrobić coś podobnego do zabawy w bobsleje w autobusie numer dwa, cudownie!
Myślę, że dzień polski był bardzo udany, nawet jeśli tym razem nie było pierogów. Tańczyliśmy poloneza (na studniówce wychodziło mi to lepiej, hmm, kiedy to było?), opowiedziałam im też legendę o smoku wawelskim i legendę o Wandzie co nie chciała Niemca, co nie spotkało się z ich zrozumieniem. Różnice kulturowe, trudno :) Wciąż próbuję Rumunów uczyć polskiego, niestety nie wiedzieć czemu najlepiej zapamiętują najgłupsze rzeczy (ciężko je nawet na blogu przytoczyć). W każdym razie dzisiaj próbowałam uczyć ich na poważnie jakichś podstawowych rzeczy, czyli liczby, powitanie itp. Potem próbowaliśmy jakieś proste dialogi układać. Najbardziej podobało mi się:
chłopak: Wyjdziesz za mnie?
dziewczyna: Jako tako!
Poza tym okazuje się, że niektóre aspekty bycia trenerem sprawiają mi wciąż trudność. Strasznie utkwiło mi w pamięci, że kiedy coś piszę, to absolutnie nie mogę do nich stawać tyłem. Staram się więc stać bokiem i w konsekwencji piszę strasznie krzywo. Potem staram się poprawić, więc wychodzi krzywo w drugą stronę. Jak patrzę później na rezultaty, to wygląda jakbym pisała to po pijaku. Oczywiście starali się mnie pocieszyć mówiąc, że to symboliczne, że w karierze każdego lidera są upadki i wzloty, ech :)
poniedziałek, 23 sierpnia 2010
z tęsknoty wariuję za Polską
W każdym razie tęsknota objawia się dziwnie. Najdziwniejsze, że wcale do Polski nie chcę wracać. Jednak mimo wszystko brakuje mi języka. Jasne, po angielsku mogę wyrazić (prawie) wszystko to, co myślę, ale za nic w świecie nie potrafię żartować. To pewnie przez to moje prześmiewczo-ironiczne poczucie humoru, które po angielsku brzmi fatalnie (a po niemiecku dramatycznie). Staram się więc po polsku mówić, wczoraj przeprowadziłam fascynującą rozmowę z rumuńskim psem. Patrzył na mnie tak, jakby rozumiał i reagował kiedy wołałam na niego "Szarik". Byłam bliska zaśpiewania mu piosenki z "Czterech pancernych", ale to chyba byłaby przesada... Zatem tęsknię za polskim, mimo że czasem sprawia mi trudności. Wczoraj uparcie twierdziłam, że kobieta z Turcji to Turka, absolutnie nie Turczynka, tylko Turka właśnie :) Żeby nie było wątpliwości, nie jestem taką okropną osobą, która wyjeżdża na miesiąc za granicę i zapomina języka. Nie zamierzam też po powrocie mówić z angielskim (ani tym bardziej z rumuńskim) akcentem. Jakoś to będzie. Mam nadzieję, że nie zwariuję z tej tęsknoty. Na razie smutki zapijam rumuńską wersją mojego kochanego tymbarkowego Kubusia, czyli Tedim, fuj :)
niedziela, 22 sierpnia 2010
postkomunistyczne frustracje
W piątek wreszcie udało mi się zobaczyć zachód słońca, o dziwo tym razem zdążyliśmy. Faktycznie widok jest niezły, uroki Suceavy w całej okazałości. Niestety znowu wyszłam na dziwaka, bo zamiast delektować się tradycyjnym tureckim alkoholem (nie mogę tego pić, wspomnienia jednej imprezy w XXlatce są zbyt świeże), rozprawiałam cały wieczór o polityce. Poznałam chłopaka, który też "się zna" i dowiedziałam się mnóstwa ciekawych rzeczy o tutejszych kampaniach wyborczych, więc byłam zachwycona doprawdy! Oczywiście później zeszliśmy na tematy mniej przyjemne. Opowiedziałam mu historię posła Filipa Adwenta i tego jak to "Studenci Uwr nie zauważyli, że europoseł zmarł". Wciąż mnie to boli, ale media w Rumunii wcale nie działają lepiej niż u nas, więc wspólnie z Bogdanem dzieliliśmy nasze środkowoeuropejskie frustracje. Czasami myślę, że nie wszystko jest ze mną do końca w porządku, zbyt często wychodzi ze mnie ten politolog maniak, na imprezach to chyba nie wygląda za dobrze.
W ramach poznawania Rumunii wybrałam się w sobotę do Iasi. Miasto jest mniej więcej takie jak myślałam: duże, aktywne i całkiem przyjemne. Czułam się trochę jak we Wrocławiu! Jednak mimo, że w Suceavie czuję się bardziej jak w Częstochowie, co mnie lekko przygnębia, to jednak bardo się cieszę, że ostatecznie trafiłam tutaj. Zatem absolutnie nie żałuję, że mnie tu przenieśli. Chyba nie do końca chodzi o samo miasto, bardziej o ludzi, tutejsi Rumuni najlepsi na świecie! Tak, przyznaję, że fakt że przez długi czas byłam tu jedynym obcokrajowcem też sprawiał, że się czułam dobrze (syndrom pępka świata do mnie wraca).
W Iasi wypożyczyliśmy rowery (Wrocławiu, kiedy dasz nam taką możliwość?), co mnie ucieszyło niesamowicie. Zapomniałam już prawie, jak to lubię! Niestety moje przyzwyczajenie do Batawoza mogło skończyć się tragicznie. W moim kochanym rowerze nic nie działa tak jak powinno, jeśli chcę się zatrzymać dociskam hamulec do końca, a i tak nie wiele się dzieje. Tutaj zrobiłam tak samo i prawie wyleciałam przez kierownicę, więc przygoda była. Po tej wycieczce wieszczę rychły upadek cywilizacji zachodniej z powodu braku aktywności fizycznej, na prawdę prowadzenie rowerów pod górkę bo "nie chcę się zmęczyć" jest trochę smutne... Ogólnie jednak z wypadu do Iasi jestem zadowolona. Udało mi się spotkać ludzi, których poznałam na konferencji w lipcu, bardzo mnie to ucieszyło. Jeden z nich, Estończyk - politolog (!), pocieszył mnie trochę, mówiąc że "na imprezach on też tak ma". Potem pogadaliśmy sobie o UE, więc byłam cała szczęśliwa :)
Jedyna rzecz, która mnie zaskoczyła, to fakt, że Rumuni którzy nas po mieście oprowadzali cały czas proponowali, że nas zabiorą do centrum handlowego. Zupełnie tego nie rozumiem, czy to aż taka atrakcja? Różnice kulturowe czy co? A może wyglądam na galeriankę? Hmm, w sumie już druga godzina w Iulius Mall dzisiaj, może coś w tym jest.
W drodze powrotnej sprawdzałyśmy jak wygląda nasza tolerancja w praktyce. Tyle mówię podczas GROW o tych Romach, że to jednak nie jest takie proste, żeby ich nie oceniać i żeby chociaż trochę spróbować ich zrozumieć. Miałam zatem szansę. Przedział dzieliłam z cygańską młodą matką i jej wiecznie płaczącymi dziećmi. Wcale nie było tak źle. Przeżyłam.
Wczoraj się dowiedziałam, że na pierwszy rzut oka robię wrażenia snoba, który podnieca się swoim intelektem (bez przesady, chyba nie ma się aż tak czym podniecać). W dodatku stawiam ludziom zbyt wysoko poprzeczkę i rozmawiam tylko z mądrymi, a resztę krytykuję. Tak, pewnie coś w tym jest, ale... Wiem co lubię, wiem czego nie lubię, czy to źle? Owszem lubię mądrych ludzi, ale chyba bardziej chodzi o to, że cenię ludzi, którzy mają własne zdanie i własne zainteresowania. Wcale nie muszą się koniecznie znać na polityce, może to być cokolwiek innego ( o dziwo, nawet trance działa!). Zastanawiam się, co teraz zrobić. Chyba powinnam w pokorze przyjąć krytykę i faktycznie czasem swoje ironiczno-prześmiewcze uwagi zachować dla siebie... Rumunia uczy życia w wielu aspektach, bardzo mnie to cieszy :)
czwartek, 19 sierpnia 2010
dwadzieścia lat później
niedziela, 15 sierpnia 2010
mołdawscy przemytnicy
W piątek autobus przyjechał, więc zapowiadało się nieźle. Pan kierowca został oczywiście przez moją znajomą Rumunkę poinformowany, że mówię tylko po angielsku. Bardzo to przeżywał i posadził mnie zaraz za sobą, żebym przypadkiem Balti nie przegapiła (bo oczywiście nie umiał powiedzieć kiedy dojedziemy, może o 15 a może o 18?). Jazda za kierowcą była ekscytująca, drzwi to autobusu z obu stron były otwarte, więc mogłam zamiast zimnego łokcia robić sobie zimne kolano. To rozwiązanie z drzwiami jest bardzo praktyczne, oprócz tego, że daje przepływ powietrza to jeszcze umożliwia wymianę bluzgów z innymi uczestnikami ruchu. Poza tym kiedy żona pana kierowcy chce jakieś towary ludziom na przystanku przekazać, może je im rzucić (i nie ma potrzeby zatrzymywania od razu całego autobusu!). Przez otwarte drzwi można też wyrzucać odpadki, najbardziej podobał mi się gigantyczny latający słoik po ogórkach kiszonych, jeszcze z wodą w środku. Niechybnie można tym zabić. W autobusie udało mi się poznać młodego chłopaka z Mołdawii, który świetnie mówił po angielsku, zyskałam więc lokalnego przewodnika. Bardzo dużo mi wyjaśnił, dzięki temu może trochę lepiej tę Mołdawię mogłam zrozumieć. Zamęczałam go więc pytaniami, a ciekawiło mnie sporo, np:
- dlaczego autobus zatrzymał się w środku lasu, a kierowca wysiadł z narzędziami w ręku? Awaria? Oczywiście nie! Zbliżaliśmy się do granicy, trzeba było pochować towar! Oczywiście czytałam wcześniej, że na tej trasie ludzie często szmuglują różne rzeczy, no ale nie spodziewałam się, że to prawda. W każdym razie zobaczyłam że pod atrapą kosza na śmieci wypełnionego pustymi butelkami po alkoholu można przewieźć na prawdę sporo "nielegalnej" bielizny na sprzedaż :)
- dlaczego nagle skończył się asfalt i jechaliśmy czymś, czego w ogóle nie da się opisać, podczas gdy nieopodal widać było całkiem nową drogę, po której nikt nie jechał? Sergiu powiedział mi, że droga została zbudowana źle i na samym środku zrobiła się gigantyczna dziura, którą trzeba jakoś załatać. Wlało to w moje serce nadzieję, że nie jest tak źle, no bo naprawią i będzie normalnie... Niestety dziura zrobiła się trzy lata temu.
- dlaczego staliśmy dwie godziny na granicy i totalnie nic się nie działo? Tego nawet mój tubylec nie wiedział, po prostu czasami tak bywa.
Podróż z przemytnikami bardzo mi się podobała, nawet granica nie była taka straszna jak mnie straszyli. Samo Balti (czy raczej Bielce, bo to typowo rosyjskie miasto) nie zachwyca. Niby to drugie co do wielkości miasto, ale faktycznie przypomina dużą wieś, nic się nie dzieje, jedynymi rozrywkami są tutaj targ (czynny też w niedzielę) i kwas chlebowy sprzedawany z beczek na ulicach. Faktycznie widać, że to biedny, poradziecki kraj. Piętnaście minut piechotą od centrum kończy się miasto, kończą się drogi, wszystko się kończy... Można za to zobaczyć pola, chaszcze, zawalone domy i zdezelowane samochody. Za to wieczorem "na mieście" lans, jakiego dawno nie widziałam. Naprawdę ładne dziewczyny w naprawdę drogich ciuchach, na pewno nie był to lans bazarowy. I drogie samochody, które jakoś dziwnie i nienaturalnie wyglądają na dziurawych ulicach. Mnóstwo kontrastów. Chyba tak właśnie to sobie wyobrażałam, ale wyobrazić sobie coś a zobaczyć na własne oczy to jednak różnica. Szkoda, że nie mówię po rosyjsku, pewnie miałabym o wiele więcej wrażeń. Ale i tak bardzo mi się podobało, zwłaszcza mołdawskie wino, tanie owoce, no i bryndzyk (ser z lodówki w czekoladzie, Kinder Pingui się chowa). Droga powrotna też dostarczyła mi trochę emocji. W sobotę wieczorem zadzwoniłam do pana kierowcy, zapewnił mnie, że owszem, autobus na pewno w niedzielę rano jedzie. Na miejscu okazało się, że może pojedzie, a może nie pojedzie, zależy ile ludzi się pojawi... Na szczęście się udało! Tym razem jednak nie znalazłam nikogo, kto mówiłby po angielsku, a szkoda, bo i na granicy było ciężej. Co prawda trwało to krótko, ale wszyscy musieliśmy wysiąść i czekać na dworze aż celnicy dokładnie przeszukają autobus. Każdy też musiał swoje bagaże pokazywać, dziwnie było patrzeć na stare kobiety wyciągające ze swoich kraciastych toreb jakieś słoiki, papierosy, ubrania... Oczywiście ja nie musiałam swoich rzeczy pokazywać, jakże wdzięczna jestem losowi za mój paszport UE w kolorze burgundzkiego wina! Faktycznie luksusowo się podróżuje. Wróciłam więc cała i zdrowa do Rumunii, którą teraz chyba jeszcze bardziej doceniam i lubię! No, ale rano do pracy... :)
czwartek, 12 sierpnia 2010
podróżnik samotnik
czwartek, 5 sierpnia 2010
rumuński dzień
Dzisiaj mieliśmy przedostatni dzień GROW 1.0. W ramach chyba już pożegnania zrobiliśmy (a raczej oni zrobili) dzień rumuński. Na prawdę się wzruszyłam, bo przecież wcale nie musieli tego robić. Zwłaszcza, że jestem tu jedynym obcokrajowcem, więc to tak w zasadzie ciekawe jest tylko dla mnie, a dla pozostałych 25 osób (Rumunów) zupełnie nie, bo i tak już to wszystko wiedzą. Było bardzo miło, jadłam tradycyjne rumuńskie jedzenie (które wyglądało zupełnie jak gołąbki, hmm), nauczyłam się tańca ludowego i nawet przebrali mnie w regionalne stroje ludowe! Poza tym przenieśli gitarę i śpiewali piosenki, z których nic nie rozumiałam, ale i tak wydawały mi się słodkie. Niechybnie zostanę rumunofilem. Mam już nawet na nadgarstku tasiemkę w narodowych barwach, cudowny prezent!
Tu gdzie teraz mieszkam też powodzi mi się nieźle. Nie dość, że jako jedna z nielicznych w mieście mam ciepłą wodę, to jeszcze się załapuję na darmowe jedzenie. I to nie byle jakie! Dzisiaj np. dostałam świeżo przez panią Manuelę upieczony chleb i jeszcze ciepłe domowe konfitury porzeczkowe! Za dobrze mi tu!
Oczywiście czasem wciąż czuję, że ciężko się porozumieć. Ja coś mówię albo robię, a oni to rozumieją zupełnie na opak. Wygląda to czasami tak:
http://www.youtube.com/watch?v=m1TnzCiUSI0
wtorek, 3 sierpnia 2010
różnice kulturowe dla średniozaawansowanych
Staram się przyzwyczajać i nawet przejmować co nieco z ich kultury i zwyczajów. Przeprowadzam nawet mały eksperyment na sobie: za każdym razem jak z kimś rozmawiam, muszę go dotknąć przynajmniej raz. Oczywiście w ogóle nie wychodzi mi to naturalnie, bardziej w stylu "zły dotyk boli przez całe życie". Pomyślałam zatem, że skoro nie umiem na poważnie, to spróbuję bardziej na wesoło (w końcu jeden z uczniów w ankiecie napisał mi, że powinnam być bardziej wyluzowana). Postanowiłam więc pokazać im tzw. gejny uścisk dłoni. Przy przywitaniu trzeba palcem wskazującym kilka razy przesunąć po dłoni drugiej osoby, nic wielkiego. W Polsce czasem tak robię dla zabawy. Reakcja zawsze jest podobna: "Fuj! Ochyda! Ależ to gejne!" itp. Rumuni reagowali entuzjastycznie, więc w pełni radości (i nieświadomości, jak się później okazało) uskuteczniałam ten "żart" cały wczorajszy wieczór, a nawet dzisiejszy poranek. W końcu ktoś się zlitował nade mną i oświecił mnie, że w Rumunii taki gest znaczy ni mniej ni więcej tylko... "chcę z tobą pójść do łóżka". No na litość! Tego się nie spodziewałam, absolutnie! Teraz już chyba w ogóle przestanę ich dotykać, jak tak to ma wyglądać, hmm. Wujku Google, przetłumacz to dobrze: gejny uścisk dłoni nic nie znaczy ;)
Poza tym Suceava kolejny raz ujawniła przede mną jakąś ciekawostkę. Okazuje się, że bardzo dobrze, że się przeprowadziłam, bo w przeciwnym razie przez miesiąc nie miałabym ciepłej wody. Całe miasto zostało jej pozbawione z powodu remontu (jak to możliwe w ogóle?!). Na szczęście tam gdzie teraz mieszkam jest jakieś alternatywne urządzenie do ogrzewania, chociaż kiedy się je włącza to również kaloryfery robią się ciepłe, no ale coś za coś. Z resztą podobno i tak lato 2010 nie jest takie najgorsze, czasem ciepłej wody nie ma nawet 4 miesiące. No ale co poradzić, remont to remont!
poniedziałek, 2 sierpnia 2010
Aktywnie
Weekend minął szalenie aktywnie. W sobotę do Suceavy przyjechali ludzie z AIESEC Iasi: chłopak z Porto Rico i dziewczyny z Tajwanu i Hongkogu. W połączeniu ze mną i Rumunami powstała całkiem sympatyczna mieszanka. Zwiedziliśmy więc miasto (wreszcie mi się udało).Widzieliśmy oczywiście ogromny pomnik Stefana Wielkiego, który jest tutaj chyba największym bohaterem narodowym. Dziwne, że wciąż o nim pamiętają, mimo iż zmarł na początku XVI wieku. Zdecydowanie Rumunom brakuje pozytywnych postaci w najnowszej historii.
W sobotę odwiedziliśmy też skansen w którym można obejrzeć oryginalne domy, w których dawniej mieszkali Rumunii. W jednym nawet pokazano jak wyglądają obrzędy pogrzebowe, co mnie osobiście nie zachwyciło. Później zwiedzaliśmy kościół, a oprowadzała nas po nim żona księdza. Wciąż nie mogę się do tego przyzwyczaić. Wieczorem pojechaliśmy do pobliskiej wioski, gdzie spędziliśmy noc opowiadając upiorne historie. Jednak po angielsku to nie jest to samo, zwłaszcza jak jest łamany i z chińskim akcentem, to wtedy trudno jakoś się porozumieć. Korzystając z okazji zrobiliśmy mały eksperyment: przez minutę każdy z nas mówił w swoim własnym języku. Całkiem inspirujące to było, ale choćbym nie wiem jak się starała nie rozróżniam mandaryńskiego od tradycyjnego dialektu używanego na Tajwanie! Tak czy inaczej to było bardzo ciekawe doświadczenie międzykulturowe. Chyba trochę przygotowało mnie na to, co stało się dzisiaj podczas sesji GROW. Mieliśmy rozmawiać o kulturze rumuńskiej i o wartościach w naszym życiu. Dyskusja zeszła na sytuację Węgrów w Rumunii. Zadziwia mnie skąd w tych dzieciakach tyle złości i agresji kiedy o tym mówią. Miałam wrażenie, że za chwilę ktoś powie: "zbudujmy im getto"! Bardzo mnie zaskoczył dzisiejszy dzień. Chyba nie zdawałam sobie sprawy, że to jest aż tak poważny problem dla nich, zwłaszcza dla młodych którzy za pewne nie znają żadnych węgierskich Rumunów. Pytali mnie też o polskie doświadczenia z mniejszościami. I co ja niby miałam powiedzieć?? "Tęsknię za Tobą Żydzie"?? Ciężko te polskie doświadczenia przenieść tutaj tak, żeby były dla nich jasne. Mało wiedzą o historii, a jeszcze dzisiaj powiedzieli że ich generacja z moją się nie porozumie... Czuję się staro! Chyba czas to w sobie zaakceptować :)
sobota, 31 lipca 2010
kulturowy szok
faza 1 - entuzjazm. Rumunia rządzi, Rumuni są najsympatyczniejsi na świecie. Dają mięso 5 razy dziennie, czad :)
faza 2 - zmęczenie. Najchętniej spało by się cały dzień. Na pewno to nie jest przez różnicę czasu, poza tym wcale nie pracuję tak dużo...
faza 3 - zdziwienie. W tym kraju nic nie działa tak jak powinno. Normalnie jest tylko w Polsce, bo tam ludzie mówią po polsku, a tu poszaleli. (U mnie najgorsza faza, połączona z zatruciem tym "dziwnym" jedzeniem. )
faza 4 - zwątpienie. No i po co mi to było? Trzeba było siedzieć w domu, jechać na Woodstock, cokolwiek.
faza 5 - przeprowadzka. Nie wiem czy to jakaś specjalna sztuczka wymyślona przez AIESEC, żeby ludzie mieli więcej wrażeń, ale na szkoleniu dużo ludzi mówiło o tym, że nagle, z dnia na dzień musieli się przeprowadzić. Oczywiście założyłam, że mnie to nie spotka, a jednak. Zatem opuszczam mą rumuńską rodzinę w poniedziałek.
faza 6 - refleksja. Może to ze mną coś jest nie tak, może się nie potrzebnie tak spinam i źle nastawiam. W gruncie rzeczy przecież cieszę się, że tu jestem, bo dużo mnie to uczy. Czas porzucić stare nawyki i zmienić nastawienie.
faza 7 - entuzjazm 2. Przecież nie jest tak źle. GROW rządzi. Mam milijony rumuńskich znajomych na fejsie. Będę spać dziś w rumuńskim klasztorze. Super jest znowu :)
Mam nadzieję, że ten cykl się nie powtarza, nie chcę się przeprowadzać co dwa tygodnie. Wcale też nie jest tak, że bardzo mi tu źle, przeciwnie :) Cieszę się, że tyle o tym szoku mówili na TtT, przynajmniej mogę się samodiagnozować i mniej mnie to wszystko stresuje, bo wiem, że nie tylko ja tak mam. Dzięki temu mogę bardziej cieszyć się tym co się dzieje. Wczoraj na przykład siedzieliśmy kilka godzin w księgarni (taki chyba rumuński EMPiK) przy herbacie i książkach, było uroczo! Nawet kupiłam sobie coś po angielsku o obaleniu Ceausescu, może dzięki temu lepiej tych moich Rumunów zrozumiem!
piątek, 30 lipca 2010
trenerem być
Oczywiście nie zawsze jest łatwo i zdarzają nam się potknięcia i niedociągnięcia. Najczęściej są związane z technologią (przyznaję, to nie jest moja mocna strona), np. filmik urywa się w najważniejszym momencie, albo walczę z rzutnikiem (prawie jak na Koszmarowej, tylko tu nie ma mężczyzn do pomocy). Czynnik ludzki też oczywiście ma znaczenie, np. dzisiaj czekaliśmy na klucze pół godziny, bo pani sekretarka poszła na kawę :) Jednak ogólnie rzecz biorąc wszyscy jesteśmy zadowoleni (chociaż oczywiście daleko nam do samozachwytu). Przed padnięciem w pychę chronią mnie moje własne błędy i porażki. Dzisiaj podczas przerwy chcieliśmy zrobić sobie grupowe zdjęcie, jako że pogoda tutaj piękna. Wyszliśmy przed uniwersytet i wszystko szło idealnie, dopóki nie okazało się, że brakuje dwóch uczestników, dziewczyny i chłopaka. Oczywiście szesnastolatki od razu zaczęły wymyślać cudowne plotki o romansie i przez kilka minut głównym tematem było to, czy Grigore podrywa Danielę czy odwrotnie... Niestety prawda okazała się dużo gorsza - przez przypadek zamknęłam ich oboje w sali :) Wychodziłam i nie sprawdziłam czy ktoś tam jeszcze jest, po prostu zamknęłam drzwi. Ale kto wie, jeśli faktycznie ta sytuacja sprawi, że będą mieli romans, to może nawet będą mi wdzięczni... Ale jak na razie strasznie mi głupio...
czwartek, 29 lipca 2010
Europa
Rumuni wciąż mają jeszcze wiele kompleksów, jakby nie czuli się do końca częścią "cywilizowanej" Europy. Żalą się, że na Zachodzie postrzega się ich głównie przez pryzmat ich problemów z Romami i że dla przeciętnego Europejczyka Rumun = Cygan = złodziej/żebrak/nieudacznik. Pytali mnie jak w Polsce mówi się o ich kraju i aż mi głupio się zrobiło, jak pomyślałam o tych bezsensownych żartach, które sama powtarzałam (np. ten o uciekającym ziemniaku i schabowym teraz już nie wydaje mi się aż tak śmieszny). Przygnębiają mnie rozmowy z tym szesnastolatkami, naprawdę inteligentnymi, zabawnymi i świetnie mówiącymi po angielsku, bo cały czas słyszę od nich, że w Rumunii jest beznadziejnie, że nic się nie zmieni, że tu nie ma przyszłości i że trzeba jechać za granicę, żeby cokolwiek osiągnąć... Faktycznie, kraj jest zaniedbany, pełno jest bezpańskich psów, kable zwisają na wysokości twarzy, a każde wyjście na ulicę to walka z szalonymi kierowcami... ale są też piękne miejsca (Karpaty! czegoś takiego nie można nie doceniać!), Rumuni są otwarci i spontaniczni, no i z pewnością jest tu wielu ludzi, którzy mają potencjał żeby coś zmienić. Taki np. Stefan, prezydent School of Values (rumuńskie NGO). Ma 32 lata, żonę, dwójkę dzieci. Miał poukładane życie w Belgii, ze świetną pracą i mnóstwem kasy. A jednak wrócił i teraz pracuje na prawdę ciężko, żeby GROW się udał, żeby te dzieciaki miały szansę przeżyć i nauczyć się czegoś fajnego. Jak na to wszystko patrzę, to aż chce mi się uwierzyć w to, że Rumunom się uda. Chociaż jak na razie coś takiego jak dbanie o dobro wspólne tu nie istnieje, każdy patrzy tylko na siebie. Kiedy w barze kelnerka zapomniała policzyć mojego drinka, po prostu poszłam i zapłaciłam sama, a Rumuni mówili "no co ty, byłby zysk!" i pytali czy w Polsce wszyscy tacy uczciwi... ech, daleka droga przed nimi.
Z ciekawostek to zauważyłam, że na ulicach pełno tu flag Rumunii i UE, dosłownie są wszędzie. Zapytałam Didi, czy to dlatego że są dumni ze swojego kraju, czy co? Jednak w odpowiedzi usłyszałam, że po prostu powiesili je z okazji przystąpienia do Unii (1 stycznia 2007) i teraz nie ma kto ich zdjąć, bo nikt się nie poczuwa :)
środa, 28 lipca 2010
różnice
Odkrywam jak ciężko być jedyną Polką, a nawet jedyną nie-Rumunką tutaj. Wciąż jeszcze uchodzę za atrakcję - czasem to przyjemne, a czasem ciężko znieść presję. Chociaż całkiem to miłe, że tu Polska uchodzi za kraj bardzo rozwinięty i cywilizowany.
Chyba przeżywam szok kulturowy, ale jakoś sobie radzę jak na razie. Staram się cieszyć tym co mnie tu zaskakuje, a jest tego cała masa. Mam już nawet listę:
- od 22 do 8 nie ma ciepłej wody
- je się tu mięso pięć razy dziennie
- w autobusach są specjalne osoby sprzedające bilety
- niemożliwością jest kupno mapy Suczawy (chyba nie nastawiają się tu na turystów za bardzo;P)
- przystanki autobusowe czasami nie są oznakowane, ludzie po prostu wiedzą, że tam jest przystanek i że autobus w końcu przyjedzie
- można tu przeżyć całkiem ekumeniczne doświadczenie, np pójść z rumuńskim protestantem do cerkwi wznieść modła
- policja podchodzi do prawa dość luźno - za wożenie ludzi w bagażniku dostaje się jedynie upomnienie
- przechodzenie przez ulicę zajmuje tu strasznie dużo czasu, naprawdę nikt się nie zatrzymuje
Mimo tych wszystkich różnic i tego, że czuję tu jak dziecko, którym nieustannie trzeba się opiekować bardzo cieszę się z pracy. Bycie trenerem nastolatków to na prawdę niesamowita frajda, zwłaszcza, że to bardzo mądre i kreatywne nastolatki! Chyba nawet ze mnie są zadowoleni, projekt się podoba, więc jestem pełna optymizmu :]
niedziela, 18 lipca 2010
Spontanicznie!
Zamiast tygodnia w Bukareszcie jest tydzień w Predeal. Zamiast praktyki w Jassach jest praktyka w Suczawie. Chyba nie robi mi to różnicy, ale Rumuni jak na razie zaskakują mnie brakiem zorganizowania, chociaż może lepiej nazwać to spontanicznością? W każdym razie efekt jest taki, że dopiero siedząc na lotnisku w Budapeszcie i czekając na samolot, zastanawiam się co zrobię jak już dotrę do Bukareszt, gdzie będę spać i czy tajemnicza Ines odbierze mnie z lotniska. Czyli jak na razie wyjazd bardzo mnie cieszy :)
wtorek, 13 lipca 2010
Decyzje
Plan wygląda całkiem nieźle:
- tydzień szkolenia w Bukareszcie
- 5 tygodni praktyk w Jassach
- miesiąc kursu językowego w Timisoarze
- 4 miesiące studiów w Bukareszcie
Nie wiem jak to wszystko się ułoży, nie wiem czy mnie tamtejsza kultura nie zszokuje całkiem, nie wiem czy będę dobrym trenerem dla Rumuńskich nastolatków, nie wiem jak ograniczę mój dobytek do 23 kg bagażu lotniczego... Ale wiem, że Rumunia wzywa i że nie będę żałować :)